Archiwum dla Dhaka

Bangladesz…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , on Grudzień 10, 2010 by wstronemarzen

Przygoda z Bangladeszem wymagała od nas ponownego przejazdu przez Indie, gdyż żadną inną drogą lądową z Nepalu dostać tu się nie da. Podróż do Shiliguri, to przejazd przez nie co inne Indie. Z granicy podróżowaliśmy jeepem wraz z parą starszych Azjatów i Francuzem. Krajobraz za oknem nie co uległ zmianie, patrząc na to do czego przyzwyczaiły nas Indie. Jakby mniej śmieci, czyściej, plantacje herbaty itp. W samym Shiliguri wybraliśmy się na obiad gdzie „kelner” o ile można go w ogóle tak nazwać doprowadził nas do szału. Przy każdym zamówieniu przynosił co innego, choć wszystko podkreślał sobie długopisem w menu. Gdy w końcu nie wytrzymaliśmy i opuściliśmy to miejsce, zażądał jeszcze napiwku za obsługę, co wywołało u nas wybuch wielkiego śmiechu. Tutaj jako że to strefa bezcłowa, pozwoliliśmy sobie w promocyjnej cenie zakupić piwo (radości na naszych twarzach ciężko opisać ;p ). Stąd łapiąc w ostatniej chwili autobus (w którym po promocyjnej cenie 20rupii t.j. 1,5zł, zakupiliśmy 3 złote łańcuszki, niestety po dwóch dniach były już srebrne), udaliśmy się na granicę, jednak jak się okazało nie na to przejście co chcieliśmy, no ale nic na to nie mogliśmy już poradzić. Pod granicę dotarliśmy o zmroku, a w dodatku czekał nas jeszcze około 5-cio kilometrowy marsz. W pewnym momencie zatrzymał nas uzbrojony strażnik i oznajmił że granica zamknięta została 15minut temu, więc musieliśmy poczekać do rana, a zatem korzystając z jego wskazówek udaliśmy się do dwóch stojących obok budynków ( jeden z trzciny i bambusa, drugi kontener ) gdzie oczekiwaliśmy na policjantów aby w spokoju rozbić namiot. Gdy zabraliśmy się za rozbijanie namiotu, zjawiła się trójka mężczyzn ( o mało policyjnym wyglądzie ) i po rozmowie i zrozumieniu że nie mamy kasy na hotel pozwoliła nam rozbić namiot w środku biura emigracyjnego. Do szczęśliwego finału tej akcji jak się okazało potrzebne były jeszcze długie rozmowy przez telefon z oficerem i przekonywanie go że nie oddamy mu paszportów na noc, całe szczęście że Wojtek okazał się dobrym negocjatorem i po pewnym czasie leżeliśmy już w swoich śpiworach. Poranek oznaczał dużo biurokracji, jak to podczas przekraczania granic, jednak ze względu na narodowość obsługiwani byliśmy po za kolejnością, dzięki czemu zaoszczędziliśmy sporo czasu, bo tłum chętnych był już spory. Od oficera otrzymaliśmy nawet śniadanie z herbatką i banany na deser. Po załatwieniu kolejnych pieczątek ( w sumie chyba z 6 ) w końcu znaleźliśmy się w Bangladeszu. Wizytę w tym kraju rozpoczęliśmy od ponad godzinnej podróży rikszą ( z 15 kilometrów) a nasz rikszarz nieźle się przy tym napocił, do tego co chwilę któryś z jego rodaków śmiał się z niego gdy ten mówił jakiego zadania się podjął. W Patgram do którego żeśmy przybyli, złapaliśmy autobus do Rangpuru skąd mieliśmy się udać pociągiem do samej Dhaki. Krajobraz za oknem bardzo się zmienił, spora ilość zieleni duże pola na których mnóstwo ludzi ciągle coś uprawia no i większa część obszaru zalana wodą, na której co jakiś czas ktoś łowi ryby. Przejazd autobusem, i oczekiwanie na pociąg przekonało nas że dalej jesteśmy atrakcją samą w sobie a tłum otaczających nas ludzi szczególnie dzieci nie dawał nam spokoju. Chwilę wytchnienia znaleźliśmy w pokoju oficera stacji, gdzie mogliśmy obserwować jak na bardzo dawnym sprzęcie co chwila pan coś wykręca i gdzieś dzwoni co okazało się być związane z przyjazdami i odjazdami pociągów. Oczekiwanie na pociąg było dość długie a zatem pozostawiając bagaże udaliśmy się rozejrzeć po miasteczku. Jak się okazało tłum dalej nie odstępował nas na krok. Sklep mięsny ustawiony przy drodze na skrzynkach, w którym sprzedawano między innymi kopyta to jedna z wielu rzeczy jakie mogliśmy zaobserwować. Gdy przez przypadek weszliśmy w uliczkę mieszkalną tłum ludzi zaczął tak głośno krzyczeć ( nie wiemy czy ze szczęścia czy dlaczego ) ale postanowiliśmy czym prędzej stamtąd uciekać. W pociągu zajęliśmy wygodne miejsce a czas upłynął nam na odpowiedziach na pytania zadawane przez naszych towarzyszy podróż. Jeden z chłopaków ( student) szczególnie dał się zapamiętać gdyż po dotarciu na miejsce pomógł nam zorganizować dalszą podróż jak również zabrał nas na pyszne słodkości i ciepłą mleczną herbatę. Oczekiwanie na pociąg spędziliśmy w lokalnej poczekalni pod ścisłą ochroną ludzi zarządzających tym obiektem. Tutaj poznaliśmy również kolejnego młodzieńca który pomógł nam w dalszej podróży. Pociąg okazał się niezwykle komfortowy a wnętrze wyglądało jak pokład samolotu. Układ siedzeń 3 plus 2 oraz ich wygoda w niczym nie przypominały pamiętnych wagonów z Indii. Podróż pod osłoną nocy minęła bardzo szybko, tak szybko, że gdyby nasz znajomy nie przyszedł po nas to przegapilibyśmy naszą stację. Na szczęście zdążyliśmy w ostatniej chwili – uff a nie wiele brakowało. Na stacji młodzieniec pomógł nam zorganizować transport do przyjaciół Vishnu z Kathmandu, którzy mieszkają właśnie w Dhace. Tutaj odebrał nas Razib brat Shaziba do którego mieliśmy się udać. Otrzymaliśmy własnego kierowcę Maksuda, i w nowej Toyocie Corolli zaczęliśmy zwiedzać miasto. Zobaczyliśmy między innymi parlament, fort który wyglądał jak mało interesujące ruiny, czy jedno z narodowych muzeów. Zjedliśmy pyszny obiad po czym Maksud odwiózł nas do dość ekskluzywnego hotelu. I tutaj zaczął się długi proces tłumaczenia że nie o taką pomoc nam chodziło, jednak gdy przybył Shazib i zapewnił nas że jesteśmy jego gośćmi i on pokryje koszty nie mieliśmy wyjścia i spędziliśmy noc w najlepszej z dzielnic Dhaki. Prysznic, mecze w TV itp., aż poczuliśmy się jak w domu. Wieczorem Shazib wraz z siostrą, swoim przyjacielem Shanto i innymi znajomymi zaprosili nas na kolacje. Dowiedzieliśmy się wtedy miedzy innymi że nasz nowy znajomy to „człowiek orkiestra” który działa jako polityk, aktor, ma własny hotel a na dodatek jest kapitanem drużyny narodowej krykieta. Kolejny dzień spędziliśmy na załatwianiu wizy do Birmy ( z jakim skutkiem to już wiadomo z poprzedniego wpisu) po czym w hotelu przez 2h szukaliśmy najtańszego biletu do kontynuacji naszej podróży. Wieczorem jechaliśmy już autobusem do Mongli gdzie zamierzaliśmy zobaczyć Sundarbans. Na stacji udało się jeszcze porozmawiać przez telefon z rodzicami co jak zawsze przysporzyło nam dużo radości. Do 9 grudnia sporo czasu a my musimy go jakoś zagospodarować. Jak się okazało Maksud który odprowadził nas na autobus w chwili naszego odjazdu, czyli o godz. 21.00 dostał wiadomość o śmierci swojej babci, aż jego rodzinne strony to okolice Sundarbans, już od połowy drogi znów podróżowaliśmy razem. Długa przeprawa przez rzekę, na wielkim statku zajęła nam prawie 1,5h przy czym dzięki Maksudowi większość czasu mogliśmy spędzić na mostku kapitańskim gdzie pod osłoną nocy obserwowaliśmy jak wielki laser rozświetla drogę wodną. Resztę podróży przespaliśmy a rankiem przywitał nas już tłum ludzi oferujących nam najtańsze hotele i wyprawy w największe na świecie lasy meandrowe. W Mongli spędziliśmy dzień na błogim lenistwie i spacerowaniu po mieście w którym największą atrakcją był kościół św. Pawła z 1992 roku (ale i tak nie udało nam się go znaleźć ;p ). Następnego dnia graliśmy w ich tradycyjną pstrykaną grę jednak miejscowi pokazali nam że na razie jeszcze nie mamy z nimi szans choć czasem sami ich zaskakiwaliśmy. Poznaliśmy również starszą panią z Włoch, która okazała się bardzo miłą osobą, podała nam nawet adres pod który mamy pisać jeśli kiedykolwiek będziemy chcieli spędzić kilka dni w Wenecji, gdyż z chęcią udostępni nam klucze do swojego mieszkania w tym mieście (wydaje się to być bardzo ciekawa opcja, z której na pewno kiedyś skorzystamy). Koło południa przybył do nas Maksud który powiedział że załatwi nam tanią wyprawę by zobaczyć Sundarbans, po czym zabrał nas do siebie do domu by pokazać jak mieszkają tubylcy. Po drodze zwiedziliśmy jeszcze bangladeskie Taj Mahal ( trochę ich poniosło z tym porównaniem ) po czym udaliśmy się rikszą do wsi w której mieszkał Maksud. Podróżowaliśmy rikszami gdyż tego dnia inna komunikacji strajkowała. Spacer pomiędzy domkami, wśród palm i bambusów uświadomił nas że to zupełni inny świat. Sam domek i podwórko, z kuchnią, specyficznymi kurniczkami czy pomieszczeniem dla krów sprawiał wrażenie całkiem fajnego gospodarstwa. Tutaj mieliśmy okazję skosztować pysznych przysmaków przygotowanych przez kobiety z domu Maksuda (jego mamę, żonę, siostrę i córkę), jedliśmy miedzy innymi pierogi z farszem kokosowym, czy ryż z pysznymi wszywkami, rybami i kurczakiem. Na deser oczywiście banany oraz inne owoce zerwane z pobliskiego drzewa. Cała rodzinka bardzo ciepło nas przyjęła a oprócz najbliższych poznaliśmy również kuzynów czy sąsiadów, których domy również odwiedziliśmy. Mimo tego że początkowa mieliśmy zostać w wiosce i tu spędzić noc, ostatecznie musieliśmy się udać do pobliskiej wioski ( podobno ze względów bezpieczeństwa), gdzie czekał na nas pokój w placówce rządowej ( 10cm pająkami na ścianach ale co na to poradzić). Po drodze, którą odbywaliśmy w zupełnych ciemnościach zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy pobliskim meczecie, który mieliśmy obejrzeć. Mario z Tomkiem korzystając z okazji zagrali chwilę z miejscowymi w badmintona. Jak się okazało nocna gra, na boisku na którym zamiast linii są 10cm rowki, nie była najszczęśliwszym wyborem dla Maria który po jednej z wymian pośliznął się na ów linii i ratując się jeszcze przed wpadnięciem w stojące obok dzieci i połamaniem rakietki którą trzymał w ręce tak niefortunnie upadł, że łokieć który tak niedawno miał kontuzjowany ponownie uległ uszkodzeniu. Teraz pod osłonom bandażu i na temblaku zrobionym z chusty zmuszony jest do powolnego powrotu do zdrowia. Miejmy nadzieje że nie potrwa to za długo. Wracając do naszej nocnej jazdy to nie była ona do końca bezpieczna, gdyż co chwilę mijały nas wielkie ciężarówki i autobusy, pędzące obok naszej nieoświetlonej rikszy. Na szczęście bezpiecznie dotarliśmy do wioski, gdzie jeszcze przed pójściem spać zjedliśmy miejscowe słodkości i odpowiedzieliśmy na kilkadziesiąt pytań dotyczących nas i naszego kraju jakie zadawały nam tłumy rówieśników. Poranna pobudka i bieg do autobusu który prawie nam uciekł (na szczęście Tomek zdążył go zatrzymać ) dość intensywnym początkiem leniwego dnia. Maksud który miał zorganizować tanią wyprawę, nie sprostał zadaniu i czekała nas spora walka na argumenty, by nie zapłacić więcej niż powinniśmy, oczywiście zakończona po naszej myśli. Sam rejs okazał się podobny do niedzielnego rejsu po Odrze, choć trzeba przyznać że same lasy mają swój urok. Jednak jeden dzień to za mało żeby zobaczyć więcej niż by się chciało ( a za więcej dni płaci się jak za wakacje na Bora-Bora ). Chociaż trzeba przyznać że same skaczące dookoła delfiny, waran wspinający się po drzewie, czy woda opadająca z szybkością jakby ktoś wyciągnął korek to nowe doświadczenia. Podobnie jak obserwowana z łodzi i sławna w całej okolicy wioska nierządnic 😉 Szkoda że miejscowi nie robią nic więcej dla promocji regionu i ułatwienia jego zwiedzania ( punkt widokowy na którym byliśmy jest tak wysoki jak drzewa i nic z niego nie widać ) a każą ze sobą zabierać uzbrojonego żołnierza, który przez cały rejs śpi, gdy chcesz popłynąć w głąb lasu to każe zawrócić bo boji się porwania (choć jako jedyny na łodzi jest uzbrojony ) a gdy wysiada to jeszcze chce napiwek. Sama wyprawa w największe na świecie lasy meandrowe zapewne jest ciekawa ale jeśli to możliwe trzeba przeznaczyć na to więcej czasu i dużo pieniędzy. Po tym trochę ospałym dniu (pogoda dopisała i grzało słoneczko) postanowiliśmy zmienić otoczenie i łapiąc autobus do Chittagong ruszyliśmy na podbój najdłuższej na świecie plaży. Samo Chittagong trochę nas rozczarowało ( straszny smród i brud, niespotykany dotąd w Bangladeszu ) więc po jednej nocy ruszyliśmy do Cox’s Bazar uważanego za największy kurort znajdujący się na obszarze wspomnianej najdłuższej plaży. Jak się okazało na miejscu, wioska a raczej miasteczko pełne hoteli i rodzimych turystów jest równie mało zadbane, choć sama plaża ( z biegającymi po niej wielkimi czerwonymi krabami ) naprawdę robi wrażenie i jest imponująca. Tutaj poznaliśmy również Maxa który uczy angielskiego w miejscowej szkole podstawowej i otrzymaliśmy zaproszenie by ją odwiedzić, z którego skorzystaliśmy następnego dnia. Sama szkoła wygląda całkiem miło, dzieci ubrane w mundurki, sale składające się z pojedynczych ławek (biurek ze schowkiem) i tablic oraz pani uderzająca w metalowy talerz jako dzwonek. Mimo wszystko to trochę inny widok niż w Polsce. W Cox’s Bazar zjedliśmy też najlepszy obiad (oprócz tego rodzinnego w wiosce) gdzie do kopiastych mis ryżu dano nam 8 różnych talerzy mieszanek warzyw. Mimo że było to całkiem sympatyczne miejsce i z chęcią byśmy tu zostali jednak brak couchsurferów, brak namiotu który wraz z dużymi plecakami został w Dhace ( bo nie było sensu ciągnąć wszystkich bagaży skoro na lot i tak musimy wrócić do Dhaki) i wysokie ceny hoteli ze względu na rangę miejscowości zmusiły nas do powrotu do Chittagong. Tutaj liczyliśmy na naszego couchsurfera który dzień wcześniej odezwał się do nas, jednak okazało się że akurat nie ma go w mieście, a że pociąg który miał być wyjściem awaryjnym trzeba rezerwować 3 a nawet 4 dni szybciej zmuszeni byliśmy spędzić kolejną noc w hotelu. Następnego dnia postanowiliśmy że do Dhaki spróbujemy udać się autostopem. Skoro w Indiach nie wiele brakowało to czemu by nie spróbować w Bangladeszu. Po wydostaniu się na drogę wylotową z miasta w kierunku Dhaki pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę stacji benzynowej, gdzie stało sporo ciężarówek. Nie trzeba było długo czekać i już za drugim podejściem udało się znaleźć chętnych którzy zabiorą nas do Dhaki. Przeładowana żółta ciężarówka, którą podróżowało dwóch mężczyzn bardzo przypadła nam do gustu. Co prawda kabina była tak mała że z trudem mieściła 3 osoby (a co dopiero 5 i jeszcze nasze małe plecaki). Jeden z tubylców od razu udał się na dach (do specjalnej skrzynki), a my z trudem ale za to uśmiechem na twarzy upchnęliśmy się w środku. Nie była to może najwygodniejsza podróż a pośladki drętwiały nam na zmianę (dobrze że co jakiś czas kierowca robił postój), to jednak tak właśnie chcielibyśmy podróżować ciągle i mamy nadzieję że tak już będzie, tym bardziej że to nie był ostatni stop tego dnia. Podróż przebiegała bardzo wesoło, nasz kierowca nabijał się z ciężarówek które widzieliśmy powywracane w rowach, drzwi otwierał kluczem oczkowym, a na każdej dziurze zwalniał do zera, choć mimo to i tak solidnie odczuwaliśmy braki w amortyzacji. Po dotarciu około 40km przed Dhakę kierowca ponownie zrobił postój z tym że miał on trwać przez jakieś 2h do godz. 22.00, my jednak nie chcąc tracić czasu pożegnaliśmy się dziękując za okazaną pomoc i czym prędzej złapaliśmy kolejnego stopa (mały pomarańczowy dostawczak z odkrytą paką). Młody chłopak z chęcią zaoferował pomoc, a my już po chwili na pace mknęliśmy w kierunku miasta mijając kolejne auta i podskakując na większych dziurach podziwialiśmy nocne widoki m.in. ładnie oświetlone port z wieloma statkami. W starej Dhace nasza podróż na pace dostawczaka dobiegła końca i tu przesiedliśmy się w tuk-tuka którym dotarliśmy do hotelu, gdzie były nasze plecaki. Już z nimi udaliśmy się na mikołajkowy obiad ( bo już była północ) i po zjedzeniu połowy pieczonego kurczaka każdy, trafiliśmy do hotelu. Rano postanowiliśmy rozejrzeć się za czymś tańszym bo cena za poprzednią noc nas nie satysfakcjonowała. Po mikołajkowym śniadaniu (miejscowy jumbo burger z frytkami i bananowym koktajlem) w najsłynniejszej knajpie na całej dzielnicy ( w środku wycinki z gazet z różnymi artykułami między innymi o jej 22-letniej działalności) ruszyliśmy na poszukiwania taniego noclegu co przyszło nam całkiem łatwo. Wieczorem spotkaliśmy się z Shazibem i wspólnie zjedliśmy kolację. Podczas tego spotkania dotarły do nas dość szokujące wiadomości, choć musimy szczerze przyznać że przeczuwaliśmy taki scenariusz. Okazało się bowiem że Maksud, człowiek Shaziba okazał się oszustem, o czym sami mogliśmy się przekonać. Co prawda w porę się zorientowaliśmy i robiąc aferę na statku już przeczuwaliśmy jego nieczyste ruchy. Dodatkowo okazało się że historia ze śmiercią babci została wymyślona (prawdopodobnie po to by podążać za nami i jeszcze coś od nas wyłudzić). Finał tej sprawy okazał się taki, że Maksud stracił pracę a my w sumie tylko nie wiele bo jakieś 30$. Z okazji mikołaja postanowiliśmy sprawić Shazibowi mały prezent i wręczyliśmy mu szalik Polski, co było dla niego wielkim zaskoczeniem a zarazem niezwykle miłą niespodzianką. Shazib nie pozostał nam dłużny i następnego dnia wędrowaliśmy już po wystawnej galerii w celu wybrania prezentów dla siebie. Z racji tego że chcieliśmy aby był to drobny upominek wybraliśmy sobie koszulki symbolizujące Bangladesz. Czas w oczekiwaniu na samolot spędzaliśmy aktywnie zwiedzając miasta, wybraliśmy się między innymi zwiedzić Muzeum Narodowe, czy popływać rowerami wodnymi po miejskiej rzece. Naszym nowym opiekunem został Mithun który sprawił że pozostałe dwa dni upłynęły nam bardzo intensywnie i miło toteż nie mogliśmy narzekać na nudę. W dzień odlotu Dhaka pożegnała nas ulewą jednak nie przeszkadzało nam to zupełnie, gdyż myśl o dalszej podróży napawała nas radością.

Reklamy