Wesolych Swiat i szczesliwego nowego roku!

Posted in Bez kategorii on Grudzień 24, 2011 by wstronemarzen

Z okazji swiat zyczymy Wszyskim zdrowia szczescia i spelniena marzen! I aby nadchodzacy rok byl jeszcze lepszy od obecnego!!!

P.S.
Nowy wpis na stronie pojawi sie dopiero po naszym powrocie, poniewaz w zwiazku z problemami technicznymi nie mamy jak zamieszczac nowych artykulow i zdjec.

Australio wracamy – czyli Sydney i praca przy pomarańczach…

Posted in Bez kategorii on Listopad 8, 2011 by wstronemarzen

Swoją drugą przygodę z Australią zaczynamy od wizyty w Sydney. Początkowo planowaliśmy zostać tutaj 6 dni, jednak z powodu wybuchu wulkanu w Chwile i oczekiwaniu 2 dni na wylot z NZ nasz pobyt musimy skrócić do 4, gdyż za tyle mamy samolot do Adelaidy. W Sydney zatrzymaliśmy się u znajomych rodziców Maria, którym z góry dziękujemy za gościne, gdyż znów mogliśmy się poczuć jak w domu. Cztery dni jakie tutaj spędziliśmy wystarczyły nam zupełnie na zobaczenie tego co mieliśmy zaplanowane. Obowiązkowo zaczynamy od wizyty w Opera House Sydney, która wygląda naprawdę fajnie i doskonale wkomponywuje się w architekturę miasta. Podczas tour po wnętrzach opery udaje nam się trafić na próby orkiestry w głównej sali koncertowej, dlatego też z pełną odpowiedzialnością możemy stwierdzić, że dzwięki jakie tam można usłyszeć dają do myślenia nawet tym, którym przysłowiowy słoń nadepnął na ucho. Tego dnia udaje nam się również trafić na magiczny zachód słońca, który na tle mostu i opery sprawił, że nasze aparaty aż zagrzały się od zdjęć, które swoją drogą wyszły naprawdę znakomicie (co zobaczyć można poniżej w galerii).

W ciągu kolejnych dni odwiedzamy inne ciekawe miejsca jakie oferuje nam Sydney. Nie brakuje także wizyty na Tower Eye Sydney, skąd możemy podziwiać panoramę miasta. I tutaj musimy przyznać, że z góry widywaliśmy już lepiej wygladające miasta, a trochę takich wieży już odwiedziliśmy. Jednego z wieczorów spotykamy się również z koleżanką Wojtka z czasów szkolnych – Mają, którą serdecznie pozdrawiamy. Nie brakuje oczywiście piwka, na które wspólnie wybieramy się do jednej z knajpek w marinie. Jest to miejsce niezwykle oświetlone toteż czas spędzony tutaj upływa bardzo przyjemnie.

Po 4 dniach musimy pożegnać jedno z fajniejszych miast (a raczej najfajniejsze) w jakim do tej pory było dane nam być i lecieć do Adelaidy, gdzie rozpocznie się walka o być albo nie być naszej podróży (drugiej opcji nie bierzemy pod uwagę). Walka ta wiąże się ze znaleziemniem pracy. Pierwsze dwa tygodnie nie przynoszą żadnych dobrych wieść więc sytuacja zaczyna robić się mało ciekawa. My jednak nie tracimy nadzieji i szukamy dalej. Podczas wizyty w jednym z miasteczek na obszarze sadów pomarańczowych udaje się znaleźć ogłoszenie odnośnie pracy przy zbieraniu – oczywiście pomarańczy. Już po kilku godzinach okazuje się że możemy przyjechać do pracy więc po zabraniu rzeczy udajemy się do Waikerie (170km od Adelaidy), gdzie pierwszy tydzień mieszkamy w „hotelu” na statku. Do pracy mamy 5km i jak się nie uda złapać stopa to musimy chodzić pieszo. Praca ze względu na mokre i chłodne noce zaczyna sie późno lub czasem się nie dobywa toteż i pierwsza wypłata nie rozpieszcza. Dość dużo płacimy za nasz camping toteż żeby było to opłacalne wracamy do Adelaidy, gdzie na szybkości kupujemy vana, którego ze względu na spalanie – 20 L na setke przekornie nazywamy Abo a to od Aborygenów, którzy niuchają benzynę. Dla nas najważniejsze jednak że mamy gdzie mieszkać a kilometrów i tak dużo nie robimy. W okolicy są darmowe BBQ na których naszym przysmakiem stają się kiełbaski z wooliego, przyrządzane na 101 różnych sposobów. Niedaleko jest też darmowy prysznic, co prawda stworzony przy autostradzie jednak dzięki ciepłej wodzie oblegany przez backpakersów, co też oczywiście nie podoba sie kierowcą trucków, którzy muszą czekać w kolejce. Co piątek odbywa się ognisko tuż nad rzeką na które zjeżdzają się backpakersi pracujący w okolicy. Początkowo występujemy tam w roli gości ale szybko przejmuję pałeczkę gospodarza a ilość drewna jaką przywozimy naszym vanem przed każdym z ognisk jest tak duża, że większości ciężko w to uwierzyć. Poznajemy tu wspaniałych ludzi którzy stają się dla nas bardzo bliskimi osobami. Julek, Damian – znany jako Rudy, Jason i Sara, Teddy i Flo, Sandra i Terry czy miejscowa Lulu, dzięki której co piątek wszyscy jeździmi na salę i gramy po kilka godzin w różne sporty ( o tych ludziach nigdy nie zapomnimy). Jest też Chińczyk z którego mamy dobry ubaw i Niemka, której chyba nikt nie lubi, z wyjątkiem Chińczyka – on ją nawet podrywa. Podczas piątkowych imprez gramy w ring of fire podczas którego przelewają się litry wina, a atmosfera jest naprawdę wesoła.

Jedni wyjeżdzają inni przyjeżdzają tylko my ciągle tkwimy w tym samym miejscu odliczając dni do końca pomarańczowej mordęgi. Praca staje się szczególnie uciążliwa gdy temperatura z każdym dniem zaczyna przekraczać 30 stopni… Czasami jest też niebezpiecznie ale to z powodu węży które kręcą się koło naszego domu. Szczególnie zapadł nam w pamięci dzień, kiedy to 50m od miejsca gdzie spaliśmy przez drogę przepełzał brown snake – jakby nie było 3 w rankingu najbardziej jadowitych węży świata. Na koniec pobytu wraz z Teddim i Flo urządzamy sobie kino pod domem Joe (nasz pracodawaca) gdzie co wieczór oglądamy nowy film. Jednego z wieczór gdy spuszczamy psa (który szczekając przeszkadza w oglądaniu) okazuje się że nam uciekł a że jest już po północy, poszukiwania z głośnym wołaniem – Max bo tak się wabi, budzą całą wieś. Za każdym razem gdy ktoś wyjeżdza organizujemy mu imprezę pożegnalną, a sami ostatni tydzień spędzamy na obiadach u Włoszek, gdzie zjeżdza sie zawsze spora ekipa a obiad każdego dnia przygotowuje ktoś inny. Częstym miejscem spotkań jest też miejscowa biblioteka gdzie wszyscy przyjeżdzają na internet. Czas płynie szybko a nam 3 miesiące pracy zlatują w dość wesołej atmosferze. Na polach zaczynamy bić kolejne zbierackie rekordy (jak zaczynaliśmy to zbeiraliśmy 6 binów pod koniec z reguły 12-15) a wielkim osiągnięciem staje sie uzbeiranie 6 traili ( jedna trila to 3,5 normalnego bina) po czym znów staje się o nas głośno. Przychodzi jednak czas kiedy i my musimy wyjechać. Z jednej strony cieszymy się ogromnie bo zbierania mamy już dość a z drugiej szkoda nam ludzi których musimy zostawić a z którymi bardzo się zżyliśmy. Mamy tylko nadzieję że uda nam się jeszcze ich spotkać gdzieś w Europie. Teraz wracamy do Adelaidy naprawić gaz w aucie bo bez niego przy naszym spalaniu cieżko myśleć o ruszeniu w dalszą trasę. W międzyczasie przedłużylismy również możliwość pobytu w Australii o kolejne 3 miesiące. Udało się zarobić trochę pieniędzy i choć to może nie są wielkie kokosy to pozwalają z optymizmem patrzeć na dalszą podróż. Jest to nawet nasz mały sukces patrząc na to jak trudno o pracę dla Polaków w Australii a z jakiego powodu to już wszyscy wiedzą…

Milford Sound, Mount Cook i Christchurch, czyli ostatnia opowieść o Nowej Zelandii…

Posted in Bez kategorii on Listopad 5, 2011 by wstronemarzen

Wanaka to chyba jedno z naszych ulubionych miejsc w Nowej Zelandii. Kolor jeziora rozciągającego się nad miasteczkiem jest tak magiczny, że można by siedzieć i się w nie wpatrywać przez cały czas. My jednak czasu nie mamy i musimy ruszać w kierunku Milford Sound do którego mamy jakieś 300km. Po drodze podziwiamy jak zwykle cudny, górzysty krajobraz, przeplatany co chwilę przez różne jeziorka. A zatem droga zlatuje nam bardzo szybko i przyjemnie. Nad jednym z jezior zatrzymujemy się jeszcze na sesję fotograficzną z pięknym zachodem słońca. Potem zaczynamy rozglądać się za jakimś miesjcem na nocleg, jednak znalezienie czegokolwiek nie jest to zbyt łatwe, więc docieramy jakieś 50km przed MS, gdzie na jednym z prakingów pośród pięknych, ośnieżonych szczytów zatrzymujemy się na noc. Dzięki temu, iż trafiliśmy na pełnie księżyca, widok dookoła staje się jeszcze bardziej efektowny.

W nocy trafił się przymrozek, a z rana jak tylko ruszamy (na Milford Sound) można zauważyć, że droga jest dość mocno oblodzona. Dlatego też bardzo spokojnie przemieszczamy się do przodu, obserwując to co wyrastra po obu stronach drogi po każdym zakręcie czy tunelu. Gdy przybywamy na miejsce musimy przyznać, że Milford jest identyczny jak na wszystkich widokówkach jakie mogliśmy do tej pory zobaczyć. Co prawda pogoda nam trochę nie dopisuje bo niebo jest dość mocno zachmurzone ale na to wpływu nie mamy. Decydujemy się wykupić rejs co okazuje się dobrym pomysłem, gdyż możliwośc oglądanie z bliska ogromnych bloków skalnych jakie tworzą owe fiordy daje podwójny efekt. Po całej wyprawie wracamy na nasze miejsce noclegowe a że powoli robi się ciemno postanwiamy spędzić tu kolejną noc.

O poranku ruszamy dalej a naszym kolejnym celem staje się Queenstown, gdzie zostajemy na resztę dnia. Spacer po mieście przypomina trochę przechadzkę Krupuwkami, ale musimy przyznać, że maisteczko ma swój wyjątkowy klimat. Na noc docieramy do naszego ulubionego miejsca jakim jak już wszyscy wiedzą jest Wanaka. Nazajutrz po śniadaniu nad brzegiem jeziora, czas pożegnać się z Wanaką i ruszać na Mount Cooka, gdzie docieramy w godzinach popołudniowych. Nie jest jeszcze zbyt późno więc postanawiamy ruszyć na pierwszy z dwóch treków jakie sobie tu zaplanowaliśmy. Co prawda w trakcie drogi okazuje się, że podejście z jakim przyszło nam się zmagać jest dość mocno strome ale po Himalajach chyba już mało co może nas zaskoczyć, więc w dość szybkim tempie dociermay na szczyt. Tam chmury zabierają nam połowę widoków i tylko przez moment dane jest nam się cieszyć tym czego oczekiwaliśmy. W drodze powrotnej pogoda płata nam figla, gdyż niebo robi się czyste a zatem w dużej części widok z góry zostaje zrekompensowany. Próbujemy jeszcze uchwycić zachód słońca ale tu znów chyba pogoda jest przeciwko nam, więc czas na kolację i spać bo jutro kolejny trek.

Z rana po śniadaniu ruyszamy na drugi trek. Jednak ta trasa okazuje się dużo, dużo łatwiejsza. Świadczyć o tym mogą tłumy Chińczyków, które musimy wyprzedzać już od samego początku ścieżki. Widoki jednak są super i naprawdę warto było się tu wybrać. Z racji tego że dość sprawnie i szybko przebiegła dzisiejsza wyprawa, już dziś ruszamy dalej w kierunku Christchurch.

Do miasta docieramy dopiero następnego dnia. Widok jaki ukazuje się naszym oczom jest jednak na tyle przerażający, że jeszcze na długo pozostanie w naszej pamięci. Centrum miasta o powierzchni 2km na 2km jest odgrodzone, zamknięte i przygotowywane do rozbiórki. Na budynkach widnieją tylko wielkie sprejowe napisy (godzina, data, kraj) ekip ratunkowych które przeszukiwały dane miejsce. A w środku przez szybę można dostrzeć jak wszystko zamarło, zostało zostawione w raz z chwilą trzęsienia. Ludzie uciekli i nigdy nie wrócili… Widok przerażający, aż łzy cisną się do oczu. A wokół cisza i spokój, tylko gdzie niegdzie jakieś kwiaty, listy pożegnalne…

Następnego dnia zdajemy naszego Lazy Boya do wypożyczalni. Spisał się znakomicie aż szkoda go oddawać… Ale taka kolej rzeczy, po wszystkim ruszamy na lotnisko gdzie czeka nas niemiła niespodzianka. Z powodu wybuchu wulkanu w Chile nasz lot jest odwołany. Na lootnisku spędzamy dwie noce, naszczęście tylko dwie. Po tym czasie samoloty w końcu zaczynają latać a my wracamy do Australii – tym razem zaczynamy od Sydney…

Nowa Zelandia – W drodze na fiordy…

Posted in Bez kategorii on Październik 28, 2011 by wstronemarzen

Początkowo mieliśmy udać sie od razu na zachodnie wybrzeże jednak czas i niezwykle piękne krajobrazy sprawiły że na początku podróżowaliśmy wschodnim wybrzeżem. Pogoda całkiem dopisuje a my w szybkim ( z godnie z przepisami 100km/h) tempie pokonujemy kolejne kilometry podziwiając to co ukazuje się naszym oczom z prawej i lewej strony. Tym bardziej ze trasa wzdłuż wybrzeża to z jednej strony ocean a z drugiej piękne góry. Na jednym z lookoutów trafiamy na dziesiątki fok wygrzewających się w słonku. Oczywiście zatrzymujemy się tu by zrobić kilka pamiątkowych zdjęć i przyjrzeż się im z bliska. Jak się okazuje w dalszej części trasy gdy tylko przy brzegu znajdują się jakieś skałki zaraz oblegane są przez foki, których tu naprawdę pełno. Stąd kierujemy się na Arthur’s Pass, do której wiedzie niezwykle krajobrazowa górska droga. Tutaj często zatrzymujemy się na licznych lookoutach czy w miejscach koło których ciężko jest po prostu przejechać tak obojętnie. I tak trafiamy między innymi do Castel Hill gdzie roi się wręcz od skałek. Pogoda dopisuje więc nie zamierzamy się spieszyć i korzystamy z każdej nadarzającej się okazji do małej przechadzki. Powoli docieramy na przełęcz która w sumie podczas całej trasy zawodzi najmocniej, tym bardziej że w tym wypadku na przełęcz zjeżdza się w dół… no ale nie my to tak nazwaliśmy więc nie nam to oceniać. Udaje nam się jednak na jednym z parkingów dostrzec specjalny gatunek papugi żyjący tylko tutaj. A mianowicie jest to typ papug, które wyjadają wszelkie gumowe elementy z samochodów pozostawionych na parkingu, my jednak karmimy je chipsami. Po tej stronie gór pogoda nie co się psuje a my jesteśmy skazani na drobny przelotny deszcz. Po kilkudziesięciu kilometrach docieramy na zachodnie wybrzeże gdzie na zachód słońca zajeżdzamy na plaże. Zachód jest piękny problem jednak w tym że nasz samochód jest mało terenowy i przy próbie nawrócenia grzęźnie w piasku. Walka żeby go stamtąd wydostać trochę nam zajmuje ale sposobem i wspólnymi siłami w końcu dajemy radę. Teraz szukamy już miejsca na nocleg.

Rano dowiadujemy się kolejnym, trzęsieniu ziemi w Christchurch i wybuchu wulkanu w Chile, który paraliżuje ruch lotniczy w NZ. My jednak na razie nie chcemy się tym przejmować i ruszamy dalej. Dzisiaj udaje nam się zrobić trekking na Franz Jozef Glacier gdzie łamiąc przepisy bezpieczeństwa podziwiamy naprawdę olbrzymi kawał lodu;p Odwiedzamy również lookout z którego widać inny duży lodowiec jakim jest Fox Glacier. Na dziś to już tyle atrakcji czas na się zatrzymać na jakiś nocleg ale od jutra kolejna dawka niezwykłych miejsc.

Poranek znów przynosi piękną pogodę wieć zapowiada się dobry dzień i partia niesamowitych zdjęć. Dzisiaj trasa wzdłuż Lake Hawea i Lake Wanaka. Te miejsca sprawiają, że nasze aparaty zapełniają kolejne dziesiątki zdjęć. Nie ma chwili w której nie chciałoby się na chwilę zatrzymać i podziwiać to co za oknem. Gdy kończy się pierwsze jezioro po przejeździe przez małą przełęcz trafiamy na drugie jezioro ( Lake Wanaka), które dla nas jest jednym z najbardziej magicznych miejsc w NZ. Stąd droga wiedzie do miasteczka o tej samej nazwie – Wanaka, gdzie tuż przed wjazdem odwiedzamy Puzzling World, gdzie spędzamy kilka godzin na niesamowitej zabawie. Zaczynamy od labiryntu który sprawia nam wielką frajdę. I ktoby pomyslał że wystarczy kilka desek i słupków by sprawić ludziom taką radość. Póżniej przychodzi czas na łamigłówki i magiczne pokoje, gdzie Mario i Tomek mogą być wyżsi od Wojtka albo gdzie woda i piłki lecą pod górkę. Po kilku godzinach zabawy opuszczamy puzzling by udać się do centrum miasta. A tutaj po małym spacerze po mieście czas już na nocleg a zatem szukamy dobrego miejsca, a gdy na takie trafiamy, prakujemy auto, gotujemy obiad, gramy w karty i idziemy spać. Jutro czeka nas podróż w kierunku Fiorda Milforda…

Nowa Zelandia – z polnocy na poludnie…

Posted in Bez kategorii on Wrzesień 21, 2011 by wstronemarzen

Poranek nie napawa nas optymizmem, gdy tylko otwieramy oczy slychac jak o dach naszego „Lazy Boya” uderzaja wielkie krople co zwiastuje kiepska pogode. Mimo to musimy ruszac w droge a przed nami 150km autostrady o tajemniczo brzmiacej nazwie – “autostrada zapomnianego swiata…” . No i nazwa nie bierze sie znikad albowiem kolejne kilometry pokonujemy po szutrowej nawierzchni. Czasem na wiekszych zakretach pojawia sie asfalt jednak w niektorych miejsca skaly tak bardzo napieraja na droge ze linia wyznaczajaca srodek jezdni zaczyna sie niecaly metr od nich. Mimo to i mimo padajacego deszczu mozemy podziwiac piekne widoki. Pewien odcinek pokonujemy rowniez tunelem ktroy bardziej przypomina korytarz kopalniany niz piekny tunel do jakich przyzwyczaily nas alpejskie drogi w Europie. Przez caly odcinek spotykamy jedna ciezarowke, ktora o maly wlos nie wjezdza na nas na jednym z zakretow oraz robotnikow ktorzy na nasz widok z usmiechem na twarzy nam machaja. W koncu docieramy do wybrzeza gdzie mielismy sie udac na wulkan znajdujacy sie na zachodnim cyplu polnocnej wyspy. Jednak tego dnia pogoda jest na tyle niesprzyjajaca ze jestesmy zmuszeni ruszac dalej w kierunku Wellington. A zatem kolejne 300km przed nami. Gdy zblizamy sie do stolicy lapia nas ciemnosci wiec postanawiamy zatrzymac sie tuz przed na jednym z miejscowych parkingow.

Kolejny poranek przynosi lekka poprawe pogody, bo choc mimo tego ze z rana jeszcze pada to juz gdy docieramy do Wellington mozna liczyc na male przeblyski slonca. Wizyte w stolicy zaczynamy od zalatwienia najpilniejszych spraw, do ktorych bez watpienia nalezy kupienie biletu na przeprawe promowa na wyspe poludniowa. I tak tez sie staje a my posiadajac szczesliwy bilet na jeszcze cudowniejsza pore – jaka jest 6.00 mozemy udac sie na obejrzenie tego co najciekawsze w miescie. Po drodze zagladamy jeszcze do informacji turystycznej gdzie wybieramy miejsce na nocleg. A wybor pada na lookout na jednym ze wzgorz z ktorego widac cala panorame miasta. Jednak do wieczora jeszcze troche czasu wiec swoje kroki kierujemy do jednego z miejscowych muzeow. Museum of Wellington juz na samym poczatku wyglada na bardzo atrakcyjne. Mnostwo eksponatow i wystawy na kolejnych pietrach jeszcze bardziej wzbudzaja nas podziw. Morskie historie, wynalazki, ciekawostki z zycia Oceanii itp. Jednak to co najbardziej magiczne ogladamy na samym koncu. Jest to film odnoszacy sie do historii Maorysow, spreparowany w taki sposob, iz przed naszymi oczami pokazuja sie male postacie ludzkie poruszajace sie i opowiadajace dzieje z zycia Nowej Zelandii. Po spedzeniu blisko 3h w tym miejscu jestesmy przekonani ze wybralismy jedna z lepszych opcji jaka mozna zobaczyc w tym miescie. Po wszystkim udajemy sie do auta ktorym jedziemy na nasz punkt widokowy. Tam niestety nastepuje zalamanie pogody co przeszkadza nam w zobaczeniu pieknej panoramy. Mimo to jakby na nasza prosbe deszcze ustaje na 10 minut a my ten czas wykorzystujemy na zobaczenie tego po co tu przyjechalismy. Pozniej jeszcze tylko partia w karty i mozna isc spac bo rano czeka nas wczesna pobudka…

5.30 to zabojcza pora jak na wakacyjna przygode, zazwyczaj o tej porze konczy sie imprezy lecz dzis jest odwrotnie. Prosto z lookoutu udajemy sie na prom gdzie spedzamy najblizsze 3,5h. Przyzwyczajeni do indonezyjskich warunkow promowych, tutaj czujemy sie jak na luksusowym jachcie a podroz mija nam bardzo szybko i przyjemnie. Mariowi udaje sie nawet zobaczyc dwa delfiny ktore przez chwile skacza wzdluz promu. Gdy wplywamy w oklice fiordow udajemy sie na widokowy balkon gdzie podziwiamy przepiekne widoki jakie po obu stronach ukazuja sie naszym oczom. Mimo tego iz jest bardzo wietrznie spedzamy tam sporo czasu bo wiemy ze nastepna taka okazja moze sie juz nie trafic. Gdy po 3,5h zjezdzamy na lad ruszamy wschodnim wybrzezem w kierunku zjazdu na piekna gorska trase przecinajaca poludniowa wyspe a mianowicie Arthurs Pass…

W krainie Wladcy Piercieni – Nowa Zelandia czesci druga

Posted in Bez kategorii on Sierpień 16, 2011 by wstronemarzen

Jest niedzielny poranek kiedy spakowani ruszamy do miasta aby tam w centrum “ESCAPE” odebrac nasze auto. Na miejscu wita nas pracujacy tutaj Wenezuelczyk i pokazauje nasze auto. Liczylismy na nissana albo jakas toyote w manualu ale na przekor wszystkiemu dostajemy toyote w automacie. No nic trzeba sie cieszyc z tego co jest, tym bardziej ze auto wyglada calkiem fajnie. Ze wzgledu na graffiti jakie posiada otrzymuje nazwe – “Lazy Boy”. Gdy tylko dopelnimy wszelkich formalnosci wrzucamy nasze bagaze i ruszamy w droge. Za kierownica siada Mario i tak bedzie z reguly, gdyz tylko on posiada prawo jazdy – a teraz dodtako nawet z tlumaczeniem na angielski jakie wykonalismy ostatnio;p. Na poczatku kierujemy sie w strone Hamilton, po drodze zajezdzajac na stacje aby zalac paliwo. Gdy z niej wyjezdamy trafiamy na pare auststopowiczow. W pierwszym momencie jedziemy dalej ale juz po chwili lamiac wszelkie mozliwe zakazy ( zakaz skretu w lewo itp.) zawracamy i zabieramy ich. Jest to para z Wloch ktora podrozuje z nami przez ok 80km, a my jestesmy bardzo szczesliwi ze w koncu i my moglismy zabrac kogos na stopa. Teraz mkniemy juz w kierunku Matamata gdzie znajuduje sie Hobbiton a wiec wioska zbudowana na potrzeby filmu – Wladca Pierscieni, a dokladnie miejsce zamieszkania Frodo itp. Gdy brakuje nam ostatnich 6km na drodze zatrzymuje nas ochrona i zmusza do zjazdu na pobocze, gdzie czekamy jakas godzine, gdyz odbywa sie tu wlasnie samochodowy rajd. Skutkuje to tym ze tego dnia jest juz za pozno aby zwiedzic Hobbiton totez wizyte tutaj odkladamy na jutro a tym czasem jedziemy do oddalonej o jakies 60km Rotoruy gdzie znajduja sie gejzery i red forest. W miescie juz przy wjezdziec czuc jak smierdzi siarka my ze wzgledu na pozna pore korzystmy tylko z internetu w McDonaldzie (co stanie sie nasza tradycja podczas pobytu w NZ) i jedziemy na nocleg na jedenym z miejscowych lookoutow. Kolacja a potem partia w tysiac i spac. Naszym samochodowym kucharzem zostaje Wojtek a partie w tysiaca (co stanie sie tez tradycja w NZ) wygrywa Mario;). A zatem czas na pierwsza noc w naszym super Lazy Boyu.

Poranek dosc chlodny, mozna nawet rzec ze lekko mrzy. My jednak zakladamy cieple ciuchy i korzystajac z mapy z przewodnika ruszamy na poszukiwanie cieplych zrodel i czerwonego lasu. Jak sie jednak okaze (mimo ze widoki i droga sa super) nie uda nam sie osiagnac celu. Trzeba przyznac ze z calego pobytu w NZ to tylko jedna z nielicznych rzeczy ktorej nie udalo sie zrealizowac i jedyne miejsce o slabym oznakowaniu szlakow. Prosciej byloby powiedziec bez oznakowania. Mozna oczywiscie gejzery zobaczyc placac duze pieniadze, nas jednak taka forma nie interesuje a zatem po malym trekkingu dookola blue i green lakes ruszamy ponownie do Hobbitonu. Tutaj jestesmy o odpowiedniej porze totez dzis udaje nam sie zobaczyc cala wioske. Problem jednak w tym, iz przed rozpoczeciem calego touru jestesmy zmuszeni do podpisania zobowiazania o nie umieszczaniu zdjec w internecine itp. Dlatego zdjecia z Hobbitonu pokazemy dopiero po powrocie do domu. Caly tour zaczyna sie od pokazu strzyzenia owiec po czym autokarem jedziemy do samej wioski Frodo. Miejsce naprawde niezwykle lecz ze nie mozemy go ukazac nie bedziemy sie nad nim dluzej rozpisywac. Dzisiejsza noc spedzamy na jednym z parkingow przed Taupo kolo wielkiego wodospadu. Jest to na drodze do Tongariro gdzie zamierzamy odbyc trekking kolejnego dnia. Z rana zajezdzamy do Taupo gdzie po prysznicu w dosc ekskluzywnych (i nie ma w tym przesady) miejskich prysznicach jedziemy nad samo jezioro Taupo. Odwiedzamy tez malownicza wioske Acaci Bay gdzie przekonujemy sie o specjalnych mozliwosciach jakie posiadaja kamienie zalegajace nap lazy. A mianowicie po wrzuceniu do wody plywaja Stad udajemy sie w kierunku Tongariro a dokladnie do Ohakune gdzie zamierzamy odbyc przynajmniej jeden trekking. Do Ohakune docieramy juz po zmroku totez decydujemy sie dojechac jedna z drog do jej konca, gdzie po nocy spedzonej na parkingu nastepnego dnia moglibysmy rozpoczac trekking. I tak tez czynimy tylko ze droga ta okazuje sie ciagnac w nieskonczonosc az w koncu docieramy po ski arene. Okazuje sie ze dotarlismy do jednego z kurortow narciarskich a dokladnie do centrum znajdujacego sie na zboczu Ruapehu (2797m n.p.m.). Pogoda jest tragiczna ale postanawiamy spedzic tutaj noc i zaczekac na rozwoj wypadkow do rana. Parkujemy na miejscu dla autokarow i choc widnieje tutaj zakaz campingu nikt z obslugi nie zwraca nam uwagi – pewnie dlatego ze oprocz nas i ich nie ma tu wiecej nikogo;) Wiatr w nocy hula na tyle mocno ze czasem mamy wrazenie ze przewroci nam “leniucha”. Rano niestety budzimy sie w chmurach totez decydujemy sie zjechac na dol. Nici z trekkingu no ale na pogode nic nie poradzimy a chodzenie w chmurach nas nie interesuje. Rowniez podczas zjazdu widoki zabieraja nam chmury ale jedno mozemy zagwarantowac iz po obu stronach drogi mamy setki metrow przepasci. Szczesliwie jednak docieramy do wioski gdzie po zaczerpnieciu kilku informacji w miejscowym centrum ruszamy zdobywac Tongariro.

Na trekking po filmowym Mordorze przeznaczamy dwa dni. Jest mozliwosc odbycia trekkingu 6dniowego ale dla nas to za dlugo a zatem decydujemy sie na dwa krotsze treki obejmujace jednak wszystko to co najlepsze dozobaczenia. Pierwszy dzien rozpoczynamy w Whakapapa Village skad ruszamy do Upper Tama i Lower Tama. Te tereny sa tak slicznie ze brakuje slow jakimi mozna je opisywac zdecydowanie lepiej jest przyjechac tutaj i je po prostu zobaczyc. Nawet pogoda mimo nienajlepszego poranka dopisuje a my trafiamy dodatkowo na piekna tecze. Sam widok jezior a nawet bardziej ich polozenie jest niezwykle. Jednak to co na dlugo zapada nam w pamieci to malownicze krajobrazy jakie mozemy ogladac podczas calej wedrowki. Wracajac odwiedzamy jeszcze Taranaki Falls po czym przechodzac przez “zaczarowany” las (tak wyglada na pierwszy rzut oka) docieramy do naszego Lazy Boya.

Drugiego dnia po nocy na jednym z lookoutow ( podczas drogi na niego odwiedzamy tez pozostalosci po jednej z maoryskich wiosek) ruszamy zobaczyc sam Mordor i znajdujace sie nieopodal przecudne jeziora. Poczatkowy myslimy nawet o wejsciu na szczyt wulkanu Ngauruhoe lecz ilosc zalegajacego tam sniegu – lodu nieco nas odstrasza wiec zamieniamy to na dodatkowe kilometry trekkingu do Blue Lakes i Red Crater. I nie zalujemy decyzji bo widoki jakie tam zastajemy sa przecudne. Czerwone scaly, mnostwo zastygnietej lawy, wyrzuconej z krateru itp., tworza naprawde niezwykly krajobaz. W dodatku w miejsce gdzie docieramy skaly sa tak gorace ze az z nich paruje. Pelno tutaj siarki i malych gejzerow. My dodatkowo mozemy podziwiac Mordor w calej okazalosci. Nastepnie zachwyceni widokami i rozmarzeni wracamy do auta. Na koniec musimy dodac ze to jedno z najpiekniejszych a moze nawet najpiekniejsze miejsce w NZ. Nas urzeklo i na zawsze pozostanie w naszej pamieci z nadzieja ze jeszcze kiedys tutaj wrocimy. Stad udajemy sie do Taumarunui, gdzie na noc zatrzymujemy sie na jednym z parkingow, oczywiscie po uprzaedniej wizycie w McDonaldzie gdzie ladujemy telefony i korzystamy z internetu. Po wieczornej kolacji i partiach w tysiaca kladziemy sie spac, gdyz juz nastepnego dnia czeka nas 150km jazdy austostrada o pieknej naziwe – “autostrada zapomnianego swiata”…

p.s. przepraszamy za wszelkie niedogodnosci ale warunki pracy sa naprawde ciezkie…;p

Nowa Zelandia… opowiesc pierwsza…

Posted in Bez kategorii on Sierpień 5, 2011 by wstronemarzen

Do Sydney skad mamy przedostac sie do Nowej Zelandii lecimy dzien szybciej w razie jakby nasz (osobiscie) laczony lot mial jakies opoznienia. W Sydney spedzamy noc na lotnisku a juz nastepnego dnia mamy lot do Auckland i tak zaczyna sie nasza przygoda z Nowa Zelandia. Krajemy o ktorym kazdy z nas marzyl juz jako male dziecko, krajem od ktorego do domu dzieli nas blisko 20tys km…

Auckland robi na nas wrazenie od samego poczatku mimo ze jak ladujemy jest polnoc (moze sam fakt ze jestesmy w NZ to powoduje). Od razu udajemy sie do naszych couchsurferow (co wiecej sa nimi Ania i Pawel oraz ich synek Antek). Pawel juz myslal ze nie przyjedziemy wiec nasz widok milo go zaskoczyl. Siedzimy troche ale kolo 2.00 kladziemy sie spac w koncu od jutra czeka nas kilka intensywnych dni. Na zajutrz poznajemy malego Antka i choc poczatkowo placze na nasz widok pozniej czesto przesiaduje z nami w pokoju jak najlepszy kumpel. I choc ma zaledwie niewiele ponad rok to doskonale sie dogadujemy. My w pierwszy dzien udaje sie na miasta gdzie przechadzamy sie troche po marinie i centrum miasta oraz udajemy sie na wieze skad ogladamy piekna panorame miasta zarowno w dzien jak i po zmroku. Wieczorem wracamy do domu zachwyceni tym co widzielismy. Nowa Zelandia poki co nie zawodzi ;)

Drugiego dnia zabieramy sie za zaplanowanie naszej podrozy po NZ. Autostop okazuje sie byc dosc ciezka opcja tym bardziej ze narazie pogoda raczej deszczozwa a my mamy zbyt malo czasu by podrozowac w ten sposob i chciec zwiedzic cala NZ. Dlatego nasz wybor pada na komunikacje miedzymiastwa. I tak powstaje plan objechania NZ autobusem. A gdy wszystko jest juz gotowe Wojtek postanawia sprawdzic jeszcze jedna opcje jaka jest wypozyczenie auto. To okazuje sie byc strzalem w dziesiatke choc na poczatku tez mamy pod gorke. Auto jest opcja duzo tansza od autobusu a jeszcze samochody jakie mamy do wyboru sprawiaja ze od tej pory to staje sie naszym priorytetem. Pierwszy problem stanowi fakt iz zaden z nas nie ma miedzyarodowego prawka a w ogole jedyn z tym dokumentem – Mario ma tylko prawo jazdy europejskie. W regulaminach wypozyczalni wymagane jest angielskie tlumaczenie a my takiego nie posiadamy. Jednak auto ktore chcemy wypozyczyc dostepne jest dopier za dwa dni wiec mamy pole do popisu. I nie zamierzamy proznowac Tomek z Marie robia wlasne tlumaczenie ktore popieraja kilkoma polskimi pieczatkami. Troche czasu zajela nam ta zabawa ale dzisiaj odwiedzamy jeszcze jedno fajne miejsce jakim jest wygasly wulkan z ktorego rozposciera sie wspaniala panorama miasta. To tyle na dzis ale i tak pogoda troche kiepska na wiecej. Za to jutro sadny dzien bo okaze sie na ile przekonywujace sa nasze papiery. Wieczor spedzamy z Ania i Pawlem na wymienie podrozniczych doswiadczen itp.

Jest sobota a my ruszamy do naszej wypozyczalni. Jak sie okazuje bez zadnych tlumaczen i probemow udaje sie wypozyczyc auto, na ktore jednak musimy poczekac do jutro. Ale sam fakt powodzenia calej akcji sprawia ze na naszych twarzach maluje sie szeroki usmiech. Zwiedzamy jeszcze troche miasto po czym ruszamy do domu. Dzis planujemy w zarysie nasza samochodowa trase po czym kladziemy sie spac. Rano serdecznie dziekujemy naszym dobrodziejom za goscine po czym ruszamy z plecakami do naszej wypozyczalni. Po zalatwieniu ostatnich formalnosci pakujemy sie do naszeego auta (ktore ze wzgledu na graffiti leniwego chlopca dostaje miano “lazy boy”)po czym ruszamy w trase…

p.s. przepraszamy ze tak krotko i informujemy ze na nastepna czesc chwilke trzeba bedzie poczekac. Jednak zapewniamy ze zdjecia sa juz odzyskane wiec wszystko sie ukaze. Teraz skupiamy sie na pracy jaka udalo nam sie podjac i jeszcze przynajmniej przez najblizszy miesiac to bedzie stanowic dla nas priorytet, bo dzieki temu kontynuacja naszej dalszej podrozy uzyskala wielkie swiatelko w tunelu…

Wypada tylko przeprosic…

Posted in Bez kategorii on Lipiec 13, 2011 by wstronemarzen

Dostajemy wiele wiadomosci z pytaniem o to kiedy na stronie pojawi sie nowy wpis. Niestety musimy zmartwic wszystkich ktorzy tego bardzo wyczekuja. Spotkaly nas spore problemy z naszym laptopem – a dokladniej mowiac odmowil nam posluszenstwa i to na zawsze. Teraz skupiamy sie na odzyskaniu zdjec ktore znajduja sie na twardym dysku. Mam nadzieje ze to sie uda, ale poki co musimy poczekac z zamieszczaniem kolejnych wpisow, gdyz opisywanie cudownych miejsc, kiedy nie mozemy zamiescic zdjec wydaje nam sie bezsensowne. Jeszcze raz bardzo przepraszamy i liczymy na zrozumienie. Wpis pojawi sie najszybciej jak to bedzie mozliwe. U nas wszystko ok, obecnie przebywamy w Adelaidzie poszukujac w dalszym ciagu pracy.

Pozdrawiamy

Pożegnanie z Australią… lecz tylko na chwilę…

Posted in Bez kategorii tagi , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Maj 30, 2011 by wstronemarzen

Czas naszego pobytu w Australii właśnie dobiegł końca, a raczej skończyła się nasza pierwsza przygoda z tym krajem bo za miesiąc znów tu wrócimy. Ale za nim to się stanie opowiemy o tym co jeszcze spotkało nas w tym kangurowym świecie. Jak już wcześniej wspominaliśmy często na weekendy jeździliśmy do Middleton gdzie z reguły czas spędzaliśmy na plaży, czy też na wycieczkach rowerowych. Jednak raz wybraliśmy się do Victor Harbor gdzie znajduje się piękna Granitowa wyspa na którą kiedyś jeździł konny tramwaj a na której można zobaczyć pingwiny i foki. My mieliśmy okazję podziwiać tam piękny zachód słońca i nawet widzieliśmy jednego pingwina. Jest to o tyle trudne porą zimową że pingwiny maszerują już o zmroku a naszego okaza dopadliśmy dopiero schowanego w norze;) Innym razem wybraliśmy się do Goolwa gdzie wraz z Czesiem szaleliśmy autem po plaży i podziwialiśmy ujście jeden z największych australijskich rzek. Czas leciał a my dalej poszukiwaliśmy jakiejś pracy. Co raz częściej zaglądaliśmy do Roberta i Ani i tam spędzaliśmy sporo czasu – to oglądając trochę polskiej telewizji czy grając na wielkim ekranie w jedną z tysiąca gier. Zajęliśmy się również ogródkiem gdzie przycięliśmy kilka sporych palm. Ania z Robertem często robili nam niespodzianki a pierwsza z nich dotyczyła wyjazdu do Gorge Wildlife Park. Tam mogliśmy podziwiać wiele gatunków zwierząt żyjących w Australii. Diabeł tasmański, pies dingo, papugi, to zwierzęta które ciężko spotkać gdzie indziej jednak największą frajdę sprawiło nam trzymanie miśka koali na rękach czy zabawa z kangurami. Ten pierwszy mięciutki w dotyku, ci drudzy napaleni na nasze herbatniki. Próby wyciągnięcia małego kangura z worka czy zrobienia zdjęcia wnętrza torby to tylko jedne z wesołych przygód. Kangury choć bardzo miłe to czasem naprawdę olbrzymie i stawiające opór. Jeden nawet wyskoczył na przysłowiowe „solo” z Mariem i mimo że był z kolegami to musiał się poddać. Ale ta wizyta jeszcze na długo zapadnie nam w pamięci. Innym razem Robert z Anią postanawiają zabrać nas do Melbourne gdzie wyruszamy na 3 dni w środku tygodnia. Podróż nocą a od rana zwiedzanie. Najpierw wizyta na Eureka Tower najwyższym budynku w Australii gdzie dodatkowo w specjalnej kładce na wysokości 285m metrów zostajemy wypuszczeni nad ziemię. Tam stoimy w szklanym pudle gdzie szyby są jakby mleczne. Dopiero po dźwięku tłuczonego szkła mleczne zabarwienie znika a naszym oczom ukazuje się przezrocze co ze szklaną podłogą na wysokości 285m nad ziemią robi naprawdę duże wrażenie. Następnie wybieramy się trochę pozwiedzać miasto gdzie odwiedzamy m.in. Katedrę św. Pawła czy Royal Exhibition Building. Na koniec dnia spotyka nas miła niespodzianka a mianowicie wizyta w Crown Casino. To jedno z największych kasyn w Australii a zabawa tutaj to naprawdę dużo frajda. Jak już zostało wspomniane zabawa a nie poważna gra toteż tej nocy milionerami nie zostajemy. Do domu, do Adelaidy wracamy Great Ocean Road która ukazuje nam piękno australijskiego wybrzeża. Widoki są naprawdę niesamowite a wisienkę na torcie stanowi wizyta na 12 apostołach, w miejscu które często nazywane jest również cmentarzyskiem statków. Choć pogada trochę nie sprzyja (wieje strasznie mocny wiatr a i słonko nie może się przebić zza chmur) to z pełną odpowiedzialnością możemy powiedzieć że to najpiękniejsze miejsce jakie do tej pory widzieliśmy w Australii. Dużo czasu spędzamy na poszukiwaniu jakiejś pracy co jednak nie jest w cale takie łatwe. Bez wiz nikt nas nie chce a wiza z pozwoleniem na pracę Polakom nie przysługuje. W wolnych chwilach gramy w tenisa, czasem w środy jeździmy na treningi polskiej, miejscowej drużyny amatorów w piłce nożnej. I tak nam prawie zleciały kolejne tygodnie. W końcu udało się coś złapać. Jeździmy przez kilka dni do Hahndorfu gdzie na zlecenie pewnej pani ścinamy wielkie drzewo. (Piękne miasto w zasadzie zamieszakne w większości przez Niemców i taki też styl reprezentujące) Praca dość nie typowa bo drzewo ma grubo ponad 10m wysokości a my do dyspozycji mam tylko piłki ręczne ze względu na brak zezwolenia na jego ścięcie. Jednak robota przynosi nam dużo frajdy i choć czasem jest dość niebezpiecznie a na drzewo, na duże wysokości trzeba się wspinać sposobem na misia koalę, to w szybkim tempie kolejne gałęzie i konary lądują na ziemi. Nie było chętnych na podjęcie tej pracy szczególnie że kilka konarów sterczy nad dachem jednak my nie dość że się tego podejmujemy to jeszcze po skończonej pracy możemy się pochwalić że dom i jego dach stoi dalej w stanie nienaruszonym. Niestety przytrafia nam się raz felerny dzień w którym to podczas powrotu z pracy w naszym aucie psuje się sprzęgło… Od tej pory czołg jest niesprawny a my przecież musimy go sprzedać. Sytuacja wręcz dramatyczna i przez chwilę do głów przychodzi nam nawet myśl oddania go na złom. Jednak ta podróż udowadnia że okazywana innym ludziom dobroć odpłacana jest podwójnym szczęściem toteż czołg zostaje ostatecznie sprzedany i to za nie wiele mniejszą sumę niż ta za jaką został kupiony. A patrząc na to że udaje się go sprzedać niesprawnego (spalone sprzęgło) to sukces tym większy. Ostatnie dni spędzamy na przesiadywaniu w domu bo więcej pracy nie ma. Czasem Wojtek tylko z Robertem jeździ do pracy i trochę dorabia. Trochę intensywniej jest w ostatni weekend. Najpierw zostajemy zaproszeni na pyszna kolację gdzie w menu króluje krokodyl i kangur. Później rozrywka w największym kasynie w Adelaidzie a na koniec impreza do białego rana w jednym z miejscowych klubów o pięknej nazwie Dog&Duck. W niedziele natomiast trafiamy na mecz Polonii w której udaje się zadebiutować Mariowi. I choć gra tylko kilka minut i nie jest zbytnio zadowolony ze swojej gry to udaje mu się zdobyć bramkę którą dedykuje wszystkim chłopakom ze swojej kochanej Sparty Parszowice!!! Oczywiście miłym akcentem tego weekendu jest zwycięstwo Barcelony w finale ligi mistrzów i choć to tylko była formalność to mimo wszystko finał mógł się bardzo podobać. My natomiast już jutro wyruszamy do Sydney by 1 czerwca udać się do krainy która zawsze była naszym największym marzeniem – do Nowej Zelandii. Dopiero teraz tak naprawdę czujemy że udało się spełnić to o czym każdy z nas marzył od zawsze. To przekonuje nas tylko i wyłącznie w twierdzeniu że czasem warto, naprawdę warto zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę i zrobić w życiu wszystko aby te największe marzenia stały się rzeczywistością. Jednak z Australią nie żegnamy się na zawsze. Ba… nie żegnamy się nawet na zbyt długo, gdyż po 25 dniach w Nowej Zelandii znów zawitamy do krainy kangurów lecz tym razem będzie to już nasza ostatnia wizyta w tym cudownym kraju…

Naj… czyli bo było niesamowicie i zawsze miło będziemy to wspominać!!!

Posted in Przemyślenia on Maj 23, 2011 by wstronemarzen

Minęło już blisko 2,5 miesiąca kiedy to nasza noga po raz ostatni kroczyła po azjatyckim lądzie. 5-miesięczna przygoda w na tym dość egzotycznym kontynencie wiele nas nauczyła. Mogliśmy ujrzeć miejsca, które do tej pory oglądaliśmy w telewizji, internecie czy w kolorowych pismach i przewodnikach. Poznaliśmy ludzi którzy przekonali nas że inny nie znaczy gorszy, którzy obdarowali nas wielką serdecznością, byli bardzo pomocni a co najważniejsze sprawili że nasza przygoda była niesamowita. W końcu przytrafiły nam się przygody o których nawet nikt z nas wcześniej nie mógł marzyć. Dlatego teraz chcielibyśmy podsumować tę część naszej podróży w trochę wesoły sposób wspominając 100 „naj”, które warto opisać :) a zatem zaczynamy (Do lektury proponujemy włączyć sobie jakiś ciekawy kawałek muzyczny bo jest dość długa. My proponujemy np. 4 non blondes – What’s Up?. to też część naszych azjatyckich wspomnień) :

1. Największy kraj w jakim byliśmy do Indie.
2. Najdłuższy stop pod względem ilości przejechanych kilometrów to podróż jednym z tirów w drodze do Bangkoku ok. 1000km – Tajlandia.
3. Najbardziej mokra noc – na posterunku policji na wielkim tarasie (zadaszonym) rozkładamy karimaty i moskitierę, lecz okazuje się że dach jest nieco za krótki a cała woda spływa na taras. My rano budzimy się w kałuży wody której głębokość to dobre 5cm. Wszystko przemoczone… – Malezja
4. Najpiękniejszy zachód słońca przytrafił nam się w drodze do Katmandu. Jednak było to podczas jazdy zatłoczonym autobusem toteż brak zdjęć – a było cudnie. Choć te w Indonezji też były boskie. – Nepal
5. Najbardziej zaskakujący couchsurfer to Dan. W mailu dostajemy mapę z dokładną instrukcją dojazdu do mieszkania, a że w tym czasie go nie ma to choć nas w ogóle nie zna klucze do drzwi zostawia pod wycieraczką. W mieszkaniu zjawia się późnym wieczorem. – Singapur
6. Najśmieszniejsza historia dotycząca zdrowia przytrafia się Wojtkowi. Kłopoty ze słuchem kończą się kiedy po jednej z wizyt u lekarza ten wyciąga mu osę z ucha. Od tego momentu na Wojtka mówimy „osa” ;p. – Indonezja
7. Najbardziej nieprzychylni ludzie to zdecydowanie mieszkańcy Wietnamu. Wszystkich traktują jak chodzące ATM (czyt. Bankomat), a w dodatku każdy biały to Amerykanin, czyli mieszkaniec kraju który bardzo ich skrzywdził. – Wietnam
8. Największa tęsknota za domem i rodziną dopadła nas podczas Świąt Bożego Narodzenia. Chwila w której dzielimy się opłatkiem to naprawdę ah… aż łzy się w oku kręcą. – Tajlandia
9. Najbardziej zasyfionym krajem są zdecydowanie Indie. Ilość śmieci oraz miejskie latryny w postaci kawałka ściany na środku ulicy przebijają wszystko.
10. Największe rozczarowanie to Bali. Nie tak wyobrażaliśmy sobie raj na ziemi. – Indonezja
11. Najzabawniejsza widokówka jaką kupiliśmy do kolekcji Maria była w Bangladeszu. O ile można nazwać to w ogóle widokówką. Zostaniemy więc przy wersji kartka pocztowa.
12. Najdziwniejszy couchsurfer to „idol” z Ho Chi Minh. Jak 2h po przyjeździe zabiera nas na imprezę to tak leci w tany że przez następne 2 dni mieszkamy tylko z jego babcią. Niestety już się nie zjawia, więc wyjeżdżamy bez pożegnania. – Wietnam
13. Najwięcej czasu spędziliśmy w Nepalu. Tutaj wykorzystaliśmy wszystkie 30 dni naszej wizy.
14. Najmniejszy kraj w którym byliśmy to Singapur. Tomek zawsze powtarza że to nie kraj a niemieckie miasto.
15. Najbardziej niesamowity kraj to Kambodża. Ludzie i klimat jaki tworzą najbardziej zbliżony do tego z naszej kochanej Polski.
16. Największy zwierzęcy paradoks to kiedy kot jest mniejszy od szczura i jak tu złapać śniadanie – Indie.
17. Najlepsza potrawa jaką jedliśmy do tej pory to Phat Thai. Palce lizać , zaś najlepszy napój to szejk bananowy – Tajlandia, Nepal
18. Najdłuższa podróż stopem licząc czas spędzony na jednym samochodzie to przygoda na jednym z ośmiu tirów wiozących kamienie. Trwała 72h a my zaczęliśmy się już urządzać jak w domu. – Indonezja.
19. Najdłuższa impreza to ćwierćwiecze Maria na plażach Sihanoukville. Trwała raptem ok. 120h. – Kambodża
20. Najwięcej wiz w paszporcie mamy z Indii, Malezji i Tajlandii po 2. Bo też do każdego z tych kraji wjeżdżaliśmy po dwa razy.
21. Największy niezrealizowany plan to dotarcie do Komodo. Niestety przegraliśmy ze strajkiem, biurokracją i pazernością ludzi chcących się na nas wzbogacić. – Indonezja
22. Największe problemy zdrowotne to zatrucie Maria. Biednym męczył się przez 7 dni a po 2 dwóch myślał że to już jego koniec;p – Bangladesz
23. Najbardziej jajeczna przygoda to zdecydowanie kąpiel w gorących, siarkowych źródłach.. a fuj – Indonezja
24. Najbardziej złodziejski kraj to Wietnam. Przy nas jedna z Polek zostaje bestialsko okradziona przez sprawców na skuterze.
25. Najkrótsza wizyta przypadła w Singapurze. Jedynie dwie noce które tu spędziliśmy były i tak wystarczające do tego by zobaczyć wszystko co ciekawe.
26. Najbardziej przerażająca wizyta u lekarza, to historia kiedy z Wojtkiem zachodzimy do szpitala by przeczyścili mu ucho. Gdy Wojtek leży na stole a lekarz kombinerkami wygina igłę na końcu strzykawki zabieramy go stamtąd i uciekamy w popłochu. – Indonezja
27. Największa zabawa spotyka nas podczas tubingu. Spływ na traktorowych dętkach wzbogacony o mnóstwo atrakcji to naprawdę niezwykła frajda. – Laos
28. Najwygodniejszy transport to autobusy w których zamiast siedzeń są łóżka tzw. sleepingi, jeden z niewielu pozytywnych rzeczy w tym nie lubianym przez nas kraju – Wietnam
29. Najbardziej ohydna „potrawa” jaką jedliśmy to dildo. Bez dziwnych skojarzeń to jakaś papka o dziwnym kolorze i egzystencji. – Nepal
30. Najzabawniejsza kobieta to jedna z Chinek która chciała błysnąć angielskim przed resztą znajomych. Kiedy jemy posiłek podchodzi do nas grupa podróżników z Chin. Jedna z pań nawiązuje z nami rozmowę i w pewnym momencie pyta jak długo tu jesteśmy. Wtedy Wojtek odpowiada – pyta pani jak długo jesteśmy w Wietnamie czy jak długo jesteśmy tutaj na wyspie? – lecz kobieta tylko się uśmiecha po czym odpowiada „aha” i radosna odchodzi dalej… „angielski” jak łatwo błysnąć przed resztą grupy. Mario i Tomek przechodzą wtedy szkołę jak nie udusić się piwem i nie dać poznać po sobie że człowiek śmieje się w niebogłosy. – Wietnam
31. Najśmieszniejszy pracownik, który dostaje od nas tytuł „pracownika roku” to koleś malujący barierki przy drodze pomarańczową farbą olejną. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to że zamiast pędzla używał gołej dłoni – Indie
32. Największe kulinarne przerażenie przytrafiło się kiedy ktoś źle przetłumaczył nam kilka nazw. Wtedy wyszło że nieświadomie zjedliśmy psa… Na szczęście to była nie prawda a zjedliśmy tylko jakiegoś ptaka – ufff;) – Indie
33. Najgorsze drogi są zdecydowani w Indonezji. W asfalcie ( o ile jest) jamy takie że po dwa borsuki by się schowały. W dodatku raz nad wybrzeżem woda podmywa klif to też więcej niż połowa jezdni opada kilkadziesiąt metrów w dół.
34. Najbardziej sprawiedliwe ceny widnieją na biletach do Taj Mahal. Tubylcy płacą 20 rupii turyści 750 rupii… – Indie
35. Najwięcej uśmiechu wywoła u nas wizyta w Świątyni Tygrysów. To były naprawdę wielkie emocje a możliwość dotykania 200kg kotów wręcz niesamowitą przygodą. Tomek do dziś twierdzi że tak wielkie uśmiechu jak na zdjęciach z tygrysem jeszcze na swojej twarzy nie widział. – Tajlandia
36. Największa przygoda to wyprawa na aktywny wulkan Bromo. Chęci zajrzenia do środka krateru o mało nie przypłaciliśmy życiem. Teraz gdy wszystko zakończyło się szczęśliwie możemy powiedzieć że warto było i będziemy to pamiętać do końca życia. Jednak nikt z nas drugi raz by tego już nie zrobił. To się nazywa nauczeni doświadczeniem. – Indonezja
37. Największa różnica w leczeniu to sytuacja kiedy Mario wybija sobie łokieć. Pół roku przed wyjazdem ta sama kontuzja przytrafiła mu się w Polsce. Wtedy miał rękę w gipsie teraz muszą wystarczyć bandaż elastyczny i maść z Polski. Ból pierwszej nocy jest nie do zniesienia. Lecz z każdym dniem sytuacja się zmienia a teraz jest już super. – Bangladesz
38. Najciężej o stopa w Wietnamie, Indiach i Laosie. W pierwszym bo wszyscy chcą za to pieniądze. W drugim bo wzbudzasz takie zainteresowanie że otacza cię 30 osób i nikt na drodze cię nie widzi. A w trzecim bo tam nie ma dróg i mało kto jeździ na większe (czyt. np. 30km) odległości.
39. Najtańsze whisky jakie pijemy to Mekong. Smakuje trochę jak tusipet ale za to gardło nie boli a cena wręcz oszałamiająca 1$ za 0,7l. – Kambodża
40. Najbardziej upalna noc, to ta kiedy wędrujemy po Bombaju. Pot cieknie z nas ciurkiem – Indie
41. Największe słowa otuchy. Kiedy w drodze na krater Bromo spotykamy pewnego starszego Francuza a ten mówi: to niebezpieczne, ale to co chcecie zrobić jest niesamowite. Jakbym był młodszy poszedł bym z Wami. Zdobycie Bromo dedykujemy m.in. jemu!!!
42. Najbardziej niezwykła historia z udziałem Polaków to spotkania z Agnieszką i Rafałem. Pierwszy raz kiedy Agnieszka otwiera nam drzwi o 2 w nocy w Kuala Lumpur w mieszkaniu rosyjskiej couchsurferki. Później spotykamy się przypadkowo jeszcze dwa razy w dwóch różnych miejscach w Wietnamie. Pozdrawiamy serdecznie i mamy nadzieje do zobaczenia;)
43. Najwięcej papierosów palą ludzie w Indonezji. Spotkać kogoś bez fajki to naprawdę wyjątek.
44. Najdziwniejszy taksówkarz to jeden z riksiarzy w Indiach. Kiedy dajemy mu tyle na ile zasłużył ten rozpłakuje się. Jednak jedno zdjęcie wystarcza i po chwili odjeżdża z uśmiechem.
45. Najbardziej niewygodny autostop to nasz pierwszy stop i podróż ciężarówką. 5-godzinna męczarnia powodowała drętwienie pośladków. Fakt jak było ciasno może obrazować sytuacja kiedy przy każdej zmianie biegów siedzący najbardziej w środku Mario musiał podnosić obie nogi wysoko do góry… – Bangladesz
46. Najdziwniejszy stop to przejażdżka na lawecie (tir przewożący samochody) na której jedziemy na pace starego pick-upa. Co śmieszniejsze ostatnie 70km pokonujemy tym niesprawnym pick-upem – Tajlandia
47. Najwięcej problemów mieliśmy zawsze z załatwieniem wizy do Tajlandii. Pierwszym razem chcieliśmy wjechać bez niej to nas zawrócono z granicy, a potem ze względu na święto musieliśmy czekać dwa dni na jej załatwienie. Jednak drugim razem spóźniliśmy się 6 minut co nas kosztowało czekanie kolejnych 4 dni zamiast kilku godzin. – Malezja i Laos.
48. Najzabawniejsi policjanci to Ci którzy widząc nas przy drodze próbujących łapać stopa, mówią że to niebezpieczne, zarządzają blokadę autostrady, po czym zatrzymują autobus a kierowcy każą nas za darmo zawieść do celu. Co gorsza wyrzucają kilka osób ze środka by było miejsce dla nas. Wtedy czuliśmy się naprawdę niezręcznie – Indie
49. Najłatwiej stopa łapie się w Tajlandii. Czasem wystarczy że siedzisz przy drodze a kierowcy sami zatrzymują się i pytają czy nie chcesz jechać z nimi dalej.
50. Najwięcej herbaty wypiliśmy w Nepalu. Mogę zaryzykować twierdzenie że najwięcej w życiu ale trzeba było się rozgrzać bo czasem było naprawdę zimno.
51. Najdziwniejszy dom w jakim mieszkaliśmy podczas podróży to „kurnik” w Bangkoku. I nie ma w tym przesady, ale było wesoło. – Tajlandia
52. Najdłużej pozowane zdjęcie to skoki karate przy fontannie na placu w Phnom Phen. Ilość prób (trzeba zaznaczyć że zdjęcia robione przy użyciu samowyzwalacza), naprawdę niezliczona, ale sukces pełen. – Kambodża
53. Najoszczędniejszy prysznic, kiedy to Wojtek z Mariem myją się w ¼ wiadra wody. Co więcej jeszcze trochę zostaje na później. – Indie
54. Najbardziej absurdalne przepisy kiedy do Red Fort pozwalają nam wnieść aparaty i kamery a nie pozwalają wejść z laptopem który mamy w plecaku – Indie
55. Najlepsze zdanie przed rozpoczęciem imprezy. Słowa Maćka ( z ekipy z Nepalu) do recepcjonisty gdy wchodzimy do hotelu – „nie pośpisz misiu dzisiaj, oj nie pośpisz…” impreza zakończyła się koło 6.00… – Nepal
56. Najtańszy transport to przejażdżki pociągami. Za setki kilometrów płaciliśmy po ok. dolarze. – Indie i Indonezja
57. Najpiękniejsze plaże są zdecydowanie na Ko Samet. – Tajlandia
58. Najbardziej niesamowici ludzie (tubylcy) których spotkaliśmy na swojej drodze to: Sunita (Indie), Vishnu (Nepal), Shazib i przyjaciele ( Bangladesz), Mai z rodziną (Tajlandia), Meta ( Kambodża), Dan (Singapur), „Idol” i jego niesamowita babcia (Wietnam), Mnichu – książe (Tajlandia), Sonia (nasza indonezyjska siostra), Eru ( Indonezja), jeszcze raz dziękujemy!!! Jesteście Wielcy.
59. Najmniej stopów bo żadnego „udaje się złapać” w Indiach, Nepalu i Singapurze.
60. Najbardziej miło – wredna recepcjonistka to pani z hotelu w Hoi An, tuż po przybyciu do hotelu wzięliśmy prysznic po czym zeszliśmy na dół aby załatwić wszystkie sprawy związane z pobytem, kiedy wynikł spór o to że nie zostawimy paszportów bo to nasz jedyny i najważniejszy dokument, pani wyrzuciła nas z hotelu. Przynajmniej shower był za darmo ;p – Wietnam
61. Najlepsi kolejarze są w Indonezji. Ale najlepsi w playstation. Chociaż Mario i w to ich ograł. Chłopaki cały dzień siedzą w swoim pokoju i grają. Co gorsza nawet nie znają rozkładu pociągów.
62. Najdziwniejszy nocleg, a przynajmniej jeden z najdziwniejszych zaliczyliśmy na pewnym przystanku autobusowym. O ile można nazwać to przystankiem (drewniana ławka i jakiś dach na 4 kołkach bambusowych). Podczas łapania stopa złapała na noc, nie mieliśmy wyjścia a i tak uratowało to nas przed deszczem – Indonezja
63. Najbardziej drastyczna w skutkach impreza podczas wyjazdu to pierwsza noc w Bangkoku. Powrót do domu spowodował że następnego dnia nasza couchsurferka musiała szukać nowego lokum a my z nią ;p – Tajlandia
64. Najdziwniejsze momenty sławy, kiedy kierownik budowy autostrady prosi nas o autografy – a dlaczego – bo mamy wielkie plecaki więc na pewno jesteśmy sławni – Indie
65. Najpopularniejsze imiona wyjazdu. Na wszystkich nieznajomych mówiliśmy „Misiu” a na wszystkie nieznajome „Marysiu”.
66. Największy paradoks to, to że będąc w 10 krajach Azji sylwestra spędziliśmy w tym jedynym w którym nie było szampanów – i co to za sylwester ;( – Tajlandia
67. Najbardziej miłe towarzystwo to wszyscy Polacy których spotykamy po drodze. Zaczynamy od Gosi i Michała – Himalaje (Lobuche), wspaniałej ekipy z Łodzi i okolic – Maciek, Jacek, Robert, Mariusz i Paweł (Katmandu), Agnieszki i Rafała ( Malezja i Wietnam), Iwony i Jarka ( Bangkok), szóstkę szalonych dziewczyn które spotkaliśmy na Ko Samet Gosia, Agata, Natalia, Magda, Grażyna, Marzena (Tajlandia), Marcin (Laos) oraz wszystkich pozostałych których nie jesteśmy w stanie wymienić a o których również pamiętamy. Pozdrawiamy Was serdecznie, mam nadzieję że się jeszcze spotkamy!!!
68. Najlepszy rzeźnik to człowiek którego poznaliśmy na Goa. W niecałe 90sekund potrafi złapać, zabić, oskórować i pokroić dwa kurczaki. – Indie
69. Najbardziej uroczy i miły stop to kiedy w drodze do Tajlandii zabierają nas dwie młode mamuśki z dwójką młodych córeczek. Trzeba przyznać że o mało się nie zakochaliśmy ;p ale wszystko działa w dwie strony. Dziewczyną też zależało bo nie dość że po nas zawróciły to jeszcze zawiozły 100km dalej niż miały jechać ;) – Tajlandia
70. Najzabawniejszy strażnik, to facet ze strzelbą który boi się wejść do lasu a większość czasu przesypia na warcie. Sunderbansowa przygoda. – Bangladesz
71. Najbardziej zaskakujący couchsurfer, Shazib – to od niego dostajemy kierowcę z samochodem do dyspozycji, który ma spełniać wszystkie nasze zachcianki, i to on pozwala nam zmieniać hotele jak rękawiczki. My jednak pozostajemy skromni, bo przecież tak nie wypada;p – Bangladesz
72. Najbardziej niesamowici podróżnicy z różnych części świata których spotkaliśmy to: Hanne i Mojo (Marjo) z Finlandii, oraz starsza Włoszka którą spotkaliśmy w Mongli (Bangladesz) co lepsze jej mieszkanie w Wenecji już czeka na nas. Dzięki za niesamowite towarzystwo;)
73. Najbardziej przerażająca jazda, to podróż na dachu autobusu w Himalajach. Spadnie nie spadnie takie pytanie każdy z nas powtarzał sobie w każdym momencie kiedy autobus wychylał się nad kilometrowe przepaście. – Nepal
74. Najdziwniejsze rzeczy jakie jedliśmy to węże, pająki, szarańcze, koniki polne, larwy itp. – Kambodża
75. Najbardziej babski stop kiedy 8 kobiet zabiera nas małym busikiem i wiezie w mało znanym kierunku. Na końcu okazuje się że zabierają nas na wzgórze skąd podziwiamy przecudne widoki na Lake Toba – Indonezja
76. Najdłuższa podróż pociągiem to jazda na trasie Bombaj – Patna. 36h w najniższej klasie w z masą Hindusów – moc niezapomnianych wrażeń gwarantowana. – Indie
77. Najbardziej nerwowa sytuacja podczas podróży przytrafia się w Wietnamie w tutejszych środkach transportu. Pierwsza w jednym z busów kiedy to na koniec Mario o mało nie wdaje się w bójkę z jednym z przewoźników (ostatecznie Wietnamczyk rezygnuje z pojedynku;p) oraz druga w innym z wietnamskich autobusów kiedy to Tomek wpada w szał. Na szczęście w porę udaję się go uspokoić – przynajmniej trochę.
78. Najbardziej niewiarygodna historia to spotkanie mnicho – księcia. Złapać na stopa dziedzica tronu Tajlandii, to brzmi jak wygrać w totka nie puszczając kuponu. – Tajlandia
79. Najbardziej nieznośni klienci, tak to o nas i to cała prawda. W Tajlandii kierowcy tuk-tuków zawożą Cię do sklepów z garniturami bądź biur podróży po to byś tam spędził przynajmniej 15minut a oni wtedy otrzymują voucher na paliwo, a ty masz kurs gratis. My oczywiście wytrzymaliśmy najdłużej 5 minut ale zdążyliśmy w tym czasie przymierzyć po kilka garniturów.
80. Najcudowniejsze widoki przyniosła wizyta w Himalajach, a także Ha Long Bay, Lake Toba i Bromo. – Nepal, Wietnam i Indonezja
81. Najlepszy imprezowicz to kolega ‘Idola”. Pewien Hiszpan którego nazywaliśmy „banga, banga” rozbawił na do łez podczas zabawy w Ho Chi Minh. Szczególnie niezapomniana była podróż taksówką przez całe miasto i historia o mafii. – Wietnam
82. Najczęściej śpiewana piosenka kierowcą, którzy chcą od nas pieniądze za podwózkę to „many, many” zespołu ABBA. – Wietnam
83. Najtrudniej zrobić zdjęcie delfinowi rzecznemu. Nie wierzycie, zapytajcie Tomka. – Bangladesz
84. Najbardziej ohydny trunek jaki w życiu piliśmy to roksi. Występuje w dwóch odmianach. Biała to tak jakby ktoś umył wodą kieliszki po wódce i kazał pić tą wodą, druga złota to tak jakby ktoś umył szklanki po whisky i kazał pić tą wodę. – Nepal, Kambodża
85. Najdziwniejszy zakaz, to zakaz bicia kierowcy autobusu. Takie tabliczki widnieją w komunikacji miejskiej Singapuru.
86. Najsmutniejszy widok kiedy półroczne, nagie dzieciątko śpi na chodniku. – Indie
87. Najlepszy zakup to ten kiedy kupiliśmy 3 złote łańcuszki za jakiegoś dolara. Tym lepszy to zakup że łańcuszki czego zresztą się spodziewaliśmy mają zdolność zmiany koloru. Po dwóch dniach były już srebrne ;) – Indie
88. Najwięcej stopów łapiemy w Tajlandii, drugie miejsce zajmuje Indonezja.
89. Najwyższa cena jaką zapłaciliśmy za to że uszliśmy z życiem na Bromo to rozbity telefon, dwa stłuczone kolana i rozerwane spodnie. Dlatego dalej twierdzimy że warto było. – Indonezja
90. Najweselsi tuk-tukarze. Zbierają się wieczorami w duże grupy i drinkują. Kiedy widzą Cię wołają zapraszając na piwo, a wszystko po to by trochę z tobą pogadać – Kambodża
91. Najlepszy sposób by dobrze zejść a nie dużo zapłacić to hamburgery w 7eleven. A wszystko dzięki temu że zestaw warzyw nakładasz sobie sam. Niestety, oczywiście dla innych po nas już nie za wiele było do nakładania. – Tajlandia
92. Najsurowsze przepisy gdy podczas wizyty w kafejce internetowej proszą o paszport by spisać dane. Jednak największy absurd spotkał nas kiedy Tomek musiał oddawać odciski palców przy zakupie karty sim do telefonu. – Indie, Nepal, Bangladesz
93. Największa duma kiedy za każdym razem w każdym sporcie ogrywamy miejscowych, godnie reprezentując AWF Wrocław i Polskę. Wygraliśmy m.in. w siatko-nogę grając specjalną wiklinową piłką z miejscowymi w Kanchanburi – otrzymując od razu przydomek mistrzowie, następnie ograliśmy chłopaków w piłkę na placu królewskim w Phnom Penh, wygraliśmy mecz w siatkówkę w Siem Reap oraz kolejny mecz w piłkę nożną tym razem w Ayuttayi – Kambodża, Tajlandia
94. Najbardziej deszczowy moment podróży to wizyta w Malezja. Najgorsze że po przejechaniu 180km w deszczu nawet nie mieliśmy mokrej jednej nitki na ubraniu. Zostało tylko 10km a wtedy zaczęły się czerwone światła. Od tego momentu zdecydowanie trudniej było o jakąkolwiek suchą…
95. Najlepsze budowle jakie widzieliśmy to Taj Mahal ( pierwsze mocne wrażenie podczas podróży), Angkor (coś niesamowitego) oraz Petronas Twin Towers, niesamowity widok z mieszkania Olgi ale największe wrażenie kiedy wychodzimy schodami z metra tuż pod drzwi Petronasów, to było magiczne – Indie, Kambodża i Malezja
96. Najdziwniejszy stop kiedy pewien pan zatrzymuje się po nas ale gdy dowiaduje się że nie zapłacimy dopiero po długich namowach nas zabiera. Jednak wysadza po 20km twierdząc że dalej nie jedzie. Gdy wysiadamy z naszych ust pada kilka gorzkich słów. Po chwili na przystanek podjeżdża autobus, a drogę zajeżdża mu ten sam pan co nas wysadził. Pani płaci za bilety a nam każe wsiadać. Dziękujemy… za metamorfozę – Tajlandia
97. Najbardziej szaleni kierowcy autobusów mieszkają w Indiach. Podobno dziennie w wypadach ginie tu ponad 100 osób. My nie widzieliśmy ani jednego wypadku a o wszystkich statystykach dowiedzieliśmy się dopiero w Tajlandii – Indie
98. Największe zdziwienie. Występuje na twarzach miejscowych kiedy nie udaje im się zrobić nas w balona ;)
99. Najlepsze jeszcze przed nami!!! Pozdrawiamy wszystkich z Australii:)

A setną pozycję zachowujemy dla siebie. Pod nią kryje się wiele innych niesamowitych „naj” lecz je wszystkie usłyszycie dopiero po naszym powrocie, więc prosimy o cierpliwość…

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 31 other followers