Torres del Paine, Glacier Perito Moreno i Fitz Roy czyli skarby Patagoni…

No i wylądowaliśmy w Puerto Natales czyli na południowym skrawku chilijskiej ziemi 😉 Dostajemy się tam dość sprawnie łapiąc kolejne fajne stopy. Na miejsce docieramy już o zmroku więc rozglądamy się za jakimś fajnym miejscem na namiot. Dwa płoty sforsowane, kawałek polanki za jakąś stodołą jak dla nas miejsce idealne, a więc czym prędzej rozbijamy namiot i spać bo jutro czeka nas intensywny dzień. Z rana pobudka w blasku słońca więc nie jest źle. Mario z Tomkiem ruszają do miasta szukać jakiejś przechowalni bagażu żeby Park Narodowy Torres del Paine zwiedzić swobodnie. Gdy nic nie udaje im się znaleźć wracając zachodzą na stację gdzie próbują dogadać się z chłopakami tam pracującymi, co ze względu na barierę językową nie jest łatwe. Wtedy na stacje zajeżdża wypasiona toyota land cruiser, a w niej Milan z Czech i Karlheinz z RPA. Milan jak tylko dowiaduje się że jesteśmy z Polski wita nas głośnym okrzykiem „cześć bracia”. I tak zaczyna się nasza kolejna przygoda a zarazem fajna przyjaźń z ludźmi których podróże staną się dla nas niedoścignionym wzorem do naśladowania. Chłopaki postanawiają zabrać nas ze sobą i tak od tej pory będzie razem podróżować przez kolejne 10dni, przez kolejne 2,5tys km… To dzięki nim uda nam się w wyjątkowy sposób zwiedzić Torres del Paine, Glaciera Perito Moreno czy Fitz Roya. Bez auta zobaczenie niektórych z tych miejsc byłoby bardzo trudne już nie mówiąc o przemieszczaniu się między nimi.

Zaczynamy zatem od Torres del Paine. Najpierw odwiedzamy park od strony zachodniej by następnie udać się w miejsce skąd startuje się na trekking na Torres del Paine. Tam postanawiamy spędzić noc. Chłopaki w aucie my w parku, na campingu umawiając się że rano koło 11.00 wspólnie ruszamy dalej. Jeszcze tego samego dnia po 2,5h godzinach marszu udaje się dotrzeć na Mirador Las Torres, lecz podobno dopiero w blasku wschodzącego słońca widać magię tych skał. A zatem budziki nastawione na 4.00 i można iść spać. Pobudka o tej porze to jak wyjście z kina po 10 minutach trwania najlepszego filmu roku, jednak czego nie robi się dla cudownych widoków. Jeszcze tylko 50min wspinaczki w ciemnościach i już można podziwiać magię skał która pozwala określić to miejsce mianem jednego z najlepszych w jakich było dane nam być. Cała zabawa trwa około godziny a sam pomarańcz na skałach pojawia się na ok. 20min ale i tak warto było wstać tak wcześnie. Po wszystkim wracamy na camping gdzie zbieramy manatki i ruszamy w drogę powrotną do miejsca gdzie jesteśmy umówieni z chłopakami.

Kolejne miejsce jakie wspólnie odwiedzamy to Glacier Perito Moreno. Ten lodowiec każdego dnia przesuwa się o 2m do przodu po czym jego fragmenty odrywają się i z wielkim hukiem wpadają do wody. Widok – bajeczny, zważywszy na kolor szczelin lodowych, które przybierają iście błękitną barwę. Można też wykupić wycieczkę statkiem, na którym popija się whisky z lodem prosto z lodowca, jednak nas nie stać na takie zabawy. To miejsce jeszcze długo będzie nam się śnić po nocach. Kolejny lodowiec, w kolejnym kraju i kolejny totalnie różniący się od pozostałych ahhh ta Patagonia…

Na deser zostaje Fitz Roy. Trochę brakuje sił na to żeby wspinać się pod samą skałę więc z dogodnego miejsca na trasie robimy pamiątkowe zdjęcia. Tutaj też mamy po raz kolejny okazję poobserwować krążące na niebie kondory… ehh jak ogromne są te ptaki i z jaką gracją szybują… Noc spędzamy w małym miasteczku tuż u podnóży góry – El Chalten rozbijając namiot gdzieś nad rzeką…

Teraz wspólnie z naszymi przyjaciółmi ruszamy do Chile by tam razem spędzić święta Bożego Narodzenia. Po drodze która trwa kilka dni śpimy na busz campingach, ulubionej formie spędzania nocy przez Milana, jadąc rutą 40 i odwiedzając fajne miejsca m.in. drugi raz trafiamy do Bariloche. Po drodze spotykamy też Magdę i Krzyśka, którzy autem sprowadzonym z Polski przemierzają sporą część Ameryki Południowej. Bardzo pozytywni ludzie, tak samo zakręceni jak my (p.s. mam nadzieję że uda się teraz spotkać w Polsce 😉 ). Z chłopakami docieramy do Mendozy skąd przez przełęcz w pobliżu Aconcaguy (która mamy możliwość podziwiać) udajemy się do Chile, ostatni raz podczas tej podróży żegnając się z Argentyną. Teraz udajemy się do Valparaiso oddalone ok. 100km od Santiago, nadmorskie miasteczko, gdzie na cichym campingu postanawiamy spędzić Święta Bożego Narodzenia. Będą to jednak wyjątkowo inne święta bo zamiast postnych potraw pojawi się 5kg różnego rodzaju mięsa, pięknie upieczonego na grillu. Cóż poszcząc przez większość podróży możemy w święta jako w nagrodę udobruchać nasze brzuszki…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: