W pustynnej rzeczywistości…

Minęły święta, czyli chyba najgorszy okres podczas takiej podróży. Te jednak były całkiem miłe, takie w których tęsknota za domem odeszła, gdzieś na drugi plan. Wiadomo że myślami byliśmy przy wigilijnym stole, gdzieś w rodzinnej Polsce, lecz mimo to udało się wesoło spędzić czas w towarzystwie Karlheinza i Milana. Teraz inna trudna decyzja, czas rozstać się z chłopakami, życzyć szczęścia w dalszej podróży i samemu ruszać na północ, w kierunku wskazującym tabliczkę z napisem dom…

I tak trafiamy do Santiago, bagaże zostawiamy w przechowalni a sami lecimy zobaczyć miasto, które ze względu na drugi dzień świąt jest dość opustoszałe, ale chyba jak na razie najładniejsze w jakim mieliśmy okazję być. Potem jakimiś autobusami miejskimi wydostajemy się gdzieś na obwodnicę, gdzie na jakimś gruzowisku rozbijamy namiot. Teraz przez kolejne dni rozpocznie się walka z czasem, w końcu spieszymy się na Dakar. Stop mimo wielkich oczekiwań znów zaczyna dawać na się we znaki kiedy po kilka godzin spędzamy przy drodze. Udaje się jednak trafić wujka Sama, który swoim tirem zabiera nas kolejne 800km do samej Calamy. To jeden ze stopów który pamięta się do końca życia i to nie tylko ze względu na odległość ale przede wszystkim na kierowcę. Nie dość że jeszcze tego samego dnia zabiera nas na pyszną kolację to załatwia również nocleg. Wujek Sam wiezie kilka pick – upów na naczepie toteż na noc otwiera każdemu po jednym z nich i można powiedzieć że noc spędzamy po dachem, a jakby tego było mało, z rana czeka nas pyszne śniadanie po którym ruszamy do celu. W Calamie udajemy się na spore zakupy po czym jedziemy zobaczyć Atacame. Docieramy do San Pedro de Atacama skąd po ponad godzinnym marszu meldujemy się na początku tej sławnej pustyni. Spędzamy tam jednak tylko jakieś pół godzinki po czym musimy wracać do miasteczka skąd mamy już umówiony transport powrotny do Calamy. Po drodze nasz kierowca zabiera nas jeszcze w jedno miejsce by pokazać nam pola, gdzie przechowywane są miny przeciwko Boliwii w razie ataku. Po dotarciu do miasta rozbijamy się nad rzeką.

Z rana czeka nas mała niespodzianka a mianowicie przekonujemy się, że w miejscu gdzie spaliśmy a gdzie teraz jemy śniadanie kręcą się… skorpiony. Co prawda na początku podróży latający komar wywoływał panikę przed malarią, jednak po prawie 14 miesiącach nawet chodzący pod nogami skorpion nie robi już wielkiego wrażenia… chyba nabraliśmy do tego wszystkiego ogromnego dystansu…

Po śniadaniu ruszamy na drogę gdzie łapiemy kilka krótkich stopów aż w końcu lądujemy na środku pustyni… Owszem kilka kilometrów w oddali widać budynki kopalni ale marsz do nich to by była ostateczność. W miejscu tym spędzamy 2 dni. No niestety złapać stopa w miejscu gdzie przejeżdża jedno auto na 2h i to z reguły przeładowane nie jest łatwo. Czas między oczekiwaniem na samochody spędzamy na różnych zajęciach m.in. grając w karty czy bule znalezionymi kamieniami. Gdy pierwszy dzień łapania stopa nie przynosi efektu postanawiamy spędzić noc w jaskini, którą Mario znalazł gdzieś w pobliski kanionie. Tomek wycina trochę trzciny i ostrej trawy którą wyścielamy podkład pod spanie. Problem robi się gdy kończy nam się gaz, gdyż wtedy zostajemy bez możliwości jedzenia, którego i tak w ostatnim czasie jemy nie wiele… Brak jakiegokolwiek drewna sprawia że kolejny dzień stawia przed nami nie lada wyzwanie. Albo się stąd wydostaniemy albo zaczniemy głodować… Z rana z pomocą przychodzi mała budka z Bozią w środku. Tutaj ludzie zostawiają dary głównie w postaci pieniędzy lub słodyczy. I z tych drugich po kilkunastu godzinach bez jedzenia postanawiamy skorzystać. Może nie jest to godne pochwały ale nie mając pewności kiedy będzie dane nam kolejny raz zjeść a czując wielki głód ulegamy pokusie…

Kilka godzin jeszcze mija, kilka aut przejeżdża aż w końcu zabiera nas ktoś o kolejne 50km dalej. Teraz jesteśmy już zaledwie 50km od granicy z Boliwią lecz w ciąż nie wiadomo czy uda nam się tam dziś dotrzeć a przecież mamy sylwester więc przydałby się chociaż szampan… Tutaj udaje się znaleźć trochę starych połamanych palet i krzeseł, i robiąc z felgi kuchenkę gotujemy ryż by w końcu zaspokoić głód. Gdy nawet jeszcze nie zdążymy siąść do jedzenia udaje się zatrzymać ludzi którzy zabierają nas na granice… w ten sposób chyba uda się spędzić sylwestra w Boliwii…

Trochę formalności na granicach i to że odległość między nimi to z 5km które trzeba pokonać pieszo sprawiają że ostatecznie do Boliwii wkraczamy 10min przed zamknięciem szlabanu. Teraz na granicę zajeżdża ostatnie auto. Pytamy dokąd jedzie – na co kierowca odpowiada że do San Juan. To podobno 2h drogi przez pustynie. Nazwa nie wiele nam mówi więc gdy słyszymy pozytywną odpowiedz na pytanie odnośnie sklepu nie zastanawiając się długo wskakujemy na pakę i ruszamy w drogę. Po drodze oglądamy piękny zachód słońca i prawie ulegamy groźnemu wypadkowi jednak na szczęście wszystko kończy się dobrze. Na miejscu kupujemy trochę jedzenia i napojów „świątecznych” mimo że w miasteczku nie ma już prądu a w sklepie starsza babcia obsługuje nas ze świeczką w ręce. Noc sylwestrową spędzamy w murowanej budce telefonicznej ale trzeba przyznać że jak na miasteczko na pustyni to fajerwerków może pozazdrościć im nawet Bangkok.

Następnego dnia odwiedzamy pobliski zabytkowy cmentarz po czym udajemy się stopem do Colcha K. Po tej przejażdżce przekonujemy się że niestety ale w Boliwii stopem nie pojeździmy. W Colcha K trafiamy na 3 dniowy festyn podczas którego nie zależnie od płci i wieku cała wioska imprezuje totalnie napita. My spędzamy tutaj dwie noce śpiąc m.in. w starym rozwalonym autobusie za nocleg w którym jedna babcia chce od nas nawet pieniądze ale oczywiście na jej chęciach się kończy. W końcu udaje się nam wydostać autobusem do Uyuni, do którego podróżujemy przez salar pokonując kolejne km pustynią która ze względu na porę deszczową pokryta jest wodą a ta czasem sięga ponad koła autobusu. Podróż jest zarówno bogata w piękne widoki jak i trochę emocji. W miasteczku spędzamy dwa dni rozbijając namiot gdzieś na obrzeżach. Podczas całego pobytu zwiedzamy m.in. cmentarzysko pociągów (które ma swój własny plac zabaw) a także wybieramy się na salar gdzie udaje nam się pooglądać trochę flamingów. Nie obchodzi się też bez spotkań ze skorpionami…

Stąd udajemy się do La Paz, które jest chyba najpiękniej położonym miastem w Ameryce Południowej. Rozciąga się na kilku wzgórzach co daje niesamowity widok. Tutaj totalnie przez przypadek znów trafiamy na Milana i Karlheinza z którymi ponownie przez kolejne 4 dni wspólnie podróżujemy. Udaje się w tym czasie przejechać drogą uznawaną za najniebezpieczniejszą na świecie. Wiedzie on przez góry właśnie do stolicy Boliwii – La Paz. O tym że coś w tych opowieściach jest świadczyć może fakt iż w trakcie jazdy trafiamy na ekipy szukające wraku auta który według ustaleń spadł w przepaść jakieś 4 dni wcześniej. My szczęśliwie docieramy do jej końca po czym razem z chłopakami przekraczamy jeszcze granicę do Peru. Tutaj ze względu na różnicę planów jesteśmy zmuszeni po raz kolejny się rozdzielić i to już jak się okaże po raz ostatni. Jeszcze raz dziękujemy za wspólną podróż i pomoc jaką otrzymaliśmy. Teraz na obrzeżach jeziora Titicaca w głowach mamy tylko jeden plan – zdążyć do Nazca na 13 etap rajdu Dakar 2012….

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: