Ponownie w Argentynie…

Posted in Bez kategorii on Marzec 27, 2012 by wstronemarzen

I tak po krótkim, ale jakże treściwym i pełnym fajnych przeżyć pobycie w sercu Ameryki Południowej bo tak często nazywany jest Paragwaj po raz kolejny trafiamy do Argentyny. To już nasz trzeci wjazd do tego kraju ale mogę z góry zapewnić że, na pewno nie ostatni. W paszporcie przybywają kolejne pieczątki a celnik na granicy słysząc skąd jesteśmy i co robimy zaczyna nas uczyć jak to nazywa podstaw hiszpańskiego lecz są to słowa mało nadające się do publikacji za to cała sytuacja jest bardzo wesoła. My oczywiście w międzyczasie próbujemy złapać jakiegoś stopa a że leje okrutnie sprawa nie wydaję się wcale taka prosta. Wtedy przychodzi czas na kolejną garść szczęścia i nawet nie mamy czasu dokończyć rozmowy z celnikiem kiedy para niemiecka (na stałe mieszkająca w Paragwaju) zabiera nas pierwsze 200km. Później trafiają się lepsze i cięższe dni, ale cel jest prosty dostać się do Cordoby. Zajmuje nam to 4 dni a w tym czasie przytrafia się kilka wesołych stopów i nocek pod namiotem to gdzieś na stacji, to gdzieś przy drodze. Stopy też różne ale szczególnie dwa warte odnotowania. Jednym z nich zabiera nas młody chłopak, który przez blisko 500km ryzykuje sporym mandatem gdyż na drodze aż roi się od policji a nas zdecydowanie nadmiar w aucie do tego Tomek schowany gdzieś na pace. My jednak szczęśliwie docieramy do celu, choć podczas jednej z kontroli jest naprawdę gorąco. Później łapiemy kolejny niezwykły stop po którym dwa telefony pewnego młodego kierowcy do swoich bratanków sprawiają, że w Cordobie nie tylko mamy nocleg ale zostajemy tam nawet tydzień przy tym dobrze się bawiąc.

Ogólnie trafiamy do domu dwóch braci, niezwykle pozytywnych chłopaków, którzy oprócz tego że studiują to zajmują się ogrodnictwem bo jak inaczej nazwać opieką nad pięknymi „Marysiami”, ale bez obaw tutaj to normalne a do niedawna jeszcze zupełnie legalne. Mają fajną paczkę znajomych z którymi trafiamy na kilka fajnych imprez. Jedną pod akademikami gdzie do 8.00 rano przy muzyce z wielkich kolumn, ustawionych gdzieś na dworze, zabawie i piciu wina nie ma granic. Do tego również kilka innych nieco bardziej kameralnych imprez pod czas których nie brakuje argentyńskich śpiewów oczywiście przy akompaniamencie czasem dziwnych instrumentów. Mamy okazję też skosztować pysznego Asado, niby zwykły grill lecz z niezwykłą ilość i różnorodnością mięsa jakie się na nim znajdują. Tutaj w Cordobie trafiamy też na Olgę i Marcina z którymi mamy okazję popiwkować w polskim stylu i powymieniać się własnymi doświadczeniami podróżniczymi (p.s. czekamy na Wasz powrót do kraju i spotkanie gdzieś na polskim gruncie). I tak mile i przyjemnie upływa nam czas w studenckiej Cordobie. Na koniec jeszcze przytrafia się wesoła historia ze szczurem który gdzieś z ulicy wbiegł nam do domu i wywołał przerażenie wśród Argentyńczyków, którzy gdzieś na krzesła pouciekali w popłochu. Wtedy do akcji wkracza trójka niezawodnych Polaków, którzy wyposażeni w miotły rozegrają jeden z lepszych hokejowych meczów w życiu i co najważniejsze po pięknym strzale Maria wygrają ze szczurem 1:0 a ten ostatni znów ląduje na ulicy…

W końcu ruszamy dalej. Znów wraca do łask autostop i choć czasem łatwiej a innym razem trudniej to dość sprawnie poruszamy się dalej a naszym kolejnym celem staje się Valle de la luna, czyli po prostu dolina księżycowa. Wydaje się, że dotrzeć tam autem to nie lada sztuka a co dopiero mówić o autostopie. Jednak nam, nie dość że ta sztuka się udaje, to jeszcze w błyskawicznym tempie. A do tego, żeby autostopowania nie było za mało samą dolinę zwiedzamy również… autostopem, którego łapiemy tuż przed bramą wjazdową na teren parku. Opcja taka wynika z faktu, iż cała trasa zwiedzania wynosi ok. 45km i auto to jedyny sposób by wszystko zobaczyć. W kolumnie jedzie 7 aut i to wszyscy którzy tego dnia odwiedzili to miejsce mimo że mamy niedzielę. Miejsce niezwykłe lecz nie dotarła tu jeszcze komercja, nie ma setek Chińczyków z aparatami, ale ze względu na swoją unikalność można być pewnym, że niedługo i tu wszystko się zmieni. Ten dzień jest w ogóle wyjątkowy bo autostop działa jak mało kiedy, a my po zwiedzaniu parku ruszamy dalej i pokonujemy kolejne kilometry docierając gdzieś pod Mendozę. Kolejne dni mijają równie szybko a my gdy tylko wpadamy na „Rute 40” czyli jedną z najpiękniejszych dróg jakimi w życiu mieliśmy okazję jechać, jesteśmy wniebowzięci widokami jakie tutaj zastajemy. Krajobrazy cudne a i przygód wiele, i tak we wesołej atmosferze docieramy do Bariloche, czyli miasta zabawy licealistów, którzy coś na wzór naszych studniówek właśnie tutaj przyjeżdżają by hucznie wejść w dorosłość. My spokojnie rozbijamy namiot gdzieś nad jeziorkiem, gdzie możemy podziwiać chilijski wulkan, który wybuchł jakieś pół roku wcześniej (tego zwiedzać nie zamierzamy ;p) jak również skosztować kąpieli w lodowatej wodzie. Jednak już po jednej nocce uciekamy dalej, gdzie spotykają nas małe niezbyt miłe niespodzianki. Związane są one z niewyasfaltowaniem odcinka dróg na rucie 40 co wiąże się z koniecznością przenosin na wschodnie wybrzeże Argentyny. Chcąc nie chcąc skoro już tak wypadło w głowie pojawia się nowy pomysł a mianowicie by udać się do Ushuaii, czyli najbardziej wysuniętego na południe miasta świata. Tytularnie mówią na koniec świata, co staje się naszym kolejnym celem.

Jednak zanim tam dotrzemy musi wydarzyć się jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Po pierwsze któregoś dnia, gdy zbieramy się do rozbicia namiotu na jednej ze stacji benzynowych podjeżdża do nas pick-up a jego kierowca każe wskakiwać na pakę. Początkowo cała sytuacja wydaje się dość dziwna ale długo nie dajemy się prosić i już po chwili jedziemy jak się później okazuje do jednego z jego mieszkań, które dostajemy na noc a w dodatku on sam zaprasza nas na pyszna kolację (ponownie Asado) po czym następnego dnia odwozi 60km dalej (po drodze pokazując lwy morskie na plaży) do miejscowości gdzie podobno łatwiej złapać długie stopa, co rzeczywiście okazuje się prawdą. Tutaj zaczyna się kolejna historia a mianowicie podróż z Pablo. Ten niezwykły chilijski kierowca wielkiego trucka zabiera nas blisko 800km. Choć na początku spławia nas szybko to później sam zaprasza do swojej wielkiej maszyny (to największy tir jakim było dane nam jechać) gdzie miejsca mamy tyle co w salonie a cała atmosfera podróży jest na tyle wesoła że aż szkoda wysiadać. To z nim przekraczamy pierwszy raz najbardziej restrykcyjną granicę – chilijską, i to on przemyca nam zestaw jajek jako dostaliśmy od naszego ostatniego przyjaciela. My sami przemycamy ser żółty i kotlety schabowe gdzieś w Tomka plecaku, w pokrowcu na aparat, pod aparatem. Jest to o tyle dziwna sytuacja że nasza próba przemytu prawie zostaje udaremniona a jakby się tak stało czekałaby nas ogromna kara finansowa. Na nasze szczęście celnikom nie udaje się nic znaleźć, choć trzeba przyznać że są bardzo blisko celu. Po całej akcji Tomek w którego plecaku znajdowała się cała przemycana wałówa śmieje się, że przewożąc ser żółty i 3 kotlety czuł się, a zarazem bał, jakby przemycał tonę koki i skrzynkę broni. Na nasze szczęście wszystko kończy się po naszej myśli i pyszną kotlecianą kolację mamy okazję kosztować jeszcze tego samego dnia. Miejsce dość oryginalne bo Cieśnina Magellana przy której spędzamy jedną z nocek.

Następnego dnia mimo wielu kilometrów i tragicznego stanu dróg na Ziemi Ognistej, udaje nam się dotrzeć na koniec świata czyli do Ushuaii. Tutaj oczywiści aż bije komercją my jednak szybko wychodzimy z opresji i gdzieś na wzgórzu z widokiem na całe miasto rozbijamy namiot by następnie przy piwku i ognisku powspominać to co już za nami i pomyśleć o tym co jeszcze nas czeka. Noc tutaj zapada dopiero grubo po północy więc mamy okazję przeżyć najdłuższy dzień w swoim życiu. Z rana ruszamy zobaczyć co słychać ciekawego w samym miasteczku a największy uśmiech wywołuje u nas kierunkowskaz na Antarktydę, i nie ma w tym żadnej przesady bo w końcu to ostatni przystanek na lądzie a zaraz pierwszy w kierunku tego wspaniałego, lodowego kontynentu. Z Ushuaii ruszamy ponownie w kierunku Chile znów przez Cieśninę Magellana do Puerto Natales. Po drodze spędzamy noc na granicy, gdzie przygarnia nas pracownik obrony cywilnej i zamiast rozbijać namiot na wietrznej ziemi, możemy przespać się w ciepłym pokoju i to w dodatku na miękkich materacach. W Puerto Natales czeka nas kolejna dawka niesamowitych przeżyć i niesamowitych widoków, a co najważniejsza to właśnie tutaj poznamy kolejnych dwóch wielkich podróżników i niesamowitych przyjaciół, których przeżycia i cele w krótce staną się naszymi nowymi marzeniami…

Argentyński cud świata i paragwajska zabawa…

Posted in Bez kategorii on Marzec 14, 2012 by wstronemarzen

Powrót do Argentyny nie jest łatwy. Już w Urugwaju podróż stopem szła jak przysłowiowa krew z nosa a teraz dopiero jest pod górkę. Szczególnie trudne są dni kiedy przy drodze spędzamy nawet po 9h. Niby nic w tym wyjątkowego gdyby nie fakt że przez ten cały czas nawet jedno auto nie chce się nam zatrzymać. Pierwszy dzień na argentyńskiej ziemi nie jest jeszcze taki zły. Udaje nam się złapać kilka stopów w tym dwa tiry co jest sporym sukcesem. Jeden z kierowców zabiera nas nawet do domu na pyszną kolację. Dramat zaczyna się drugiego dnia. Stopa łapać zaczynamy na dość dużej, ruchliwej drodze toteż już od początku jesteśmy pełni nadziei, że ruszymy dalej. Jednak gdy pierwsze 6h nie przynosi żadnych rezultatów postanawiamy przenieść się na stację która podobno znajduje się tylko 6km od miejsca w którym obecnie stoimy. Ok. 35 stopni Celcjusza w cieniu a my dodatkowo z 25kg na plecach maszerujemy nie 6km a 8km a gdy stacji dalej nie widać postanawiamy przystanąć. Gdy kolejne 3h nie przynoszą rezultatu na twarzach pojawia się zrezygnowanie. W pewnym momencie do przejeżdżającego busa zrywa się Mario a gdy jego kierowca pokazuje że skręca (przez najbliższe 100km nie ma zjazdu z tej autostrady) Mario pokazuje mu popularny środkowy palec. I choć nie jest to zachowanie godne pochwały to irytacja wobec kłamstwa kierowcy sięga zenitu. Co śmieszniejsze po minucie owe auto zajeżdża przed nas a kierowca z uśmiechem na twarzy zabiera nas kolejne 500km…

Teraz powoli wędrujemy w kierunku Iguazu Falls. Śpimy w namiocie, który rozbijamy gdzieś blisko drogi- żeby rano nie było daleko, gotujemy obiady (makaron z sosem) na naszej małej kuchence i usiłujemy łapać stopa co też nie jest sprawą najłatwiejszą. Jednak choćby po te 200km dzień po dniu zbliżamy się w kierunku wodospadów. Kiedy do celu brakuje nam jakieś 170km na stopa zabierają nas Dagmara i Dominik którzy podróżują wypożyczonym autem. Niesamowicie pozytywni ludzie z Wodzisławia Śląskiego, którzy w tym momencie wyczyniają nam ogromną przysługę, podwożąc do pierwszego z wielkich miejsc jakie mamy zamiar odwiedzić podczas naszej wizyty w Ameryce Południowej. Na miejscu znajdujemy jakiś camping gdzie ładujemy sprzęt (aparaty, telefony), bierzemy upragniony prysznic, jak również robimy małe pranie. Wieczorem zwiedzamy miasteczko – Puerto Iguazu i grillujemy oraz zajadamy się pieczonymi ziemniakamiJ

Na zwiedzanie wodospadów ruszamy z rana – plecaki zostawiamy na campingu a sami podjeżdżamy specjalnym autobusem obsługującym 10km trasę między miasteczkiem (Puerto Iguazu) a wodospadami. Na miejscu spędzamy ok. 4-5h. W tym czasie odwiedzamy wszystko co jest do zobaczenia. Wodospady są naprawdę niesamowite, ich ilość i różnorodność sprawiają, że to miejsce naprawdę nabiera wyjątkowego znaczenia. Finałem jest wizyta na Garganta del Diablo, gdzie prowadzi długa drewniana kładka. Stojąc nad samym gardłem wodospadu jest się ciągle moczonym przez pryskającą wodę a odgłos spadającej wody jest tak duży że utrudnia nawet zwykłą komunikację. Czas spędzony w parku jest niezwykłym przeżycie. Jedyny smutny akcent to awaria (po małym upadku) jednego z aparatów, który z powodu późniejszego braku profesjonalnego serwisu cannona zamiast zostać naprawiony zostanie jeszcze bardziej uszkodzony i już do końca podróży nasze przygody będą uwieczniane tylko z jednego aparatu co czasem ograniczy nasze możliwości robienia zdjęć. Wracając jednak do Puerto Iguazu to miasteczko to opuszczamy jeszcze tego samego dnia i miejskim autobusem, poprzez Foz do Iguazu w Brazylii przedostajemy się do Ciudad del Este w Paragwaju gdzie rozpoczynamy krótką przygodę z tym krajem.

Już na początku widać że miasteczko to nazywane najczarniejszym rynkiem Ameryki Południowej ma coś z tej nazwy w sobie. Przekraczamy granicę autobusem i nawet nikt nas nie zatrzymuje. Dopiero po naszej interwencji autobus staje a my musimy wrócić się jakieś 2km na przejście by uzyskać pieczątki które będą niezbędne by później opuścić ten kraj. Roi się tu od kantorów które przybierają dość oryginalną postać. A mianowicie dziesiątki starszych panów siedzących na krzesłach w każdym wolnym miejscu na ulicy. Sami na początku chcemy skorzystać z ich usług ale gdy tylko widząc, że jesteśmy turystami chcą nas oszukać o mały włos nie kończy się to czymś więcej niż tylko ostrą wymianą zdań. Gdy udaje się w końcu zrealizować to co chcemy w jednym z normalnych kantorów, udajemy się na wylotówkę by złapać jakiś stop do oddalonego o ok. 300km – Asuncion. Najpierw zamierzamy zrobić to jednym z podmiejskich busów ale gdy tylko znów chcą nas oszukać wysiadamy na pierwszej lepszej krzyżówce. Tutaj trochę zdezorientowani trafiamy na chłopaka który z dobroci serca wywozi nas autem na wylotówkę. Tam potrzebujemy zaledwie 5-10min by złapać stop i to od razu do stolicy czyli Asuncion…

Zabiera nas Javier który pod wpływem naszych opowieści bardzo nas polubił. Najpierw w stolicy załatwia nam tani hostel. Następnego dnia rano zabiera nas do jeden z największych gazet w Paragwaju, gdzie udzielamy wywiadu na specjalne życzenie jego znajomego. Jesteśmy kolejnymi Polakami po Janie Pawle II którzy mają okazję znaleźć się w tej dość popularnej paragwajskiej gazecie. Czas w Asuncion spędzamy głownie na zwiedzaniu stolicy jak również dobrych imprezach w hostelu gdzie nawiązujemy dobry kontakt z właścicielem i całą obsługą. Mamy okazję porozmawiać m.in. z Hugo Ozorio, którego ojciec grał w słynnej FC Barcelonie. Poznajemy też przyjaciela Javiera – z którego mieszkania na ostatnim piętrze w najwyższym budynku w stolicy, podziwiamy całe miasto z „lotu ptaka”. Z nimi również wybieramy się na mecz pomiędzy Cerro Asuncion i Olimpią Asuncion nazywane największymi derbami Paragwaju. Mecz oglądamy na stadionie narodowym i choć nie ma kompletu publiczności (jest ok. 35tys. fanów na 45tys. możliwych) to atmosfera jest naprawdę gorąca. Jedyne czego brakuje to bramek bo mecz kończy się bezbramkowym remisem. W stolicy mam też okazję jeść charakterystyczne paragwajskie danie jakim jest zupa paragwaja. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to że przybiera ona konsystencje stałą a mianowicie podawana jest w postaci placka co jednak nie zmienia faktu iż jest bardzo smaczna.

Z Asuncion ruszamy ponownie na granicę, i ponownie jest to w kierunku Argentyny. W ostatni dzień naszej wizyty mamy okazję przekonać się jak wygląda pora deszczowa w upalnym Paragwaju. Wody na ulicach jest tyle, że ciężko przejechać autem, my mamy jednak na tyle szczęścia, iż na granicę odwozi nas Javier, którego pomocy i przyjacielskiej postawy nie zapomnimy do końca życia…

Pierwsze kroki w Ameryce Południowej…

Posted in Bez kategorii on Marzec 7, 2012 by wstronemarzen

Swoją przygodę w Ameryce Południowej zaczynamy od wizyty w Buenos Aires do którego docieramy po ponad 20h lotu samolotem. Pełni radości że znów w drodze już od początku zaczynamy walczyć z hiszpańskim kiedy to musimy się wydostać autobusem z lotniska do centrum. Już na pierwszy rzut oka widać, że za oknem bliżej do Europy niż do Azji. My zaczynamy od poszukiwań jakiegoś taniego hostelu co udaje się po jakiś dwóch godzinach. Może cena nie jest wymarzona ale na pewno najniższa w okolicy. Tutaj poznajemy Yulkę która pomaga nam się ogarnąć. Zdobywamy też najważniejsze dla nas hiszpańskie zwroty a mianowicie – dokąd jedziesz?, Czy możesz nas zabrać/podwieźć ? Czy tam gdzie jedziesz jest na drodze do…? to na razie powinno wystarczyć do tego aby łapać stopa. W Buenos Aires spędzamy dwa dni podczas których zwiedzamy to co najbardziej interesujące. Największe wrażenie robi na nas dzielnica La Boca w której oprócz wyjątkowo kolorowych domów, ciągłej zabawy na ulicach i w pubach można zobaczyć także stadion Boca Juniors – La Bombardiere. Zwiedzamy miasto nocą, jak również mamy okazję przejechać się metrem które jak wynika z naszych źródeł jest jednym z najstarszych na świecie. Z Buenos, autobusem ruszamy do Urugwaju a dokładnie do Montevideo.

Jedziemy nocą i gdyby nie przejście graniczne na którym celnicy są dość upierdliwi, to pewnie całą drogę przespalibyśmy dość spokojnie. Nad ranem jesteśmy już w stolicy Urugwaju, w którym spędzamy dokładnie tylko jeden dzień. Przeznaczamy go na zwiedzanie, w czasie którego oprócz rynku odwiedzamy też dzielnice portową. Miasto nie robi na nas jakiegoś szczególnego wrażenia, toteż popołudniu łapiemy busa na przedmieścia skąd rozpoczynamy autostop. Jak się okazuje nie jest to takie proste a długie stanie przy drodze kończy się zazwyczaj podwózką na kilka, kilkanaście kilometrów. No ale wierząc że to tylko dobrego złe początki ciułamy kolejne kilometry śpiąc w namiocie, który zazwyczaj rozbijamy gdzieś blisko drogi. Powoli poruszamy się w kierunku Coloni de Sacramento, która stała się naszym kolejnym celem.

Miasteczko położone jest tuż nad Rio Negro a jak sama nazwa mówi rzeka jest naprawdę czarna. Wpisane jest ono na światową listę UNESCO i trzeba przyznać że chyba całkiem słusznie bo panuje tam naprawdę miły, przyjazny klimat. Ciasne uliczki, piękne kwiaty, stare kamieniczki i auta a do tego pyszne jedzenie w malutkich knajpkach. My spróbowaliśmy chivito, w którym najpyszniejsza była specjalnie przyrządzona szynka. Spędziliśmy tutaj cały dzień po czym ruszyliśmy dalej. Udało nam się złapać stopa do miejscowości o nazwie Dolores w której podróżując na pace pick-upa staliśmy się nie lada atrakcją wśród setek ludzi piknikujących na rzeką. Stąd już nie daleko do granicy z Argentyną do której wracamy by udać się na Falls Iguazu. Zanim jeszcze jednak dotrzemy do Argentyny mamy okazję przejechać się Fordem MT z 1926 roku, którego oczywiście łapiemy na stopa. 17km pokonujemy w jakieś 40 min ale przyjemność z jazdy jest tak wielka że warto tutaj przetoczyć przysłowie „ szczęśliwi czasu nie liczą…”. Później nasz kierowca zaprasza nas do przydomowego muzeum w którym ma jeszcze kilkanaście takich samochodowych okazów i co najlepsze prawie wszystkie są na chodzi. Dla nas to nie lada gratka a szczególnie dla Tomka, który jak wiemy jest wielkim fanem motoryzacji. Teraz już ostatnia prosta do granicy na której oczywiście trafiamy cudowny zachód słońca, zresztą nie pierwszy w Urugwaju…

To co najpiękniejsze w Australii – ostatnia opowieść.

Posted in Bez kategorii on Marzec 1, 2012 by wstronemarzen

Udało się naprawić gaz a zatem pakujemy naszego Abo i ruszamy w dalszą drogę. Teraz czeka nas jak się okaże 10tys km podróży po wschodniej i środkowej Australii. Jednak zanim to nastąpi, swoje pierwsze kroki kierujemy do Cambery, gdzie spędzamy kilka godzin, zaliczając m.in. wizytę w australijskim parlamencie – obserwujemy nawet obrady sejmu, które notabene nie różnią się niczym od tych w Polsce.

Naszym kolejnym celem staje się Sydney, gdzie musimy załatwić wizę do Kanady dla Tomka by móc lecieć przez Pacyfik. Tam też spędzamy 4 dni, leniuchując na dwóch pięknych plażach – Bronte i Bondi Beach. Wybieramy się również na dwa dni do Blue Mountains. Pierwszego dnia całe piękno jakie tutaj można ujrzeć zabierają nam gęste chmury które zawisły nad tym miejscem. Jednak kolejny dzień to już znaczna poprawa pogody a my mamy okazją podziwiać niesamowite góry, które naprawdę mają kolor niebieski. Ich najbardziej rozpoznawalną częścią są 3 siostry, czyli skały o charakterystycznych trzech wierzchołkach. Z Blue Mountains ponownie wracamy do Sydney gdzie niestety czeka nas smutna wiadomość albowiem nie udało się załatwić wizy do Kanady. Ze względu na to że nie mamy już zbyt dużo czasu ruszamy dalej a wizę do USA postanawiamy powalczyć w Singapurze do którego już zresztą kupiliśmy bilety.

Z Sydney jedziemy na północ zaliczając kolejne większe i mniejsze miejscowości. Naszym kolejnym dłuższym przystankiem staje się Gold Coast. Tego miejsca chyba nie trzeba reklamować bo jego nazwa mówi sama za siebie. Tutaj czas spędzamy głownie na wizycie w 3 parkach rozrywki. I trzeba przyznać że to jedne z najlepszych miejsc w jakich przyszło nam się kiedykolwiek bawić. Sea World, Movie World i Wet & Wild to istny raj dla ludzi szukających adrenaliny i niesamowitych przeżyć. W pierwszym niesamowity wręcz magiczny show z delfinami, niedźwiedzie polarne, rekiny, rolercostery czy show na jet ski. W drugim adrenaliny dostarczają nam jazdy na wielkich rolecosterach w których prędkość dochodzi do ponad 100km/h oraz inne adrenalinowe wynalazki czy show samochodowe. A w ostatnim oczywiście magia wodnych ślizgawek, które przyprawiają o zawał serca a my jakby tego było mało fundujemy sobie na koniec lot na 55m huśtawce… to było coś!!! Teraz jeszcze wizyta na plaży, kąpiel w oceanie i oglądanie całego tego magicznego wybrzeża z największego budynku w tym miejscu. Z Gold Coast ruszamy przez Brisbane do Townsville skąd zaczyna się nasza przygoda z pustynią. To naprawdę niesamowite uczucie jechać drogą która nawet przez 50km może nie mieć najmniejszego zakrętu, przy której biegają strusie, wielbłądy, psy dingo, dzikie konie, krowy, owce, kangury a na której roi się od jaszczurek i to nawet takich grubo ponad metrowych.

Droga choć czasem męcząca ze względu na piekielny upał to bardzo wesoła i ciekawa. Odwiedzamy raz też jedną z wiosek Aborygeńskich w poszukiwaniu stacji jednak na nasze szczęście nie jesteśmy na tyle w potrzebie by musieć się tam zatrzymać, bo moglibyście już o nas nigdy nie usłyszeć. Jednak prawdziwe oblicze Aborygenów przychodzi nam poznać w Alice Springs do którego przez ostatnie 200km podróżujemy w towarzystwie Francuzki, którą zabraliśmy na stopa z jednej z przydrożnych stacji. W samym mieście nie ma za wiele do robienia więc po krótkim spacerze ruszamy dalej. Teraz czas na Uluru do którego przez 100km postanawiamy podróżować po niewyasfaltowanej drodze i na nasze szczęście że jest to tylko 100km bo nasze auto mogłoby się w pewnym momencie obrazić. Za wszelką cenę chcemy ubrudzić Abo na czerwono z zewnątrz lecz on płata nam psikusa i zamiast z zewnątrz zasypuje nas 5cm warstwą czerwonego piachu tyle że wewnątrz. Na Uluru docieramy przed zachodem słońca jednak chmury zabierają nam to co ponoć najlepsze. A zatem zostajemy na wschód i musimy przyznać że była to dobra decyzja bo jest on wręcz magiczny. Odwiedzamy też inne skały w parku wśród których jest Kata Tjuta. Stąd udajemy się do King Canion w którym jednak ze względu na brak czasu decydujemy się tylko na krótki trekking ale i tak było warto.

Teraz ostatnia prosta do Adelaidy a po drodze jeszcze m.in. Coober Pedy z kopalniami opali. Przed wyjazdem zrobiliśmy sobie na desce chroniącej przed słońcem licznik zabitych kangurów jakie zobaczymy podczas całej wyprawy. Na koniec podliczyliśmy wszystkie kreski i wyszło nam 856 sztuk. W Adelaidze bierzemy się za ostatnie przygotowania do dalszej drogi i sprzedaż auta która wyszła nam dość średnio. Pierwszego listopada lecimy do Perth. Tam spędzamy jeden dzień głównie spacerując po mieście i zażywamy ostatniej oceanicznej kąpieli w Australii. Następnie lecimy do Singapuru gdzie toczymy dalszą walkę o wizy. Jednak na wstępie przegrywamy w ambasadzie USA gdzie dowiadujemy się że o wizy musimy postarać się w Polsce. A zatem jedyną drogą przez Pacyfik do Ameryki Południowej zostaje statek którego poszukujemy przez 3 dni. I nawet udaje nam się mimo, że niektórzy na nasze pytanie o możliwość załapania się na jego pokład odpowiadają że to nie Afryka. Godziny przesiedziane w porcie prawie przynoszą zamierzony efekt jednak na ostatecznej przeszkodzie stają przepisy (ograniczona ilość załogi – było tylko jedno wolne miejsce) i kapitan, mimo że jego zastępca był skłonny nas zabrać. Co śmieszniejsze dowiadujemy się że statki i tak pływają przez Afrykę. Teraz pozostaje nam kupić bilety samolotowe ale niestety przez RPA. Nasze założenie objechania ziemi dookoła niestety legło w gruzach. Będzie dookoła ale trochę inaczej. Przegraliśmy z biurokracją, może gdzieś popełniliśmy błędy ale tak to jest w gonitwie za marzeniami. Następnym razem na pewno się uda a my tymczasem lecimy do Buenos Aires gdzie rozpoczniemy nasze ostatnie 120 dni gonitwy za marzeniami.

Wesolych Swiat i szczesliwego nowego roku!

Posted in Bez kategorii on Grudzień 24, 2011 by wstronemarzen

Z okazji swiat zyczymy Wszyskim zdrowia szczescia i spelniena marzen! I aby nadchodzacy rok byl jeszcze lepszy od obecnego!!!

P.S.
Nowy wpis na stronie pojawi sie dopiero po naszym powrocie, poniewaz w zwiazku z problemami technicznymi nie mamy jak zamieszczac nowych artykulow i zdjec.

Australio wracamy – czyli Sydney i praca przy pomarańczach…

Posted in Bez kategorii on Listopad 8, 2011 by wstronemarzen

Swoją drugą przygodę z Australią zaczynamy od wizyty w Sydney. Początkowo planowaliśmy zostać tutaj 6 dni, jednak z powodu wybuchu wulkanu w Chwile i oczekiwaniu 2 dni na wylot z NZ nasz pobyt musimy skrócić do 4, gdyż za tyle mamy samolot do Adelaidy. W Sydney zatrzymaliśmy się u znajomych rodziców Maria, którym z góry dziękujemy za gościne, gdyż znów mogliśmy się poczuć jak w domu. Cztery dni jakie tutaj spędziliśmy wystarczyły nam zupełnie na zobaczenie tego co mieliśmy zaplanowane. Obowiązkowo zaczynamy od wizyty w Opera House Sydney, która wygląda naprawdę fajnie i doskonale wkomponywuje się w architekturę miasta. Podczas tour po wnętrzach opery udaje nam się trafić na próby orkiestry w głównej sali koncertowej, dlatego też z pełną odpowiedzialnością możemy stwierdzić, że dzwięki jakie tam można usłyszeć dają do myślenia nawet tym, którym przysłowiowy słoń nadepnął na ucho. Tego dnia udaje nam się również trafić na magiczny zachód słońca, który na tle mostu i opery sprawił, że nasze aparaty aż zagrzały się od zdjęć, które swoją drogą wyszły naprawdę znakomicie (co zobaczyć można poniżej w galerii).

W ciągu kolejnych dni odwiedzamy inne ciekawe miejsca jakie oferuje nam Sydney. Nie brakuje także wizyty na Tower Eye Sydney, skąd możemy podziwiać panoramę miasta. I tutaj musimy przyznać, że z góry widywaliśmy już lepiej wygladające miasta, a trochę takich wieży już odwiedziliśmy. Jednego z wieczorów spotykamy się również z koleżanką Wojtka z czasów szkolnych – Mają, którą serdecznie pozdrawiamy. Nie brakuje oczywiście piwka, na które wspólnie wybieramy się do jednej z knajpek w marinie. Jest to miejsce niezwykle oświetlone toteż czas spędzony tutaj upływa bardzo przyjemnie.

Po 4 dniach musimy pożegnać jedno z fajniejszych miast (a raczej najfajniejsze) w jakim do tej pory było dane nam być i lecieć do Adelaidy, gdzie rozpocznie się walka o być albo nie być naszej podróży (drugiej opcji nie bierzemy pod uwagę). Walka ta wiąże się ze znaleziemniem pracy. Pierwsze dwa tygodnie nie przynoszą żadnych dobrych wieść więc sytuacja zaczyna robić się mało ciekawa. My jednak nie tracimy nadzieji i szukamy dalej. Podczas wizyty w jednym z miasteczek na obszarze sadów pomarańczowych udaje się znaleźć ogłoszenie odnośnie pracy przy zbieraniu – oczywiście pomarańczy. Już po kilku godzinach okazuje się że możemy przyjechać do pracy więc po zabraniu rzeczy udajemy się do Waikerie (170km od Adelaidy), gdzie pierwszy tydzień mieszkamy w „hotelu” na statku. Do pracy mamy 5km i jak się nie uda złapać stopa to musimy chodzić pieszo. Praca ze względu na mokre i chłodne noce zaczyna sie późno lub czasem się nie dobywa toteż i pierwsza wypłata nie rozpieszcza. Dość dużo płacimy za nasz camping toteż żeby było to opłacalne wracamy do Adelaidy, gdzie na szybkości kupujemy vana, którego ze względu na spalanie – 20 L na setke przekornie nazywamy Abo a to od Aborygenów, którzy niuchają benzynę. Dla nas najważniejsze jednak że mamy gdzie mieszkać a kilometrów i tak dużo nie robimy. W okolicy są darmowe BBQ na których naszym przysmakiem stają się kiełbaski z wooliego, przyrządzane na 101 różnych sposobów. Niedaleko jest też darmowy prysznic, co prawda stworzony przy autostradzie jednak dzięki ciepłej wodzie oblegany przez backpakersów, co też oczywiście nie podoba sie kierowcą trucków, którzy muszą czekać w kolejce. Co piątek odbywa się ognisko tuż nad rzeką na które zjeżdzają się backpakersi pracujący w okolicy. Początkowo występujemy tam w roli gości ale szybko przejmuję pałeczkę gospodarza a ilość drewna jaką przywozimy naszym vanem przed każdym z ognisk jest tak duża, że większości ciężko w to uwierzyć. Poznajemy tu wspaniałych ludzi którzy stają się dla nas bardzo bliskimi osobami. Julek, Damian – znany jako Rudy, Jason i Sara, Teddy i Flo, Sandra i Terry czy miejscowa Lulu, dzięki której co piątek wszyscy jeździmi na salę i gramy po kilka godzin w różne sporty ( o tych ludziach nigdy nie zapomnimy). Jest też Chińczyk z którego mamy dobry ubaw i Niemka, której chyba nikt nie lubi, z wyjątkiem Chińczyka – on ją nawet podrywa. Podczas piątkowych imprez gramy w ring of fire podczas którego przelewają się litry wina, a atmosfera jest naprawdę wesoła.

Jedni wyjeżdzają inni przyjeżdzają tylko my ciągle tkwimy w tym samym miejscu odliczając dni do końca pomarańczowej mordęgi. Praca staje się szczególnie uciążliwa gdy temperatura z każdym dniem zaczyna przekraczać 30 stopni… Czasami jest też niebezpiecznie ale to z powodu węży które kręcą się koło naszego domu. Szczególnie zapadł nam w pamięci dzień, kiedy to 50m od miejsca gdzie spaliśmy przez drogę przepełzał brown snake – jakby nie było 3 w rankingu najbardziej jadowitych węży świata. Na koniec pobytu wraz z Teddim i Flo urządzamy sobie kino pod domem Joe (nasz pracodawaca) gdzie co wieczór oglądamy nowy film. Jednego z wieczór gdy spuszczamy psa (który szczekając przeszkadza w oglądaniu) okazuje się że nam uciekł a że jest już po północy, poszukiwania z głośnym wołaniem – Max bo tak się wabi, budzą całą wieś. Za każdym razem gdy ktoś wyjeżdza organizujemy mu imprezę pożegnalną, a sami ostatni tydzień spędzamy na obiadach u Włoszek, gdzie zjeżdza sie zawsze spora ekipa a obiad każdego dnia przygotowuje ktoś inny. Częstym miejscem spotkań jest też miejscowa biblioteka gdzie wszyscy przyjeżdzają na internet. Czas płynie szybko a nam 3 miesiące pracy zlatują w dość wesołej atmosferze. Na polach zaczynamy bić kolejne zbierackie rekordy (jak zaczynaliśmy to zbeiraliśmy 6 binów pod koniec z reguły 12-15) a wielkim osiągnięciem staje sie uzbeiranie 6 traili ( jedna trila to 3,5 normalnego bina) po czym znów staje się o nas głośno. Przychodzi jednak czas kiedy i my musimy wyjechać. Z jednej strony cieszymy się ogromnie bo zbierania mamy już dość a z drugiej szkoda nam ludzi których musimy zostawić a z którymi bardzo się zżyliśmy. Mamy tylko nadzieję że uda nam się jeszcze ich spotkać gdzieś w Europie. Teraz wracamy do Adelaidy naprawić gaz w aucie bo bez niego przy naszym spalaniu cieżko myśleć o ruszeniu w dalszą trasę. W międzyczasie przedłużylismy również możliwość pobytu w Australii o kolejne 3 miesiące. Udało się zarobić trochę pieniędzy i choć to może nie są wielkie kokosy to pozwalają z optymizmem patrzeć na dalszą podróż. Jest to nawet nasz mały sukces patrząc na to jak trudno o pracę dla Polaków w Australii a z jakiego powodu to już wszyscy wiedzą…

Milford Sound, Mount Cook i Christchurch, czyli ostatnia opowieść o Nowej Zelandii…

Posted in Bez kategorii on Listopad 5, 2011 by wstronemarzen

Wanaka to chyba jedno z naszych ulubionych miejsc w Nowej Zelandii. Kolor jeziora rozciągającego się nad miasteczkiem jest tak magiczny, że można by siedzieć i się w nie wpatrywać przez cały czas. My jednak czasu nie mamy i musimy ruszać w kierunku Milford Sound do którego mamy jakieś 300km. Po drodze podziwiamy jak zwykle cudny, górzysty krajobraz, przeplatany co chwilę przez różne jeziorka. A zatem droga zlatuje nam bardzo szybko i przyjemnie. Nad jednym z jezior zatrzymujemy się jeszcze na sesję fotograficzną z pięknym zachodem słońca. Potem zaczynamy rozglądać się za jakimś miesjcem na nocleg, jednak znalezienie czegokolwiek nie jest to zbyt łatwe, więc docieramy jakieś 50km przed MS, gdzie na jednym z prakingów pośród pięknych, ośnieżonych szczytów zatrzymujemy się na noc. Dzięki temu, iż trafiliśmy na pełnie księżyca, widok dookoła staje się jeszcze bardziej efektowny.

W nocy trafił się przymrozek, a z rana jak tylko ruszamy (na Milford Sound) można zauważyć, że droga jest dość mocno oblodzona. Dlatego też bardzo spokojnie przemieszczamy się do przodu, obserwując to co wyrastra po obu stronach drogi po każdym zakręcie czy tunelu. Gdy przybywamy na miejsce musimy przyznać, że Milford jest identyczny jak na wszystkich widokówkach jakie mogliśmy do tej pory zobaczyć. Co prawda pogoda nam trochę nie dopisuje bo niebo jest dość mocno zachmurzone ale na to wpływu nie mamy. Decydujemy się wykupić rejs co okazuje się dobrym pomysłem, gdyż możliwośc oglądanie z bliska ogromnych bloków skalnych jakie tworzą owe fiordy daje podwójny efekt. Po całej wyprawie wracamy na nasze miejsce noclegowe a że powoli robi się ciemno postanwiamy spędzić tu kolejną noc.

O poranku ruszamy dalej a naszym kolejnym celem staje się Queenstown, gdzie zostajemy na resztę dnia. Spacer po mieście przypomina trochę przechadzkę Krupuwkami, ale musimy przyznać, że maisteczko ma swój wyjątkowy klimat. Na noc docieramy do naszego ulubionego miejsca jakim jak już wszyscy wiedzą jest Wanaka. Nazajutrz po śniadaniu nad brzegiem jeziora, czas pożegnać się z Wanaką i ruszać na Mount Cooka, gdzie docieramy w godzinach popołudniowych. Nie jest jeszcze zbyt późno więc postanawiamy ruszyć na pierwszy z dwóch treków jakie sobie tu zaplanowaliśmy. Co prawda w trakcie drogi okazuje się, że podejście z jakim przyszło nam się zmagać jest dość mocno strome ale po Himalajach chyba już mało co może nas zaskoczyć, więc w dość szybkim tempie dociermay na szczyt. Tam chmury zabierają nam połowę widoków i tylko przez moment dane jest nam się cieszyć tym czego oczekiwaliśmy. W drodze powrotnej pogoda płata nam figla, gdyż niebo robi się czyste a zatem w dużej części widok z góry zostaje zrekompensowany. Próbujemy jeszcze uchwycić zachód słońca ale tu znów chyba pogoda jest przeciwko nam, więc czas na kolację i spać bo jutro kolejny trek.

Z rana po śniadaniu ruyszamy na drugi trek. Jednak ta trasa okazuje się dużo, dużo łatwiejsza. Świadczyć o tym mogą tłumy Chińczyków, które musimy wyprzedzać już od samego początku ścieżki. Widoki jednak są super i naprawdę warto było się tu wybrać. Z racji tego że dość sprawnie i szybko przebiegła dzisiejsza wyprawa, już dziś ruszamy dalej w kierunku Christchurch.

Do miasta docieramy dopiero następnego dnia. Widok jaki ukazuje się naszym oczom jest jednak na tyle przerażający, że jeszcze na długo pozostanie w naszej pamięci. Centrum miasta o powierzchni 2km na 2km jest odgrodzone, zamknięte i przygotowywane do rozbiórki. Na budynkach widnieją tylko wielkie sprejowe napisy (godzina, data, kraj) ekip ratunkowych które przeszukiwały dane miejsce. A w środku przez szybę można dostrzeć jak wszystko zamarło, zostało zostawione w raz z chwilą trzęsienia. Ludzie uciekli i nigdy nie wrócili… Widok przerażający, aż łzy cisną się do oczu. A wokół cisza i spokój, tylko gdzie niegdzie jakieś kwiaty, listy pożegnalne…

Następnego dnia zdajemy naszego Lazy Boya do wypożyczalni. Spisał się znakomicie aż szkoda go oddawać… Ale taka kolej rzeczy, po wszystkim ruszamy na lotnisko gdzie czeka nas niemiła niespodzianka. Z powodu wybuchu wulkanu w Chile nasz lot jest odwołany. Na lootnisku spędzamy dwie noce, naszczęście tylko dwie. Po tym czasie samoloty w końcu zaczynają latać a my wracamy do Australii – tym razem zaczynamy od Sydney…