Argentyński cud świata i paragwajska zabawa…

Powrót do Argentyny nie jest łatwy. Już w Urugwaju podróż stopem szła jak przysłowiowa krew z nosa a teraz dopiero jest pod górkę. Szczególnie trudne są dni kiedy przy drodze spędzamy nawet po 9h. Niby nic w tym wyjątkowego gdyby nie fakt że przez ten cały czas nawet jedno auto nie chce się nam zatrzymać. Pierwszy dzień na argentyńskiej ziemi nie jest jeszcze taki zły. Udaje nam się złapać kilka stopów w tym dwa tiry co jest sporym sukcesem. Jeden z kierowców zabiera nas nawet do domu na pyszną kolację. Dramat zaczyna się drugiego dnia. Stopa łapać zaczynamy na dość dużej, ruchliwej drodze toteż już od początku jesteśmy pełni nadziei, że ruszymy dalej. Jednak gdy pierwsze 6h nie przynosi żadnych rezultatów postanawiamy przenieść się na stację która podobno znajduje się tylko 6km od miejsca w którym obecnie stoimy. Ok. 35 stopni Celcjusza w cieniu a my dodatkowo z 25kg na plecach maszerujemy nie 6km a 8km a gdy stacji dalej nie widać postanawiamy przystanąć. Gdy kolejne 3h nie przynoszą rezultatu na twarzach pojawia się zrezygnowanie. W pewnym momencie do przejeżdżającego busa zrywa się Mario a gdy jego kierowca pokazuje że skręca (przez najbliższe 100km nie ma zjazdu z tej autostrady) Mario pokazuje mu popularny środkowy palec. I choć nie jest to zachowanie godne pochwały to irytacja wobec kłamstwa kierowcy sięga zenitu. Co śmieszniejsze po minucie owe auto zajeżdża przed nas a kierowca z uśmiechem na twarzy zabiera nas kolejne 500km…

Teraz powoli wędrujemy w kierunku Iguazu Falls. Śpimy w namiocie, który rozbijamy gdzieś blisko drogi- żeby rano nie było daleko, gotujemy obiady (makaron z sosem) na naszej małej kuchence i usiłujemy łapać stopa co też nie jest sprawą najłatwiejszą. Jednak choćby po te 200km dzień po dniu zbliżamy się w kierunku wodospadów. Kiedy do celu brakuje nam jakieś 170km na stopa zabierają nas Dagmara i Dominik którzy podróżują wypożyczonym autem. Niesamowicie pozytywni ludzie z Wodzisławia Śląskiego, którzy w tym momencie wyczyniają nam ogromną przysługę, podwożąc do pierwszego z wielkich miejsc jakie mamy zamiar odwiedzić podczas naszej wizyty w Ameryce Południowej. Na miejscu znajdujemy jakiś camping gdzie ładujemy sprzęt (aparaty, telefony), bierzemy upragniony prysznic, jak również robimy małe pranie. Wieczorem zwiedzamy miasteczko – Puerto Iguazu i grillujemy oraz zajadamy się pieczonymi ziemniakamiJ

Na zwiedzanie wodospadów ruszamy z rana – plecaki zostawiamy na campingu a sami podjeżdżamy specjalnym autobusem obsługującym 10km trasę między miasteczkiem (Puerto Iguazu) a wodospadami. Na miejscu spędzamy ok. 4-5h. W tym czasie odwiedzamy wszystko co jest do zobaczenia. Wodospady są naprawdę niesamowite, ich ilość i różnorodność sprawiają, że to miejsce naprawdę nabiera wyjątkowego znaczenia. Finałem jest wizyta na Garganta del Diablo, gdzie prowadzi długa drewniana kładka. Stojąc nad samym gardłem wodospadu jest się ciągle moczonym przez pryskającą wodę a odgłos spadającej wody jest tak duży że utrudnia nawet zwykłą komunikację. Czas spędzony w parku jest niezwykłym przeżycie. Jedyny smutny akcent to awaria (po małym upadku) jednego z aparatów, który z powodu późniejszego braku profesjonalnego serwisu cannona zamiast zostać naprawiony zostanie jeszcze bardziej uszkodzony i już do końca podróży nasze przygody będą uwieczniane tylko z jednego aparatu co czasem ograniczy nasze możliwości robienia zdjęć. Wracając jednak do Puerto Iguazu to miasteczko to opuszczamy jeszcze tego samego dnia i miejskim autobusem, poprzez Foz do Iguazu w Brazylii przedostajemy się do Ciudad del Este w Paragwaju gdzie rozpoczynamy krótką przygodę z tym krajem.

Już na początku widać że miasteczko to nazywane najczarniejszym rynkiem Ameryki Południowej ma coś z tej nazwy w sobie. Przekraczamy granicę autobusem i nawet nikt nas nie zatrzymuje. Dopiero po naszej interwencji autobus staje a my musimy wrócić się jakieś 2km na przejście by uzyskać pieczątki które będą niezbędne by później opuścić ten kraj. Roi się tu od kantorów które przybierają dość oryginalną postać. A mianowicie dziesiątki starszych panów siedzących na krzesłach w każdym wolnym miejscu na ulicy. Sami na początku chcemy skorzystać z ich usług ale gdy tylko widząc, że jesteśmy turystami chcą nas oszukać o mały włos nie kończy się to czymś więcej niż tylko ostrą wymianą zdań. Gdy udaje się w końcu zrealizować to co chcemy w jednym z normalnych kantorów, udajemy się na wylotówkę by złapać jakiś stop do oddalonego o ok. 300km – Asuncion. Najpierw zamierzamy zrobić to jednym z podmiejskich busów ale gdy tylko znów chcą nas oszukać wysiadamy na pierwszej lepszej krzyżówce. Tutaj trochę zdezorientowani trafiamy na chłopaka który z dobroci serca wywozi nas autem na wylotówkę. Tam potrzebujemy zaledwie 5-10min by złapać stop i to od razu do stolicy czyli Asuncion…

Zabiera nas Javier który pod wpływem naszych opowieści bardzo nas polubił. Najpierw w stolicy załatwia nam tani hostel. Następnego dnia rano zabiera nas do jeden z największych gazet w Paragwaju, gdzie udzielamy wywiadu na specjalne życzenie jego znajomego. Jesteśmy kolejnymi Polakami po Janie Pawle II którzy mają okazję znaleźć się w tej dość popularnej paragwajskiej gazecie. Czas w Asuncion spędzamy głownie na zwiedzaniu stolicy jak również dobrych imprezach w hostelu gdzie nawiązujemy dobry kontakt z właścicielem i całą obsługą. Mamy okazję porozmawiać m.in. z Hugo Ozorio, którego ojciec grał w słynnej FC Barcelonie. Poznajemy też przyjaciela Javiera – z którego mieszkania na ostatnim piętrze w najwyższym budynku w stolicy, podziwiamy całe miasto z „lotu ptaka”. Z nimi również wybieramy się na mecz pomiędzy Cerro Asuncion i Olimpią Asuncion nazywane największymi derbami Paragwaju. Mecz oglądamy na stadionie narodowym i choć nie ma kompletu publiczności (jest ok. 35tys. fanów na 45tys. możliwych) to atmosfera jest naprawdę gorąca. Jedyne czego brakuje to bramek bo mecz kończy się bezbramkowym remisem. W stolicy mam też okazję jeść charakterystyczne paragwajskie danie jakim jest zupa paragwaja. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to że przybiera ona konsystencje stałą a mianowicie podawana jest w postaci placka co jednak nie zmienia faktu iż jest bardzo smaczna.

Z Asuncion ruszamy ponownie na granicę, i ponownie jest to w kierunku Argentyny. W ostatni dzień naszej wizyty mamy okazję przekonać się jak wygląda pora deszczowa w upalnym Paragwaju. Wody na ulicach jest tyle, że ciężko przejechać autem, my mamy jednak na tyle szczęścia, iż na granicę odwozi nas Javier, którego pomocy i przyjacielskiej postawy nie zapomnimy do końca życia…

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Argentyński cud świata i paragwajska zabawa…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: