Archiwum dla Wietnam

Wietnam…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , on Luty 12, 2011 by wstronemarzen

Słodkie kambodżańskie lenistwo już za nami, a więc mkniemy na granicę z Wietnamem. Mkniemy to może przesada bo nasz stop ledwo się porusza do przodu no ale co zrobić. Wieczorem docieramy w końcu na granicę gdzie widać pierwsze oznaki komunizmu. Na granicy walczymy ostro toteż udaje nam się dość szybko ją opuścić. Kolej na pierwszy wietnamski obiad i pierwszego stopa. Jest ciemno więc sytuacja trochę mało komfortowa ale udaje się zatrzymać wielkiego tira, w którym w kabinie można by było zrobić niezłą imprezę. Docieramy na przedmieście Ho-Ch-Minh-City gdzie po raz pierwszy słyszymy „many, many” na co oczywiście pokazujemy pusty portfe, bo za stopa płacić nie zamierzamyl. Łapiemy taksówkę która zawozi nas prosto do couchsurfera. Nasz artysta ( m.in. brał udział w Idolu oraz maluje obrazy) zabiera nas na pierwszą imprezę w Wietnamie. Na początku poznajemy jego kompana, którym jest hiszpański showman Banga Banga po czym ruszamy do klubu. Tutaj poznajemy 3 Polki które właśnie Saigon wybrały na swoje miejsce pracy. Z imprezy wychodzimy nad ranem, a po drodze do domu dochodzi do przykrej sytuacji kiedy Marcie zostaje wyrwana torebka przez szaleńca na motorze. To pierwszy znak że Wietnam to niezbyt przyjazne miejsce. W Ho-Chi-Minh-City spędzamy 3dni. Wesoła sytuacja przytrafia się nam z naszym couchsurferem, który jak poszedł w tany pierwszej nocy tak jeszcze nie wrócił toteż podczas wyjazdu żegna nas jego babcia, która na drogę wręcza każdemu z nas po dolarze. Z miasta wydostajemy się lokalnym busem, w którym dochodzi po raz pierwszy do poważnej kłótni (o bagaże), która o mało co nie zakończyła się bójką Maria z jakimś kurduplem sprzedającym bilety. Odkąd wyruszyliśmy z Saigonu (druga nazwa Ho-Chi-Minh-City) mkniemy w kierunku zabytkowego miasta Hoi An. Po drodze odwiedzamy jeszcze między innymi Nha Trang, gdzie udajemy się na pola solne (miejsce gdzie ze słonej wody uzyskuje się sól) i oglądamy wielkiego białego Buddę. Trzeba również przyznać że Wietnam ma piękne wybrzeże w którego krajobraz wpisują się zarówno góry jak i morze. Nam jednak coraz mniej zaczyna się tu podobać. Stop praktycznie nie funkcjonuje, gdyż wszyscy żądają zapłaty, toteż zmuszeni jesteśmy przerzucić się na autobusy a w dodatku im bardziej na północ tym gorsza pogoda i co raz częściej pada. Na szczęście same podróże autobusami są całkiem przyjemne ze względu na to iż każdy z nocnych autobusów wypełniony jest tylko i wyłącznie łóżkami. Po przejechaniu około tysiąca kilometrów w końcu docieramy do Hoi An. Na miejscu okazuje się, że jednak spóźniliśmy się o jeden dzień na specjalne święto odbywające się w czasie pełni a związane z puszczaniem lampionów na rzece. No cóż czasem tak bywa, wypożyczamy zatem rowery by zwiedzić to klimatyczne i zabytkowe miasteczko, po czym ruszamy dalej do Hue. Tutaj zostajemy jedną noc. Z samego rana zwiedzamy zabytkową cytadelę, która jest niezwykle interesującym miejscem jednak mało zadbanym toteż jej wartość znacznie spada, szczególnie pod kątem wizualnym. My jednak znajdujemy coś dla siebie a mianowicie słonia chodzącego po jakiejś łące znajdującej się przy jednej z budowli. Oczywiście przeskakując przez mały rów z wodą staramy się zbliżyć jak najbardziej by zrobić kilka fotek, jednak zostajemy przegonieni przez służby porządkowe. No nic, trudno może następnym razem nikt nas nie zauważy. Niedaleko cytadeli oglądamy również czołgi z okresu wojny. Na wieczór ruszamy do Ha Noi skąd planujemy udać się na Ha Long Bay.

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , on Luty 12, 2011 by wstronemarzen

Ha Noi i Ha Long Bay…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , on Luty 12, 2011 by wstronemarzen

Droga przebiega dość spokojnie jednak niepokojące objawy pojawiają się ciągle na niebie, wśród których do najważniejszych należą chmury i brak słońca. Do miasta docieramy popołudniu i zatrzymujemy się w poleconym hotelu. Cena jest naprawdę przyzwoita a w dodatku wliczone jest śniadanie, które przybiera formę szwedzkiego stołu – to dla nas prawdziwa uczta ;p. Tutaj również wykupujemy wycieczkę na Ha Long Bay. Wybieramy opcję 3 dniową z jedną nocą na łódce a drugą na wyspie. Z rana przyjeżdża po nas specjalny bus którym mamy dojechać na miejsce. Dostajemy też opiekę przewodnika, którym okazuje się być młoda i jeszcze mało doświadczona Wietnamka, toteż po wyjeździe z nami jej doświadczenie wzrasta trzykrotnie. Po drodze zajeżdżamy jeszcze do wytwórni glinianych garów i wyszywanych obrazów, gdzie można również kupić różnego rodzaju alkohole które w butelce schowane mają m.in. węże, skorpiony, legwany czy koniki morskie. Tutaj po raz kolejny spotykamy Agnieszkę i Rafała, których wcześniej widzieliśmy w Kuala Lumpur śpiąc u Rosjanki Olgi. Koło południa docieramy na miejsce gdzie czeka na nas już łódka. Okazuje się że cała ekipa liczyć będzie 14 osób a o prócz nas będą jeszcze dwie Francuzki, jakiś starszy dziadek (który jednak wysiada już pierwszego dnia) oraz 5 osób z Holandii i jeszcze jedna para Francuzek lecz tym razem z Hiszpanem Migelem. W pierwszy dzień udajemy się między innymi do Floating Market czy do jaskini która naprawdę robi duże wrażenie. Na łódce jemy również obiad i kolację a na noc stajemy na kotwicy koło jednej z wysp. Nasza pani przewodnik organizuje karaoke które rozpoczyna jeden z Wietnamczyków lecz nie jest w tym nawet trochę dobry, więc swoim talentem skutecznie wyprasza wszystkich z głównego pokładu. My drinkujemy z Francuzkami które uczą nas ciekawych gier w karty. Wieczorem cała ekipa z łódki przejmuje mikrofon i karaoke zaczyna przypominać namiastkę tego co widywaliśmy chodząc na tego typu imprezy w Polsce. Impreza trwa do późnych godzin nocnych toteż poranna pobudka staje się katorgą dla organizmu. Oprócz nas nikt na łódce nie wykupił wycieczki 3dniowej, a zatem na wyspie trafiamy na nową ekipę z Holendrem „blondyną” na czele. Tutaj odwiedzamy między innymi park narodowy, w którym wchodzimy na jeden ze szczytów niestety całe piękne tego miejsca ponownie porywają chmury. Mimo sama droga na szczyt jest miłą odmianą, gdyż w końcu możemy poczuć namiastkę dżungli, co skrzętnie wykorzystujemy latając na lianach. Na wyspie po raz pierwszy dopisuje nam szczęście. Hotel trafiamy nad samą zatoką a w dodatku nasz pokój jest na 6 piętrze toteż widoki z niego są niesamowite. Tutaj organizujemy sobie małe przechadzki toteż czas upływa nam bardzo szybko i jeszcze się dobrze nie obejrzymy a już musimy wracać do domu. Gdy trafiamy z powrotem na naszą łódź zastajemy nową ekipę wśród której jest między innymi Paweł z Polski. Tego dnia dopisuje nam lepsza widoczność dlatego wykorzystujemy to nadrabiając braki w zdjęciach. Na noc wracamy do naszego hotelu, a próbując zabukować bilety autobusowe do Vientiane (stolicy Laosu) po raz kolejny spotykamy Agnieszkę i Rafała – ciekawe czy ta sztuka uda nam się w Australii albo Nowej Zelandii. W dzień wyjazdu do Laosu załatwiamy jeszcze wizy do tego kraju po czym pełni radości z faktu opuszczania Wietnamu udajemy się na stację busów. Oczywiście opuszczenie Wietnamu nie jest takie miłe i po raz kolejne mamy spięcie najpierw w punkcie sprzedaży biletów, później w taksówce a na końcu w autobusie. Jak zwykle nie wiele brakuje aby rozpętała się niezła bójka lecz na szczęście (oczywiście dla Wietnamczyków) udaje się tego uniknąć. W autobusie poznajemy m.in. śmiesznego Francuza z którym okupujemy cały tył oraz Brytyjczyka niemotę który dla bezpieczeństwa słodkości je w rękawiczkach. Na granicę docieramy z samego rana i wita nas niezła ulewa. W punkcie granicznym oczywiście po raz kolejny prowadzimy wojnę z celnikami którzy żądają pieniędzy za każdy stempel co wbijają. Mimo długiej walki jesteśmy zmuszeni się poddać a w nagrodę zostajemy jeszcze dokładniej sprawdzeni… Podsumowując Wietnam należy powiedzieć że jest to kraj o cudownych widokach oraz z magicznym Ha Long Bay. Niestety pazerność ludzi którzy nawet gdy otrzymują żądane pieniądze dalej chcą Cię oszukać na każdym kroku sprawia, że szybko można się zniechęcić do dalszej podróży. To chyba najgorszy kraj w jakim do tej pory byliśmy a w dodatku trafiliśmy jeszcze na kiepską pogodę toteż na Ha Long Bay pojechaliśmy w trekach i grubych ciuchach. Mimo wielkich oczekiwań musieliśmy obejść się smakiem a nasze nastawienie do tego kraju po tym co przeżyliśmy diametralnie się zmieniło…