Archiwum dla strone

Pożegnanie z Australią… lecz tylko na chwilę…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Maj 30, 2011 by wstronemarzen

Czas naszego pobytu w Australii właśnie dobiegł końca, a raczej skończyła się nasza pierwsza przygoda z tym krajem bo za miesiąc znów tu wrócimy. Ale za nim to się stanie opowiemy o tym co jeszcze spotkało nas w tym kangurowym świecie. Jak już wcześniej wspominaliśmy często na weekendy jeździliśmy do Middleton gdzie z reguły czas spędzaliśmy na plaży, czy też na wycieczkach rowerowych. Jednak raz wybraliśmy się do Victor Harbor gdzie znajduje się piękna Granitowa wyspa na którą kiedyś jeździł konny tramwaj a na której można zobaczyć pingwiny i foki. My mieliśmy okazję podziwiać tam piękny zachód słońca i nawet widzieliśmy jednego pingwina. Jest to o tyle trudne porą zimową że pingwiny maszerują już o zmroku a naszego okaza dopadliśmy dopiero schowanego w norze;) Innym razem wybraliśmy się do Goolwa gdzie wraz z Czesiem szaleliśmy autem po plaży i podziwialiśmy ujście jeden z największych australijskich rzek. Czas leciał a my dalej poszukiwaliśmy jakiejś pracy. Co raz częściej zaglądaliśmy do Roberta i Ani i tam spędzaliśmy sporo czasu – to oglądając trochę polskiej telewizji czy grając na wielkim ekranie w jedną z tysiąca gier. Zajęliśmy się również ogródkiem gdzie przycięliśmy kilka sporych palm. Ania z Robertem często robili nam niespodzianki a pierwsza z nich dotyczyła wyjazdu do Gorge Wildlife Park. Tam mogliśmy podziwiać wiele gatunków zwierząt żyjących w Australii. Diabeł tasmański, pies dingo, papugi, to zwierzęta które ciężko spotkać gdzie indziej jednak największą frajdę sprawiło nam trzymanie miśka koali na rękach czy zabawa z kangurami. Ten pierwszy mięciutki w dotyku, ci drudzy napaleni na nasze herbatniki. Próby wyciągnięcia małego kangura z worka czy zrobienia zdjęcia wnętrza torby to tylko jedne z wesołych przygód. Kangury choć bardzo miłe to czasem naprawdę olbrzymie i stawiające opór. Jeden nawet wyskoczył na przysłowiowe „solo” z Mariem i mimo że był z kolegami to musiał się poddać. Ale ta wizyta jeszcze na długo zapadnie nam w pamięci. Innym razem Robert z Anią postanawiają zabrać nas do Melbourne gdzie wyruszamy na 3 dni w środku tygodnia. Podróż nocą a od rana zwiedzanie. Najpierw wizyta na Eureka Tower najwyższym budynku w Australii gdzie dodatkowo w specjalnej kładce na wysokości 285m metrów zostajemy wypuszczeni nad ziemię. Tam stoimy w szklanym pudle gdzie szyby są jakby mleczne. Dopiero po dźwięku tłuczonego szkła mleczne zabarwienie znika a naszym oczom ukazuje się przezrocze co ze szklaną podłogą na wysokości 285m nad ziemią robi naprawdę duże wrażenie. Następnie wybieramy się trochę pozwiedzać miasto gdzie odwiedzamy m.in. Katedrę św. Pawła czy Royal Exhibition Building. Na koniec dnia spotyka nas miła niespodzianka a mianowicie wizyta w Crown Casino. To jedno z największych kasyn w Australii a zabawa tutaj to naprawdę dużo frajda. Jak już zostało wspomniane zabawa a nie poważna gra toteż tej nocy milionerami nie zostajemy. Do domu, do Adelaidy wracamy Great Ocean Road która ukazuje nam piękno australijskiego wybrzeża. Widoki są naprawdę niesamowite a wisienkę na torcie stanowi wizyta na 12 apostołach, w miejscu które często nazywane jest również cmentarzyskiem statków. Choć pogada trochę nie sprzyja (wieje strasznie mocny wiatr a i słonko nie może się przebić zza chmur) to z pełną odpowiedzialnością możemy powiedzieć że to najpiękniejsze miejsce jakie do tej pory widzieliśmy w Australii. Dużo czasu spędzamy na poszukiwaniu jakiejś pracy co jednak nie jest w cale takie łatwe. Bez wiz nikt nas nie chce a wiza z pozwoleniem na pracę Polakom nie przysługuje. W wolnych chwilach gramy w tenisa, czasem w środy jeździmy na treningi polskiej, miejscowej drużyny amatorów w piłce nożnej. I tak nam prawie zleciały kolejne tygodnie. W końcu udało się coś złapać. Jeździmy przez kilka dni do Hahndorfu gdzie na zlecenie pewnej pani ścinamy wielkie drzewo. (Piękne miasto w zasadzie zamieszakne w większości przez Niemców i taki też styl reprezentujące) Praca dość nie typowa bo drzewo ma grubo ponad 10m wysokości a my do dyspozycji mam tylko piłki ręczne ze względu na brak zezwolenia na jego ścięcie. Jednak robota przynosi nam dużo frajdy i choć czasem jest dość niebezpiecznie a na drzewo, na duże wysokości trzeba się wspinać sposobem na misia koalę, to w szybkim tempie kolejne gałęzie i konary lądują na ziemi. Nie było chętnych na podjęcie tej pracy szczególnie że kilka konarów sterczy nad dachem jednak my nie dość że się tego podejmujemy to jeszcze po skończonej pracy możemy się pochwalić że dom i jego dach stoi dalej w stanie nienaruszonym. Niestety przytrafia nam się raz felerny dzień w którym to podczas powrotu z pracy w naszym aucie psuje się sprzęgło… Od tej pory czołg jest niesprawny a my przecież musimy go sprzedać. Sytuacja wręcz dramatyczna i przez chwilę do głów przychodzi nam nawet myśl oddania go na złom. Jednak ta podróż udowadnia że okazywana innym ludziom dobroć odpłacana jest podwójnym szczęściem toteż czołg zostaje ostatecznie sprzedany i to za nie wiele mniejszą sumę niż ta za jaką został kupiony. A patrząc na to że udaje się go sprzedać niesprawnego (spalone sprzęgło) to sukces tym większy. Ostatnie dni spędzamy na przesiadywaniu w domu bo więcej pracy nie ma. Czasem Wojtek tylko z Robertem jeździ do pracy i trochę dorabia. Trochę intensywniej jest w ostatni weekend. Najpierw zostajemy zaproszeni na pyszna kolację gdzie w menu króluje krokodyl i kangur. Później rozrywka w największym kasynie w Adelaidzie a na koniec impreza do białego rana w jednym z miejscowych klubów o pięknej nazwie Dog&Duck. W niedziele natomiast trafiamy na mecz Polonii w której udaje się zadebiutować Mariowi. I choć gra tylko kilka minut i nie jest zbytnio zadowolony ze swojej gry to udaje mu się zdobyć bramkę którą dedykuje wszystkim chłopakom ze swojej kochanej Sparty Parszowice!!! Oczywiście miłym akcentem tego weekendu jest zwycięstwo Barcelony w finale ligi mistrzów i choć to tylko była formalność to mimo wszystko finał mógł się bardzo podobać. My natomiast już jutro wyruszamy do Sydney by 1 czerwca udać się do krainy która zawsze była naszym największym marzeniem – do Nowej Zelandii. Dopiero teraz tak naprawdę czujemy że udało się spełnić to o czym każdy z nas marzył od zawsze. To przekonuje nas tylko i wyłącznie w twierdzeniu że czasem warto, naprawdę warto zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę i zrobić w życiu wszystko aby te największe marzenia stały się rzeczywistością. Jednak z Australią nie żegnamy się na zawsze. Ba… nie żegnamy się nawet na zbyt długo, gdyż po 25 dniach w Nowej Zelandii znów zawitamy do krainy kangurów lecz tym razem będzie to już nasza ostatnia wizyta w tym cudownym kraju…

Reklamy

W krainie kangurów – Australia po raz pierwszy ;)

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Maj 17, 2011 by wstronemarzen

Australia dla niektórych koniec świata i dla nas chyba też… po 5 miesiącach spędzonych w Azji teraz przychodzi czas na powrót do rzeczywistości. Lądujemy w Darwin i z wielkim uśmiechem wysiadamy w samolotu, słychać głośne „jesteśmy”, w końcu dotarliśmy do krainy kangurów. Jeszcze kontrola celna, Mario nieświadomie przewozi nasiona z Azji za co mogła spotkać go dotkliwa kara, na szczęście psy(zwierzęta) obwąchujące jego plecak nic nie znajdują. Na lotnisku po raz pierwszy odczuwamy wartość dolara australijskiego. Wszyscy mówili że będzie drogo, sami byliśmy na to przyszykowani ale nie spodziewaliśmy się że aż tak… Musimy dostać się do Adelaidy gdzie mamy spotkać się ze znajomymi Wojtka rodziców, którzy zaoferowali nam pomoc. Pytamy w centrum informacji o ceny biletu autobusowego – 670$ za osobę, tego nie było w najgorszych scenariuszach no ale nie ma co się załamywać, pociąg kosztuje podobnie więc zabieramy plecaki i ruszamy łapać stopa. Hehe jak to ładnie brzmi. Do przejechania mamy ponad 3tys km a ludzie chyba nie bardzo wiedzą co to stop. Stoimy przy drodze i próbujemy coś zatrzymać lecz kierowcy tylko uśmiechają się i nam odmachują… Do tego łapie nas cholerna ulewa, wszystko przemoczone… wracamy na lotnisko i kupujemy najtańsze bilety lotnicze do Melbourne które kosztują i tak mniej niż bilet autobusowy dla jednej osoby. Jeszcze zakupy w markecie, nocka na lotnisku i następnego dnia już jesteśmy w Melbourne. Stąd kupujemy bilety na pociąg do Adelaidy, a że mamy go dopiero jutro rano idziemy pozwiedzać miasto. Melbourne robi wrażenie, pełno wielkich budynków, mnóstwo ludzi, tutaj czujemy się jak w Europie. W końcu trochę cywilizacji, chodzimy, oglądamy, aż docieramy na korty Australian Open. Tutaj dostajemy się do Rod Laver Arena, gdzie zwiedzamy miejsca raczej nie dostępne dla kibiców. Dopiero po pół godzinie ktoś zwraca nam uwagę i każe wyjść (wszystko przez jakąś imprezę zamkniętą odbywającą się w klubowej restauracji). I tak widzieliśmy więcej niż mogliśmy. Przechadzamy się po kolejnych stadionach i prawie udaje nam się wejść na mecz rugby. Ochroniarze chcą nas wpuścić lecz jakiś jeden „elegancik w garniturze” wszystko psuje. Dopiero drugie wejście okazuje się zbawienne lecz tylko dla Tomka, który widząc że jest sam rzuca tylko okiem na płytę boiska po czym wychodzi. W mieście trafiamy jeszcze na wielkie wesołe miasteczko i oglądamy pokazy narciarzy wodnych organizowane na rzece. Po wszystkim wracamy na stację gdzie przesypiamy noc by rano pociągiem udać się do Adelaidy. Po drodze która trwa jakieś 10h oglądamy rozległe tereny Australii a Mariowi i Wojtkowi udaje się nawet zobaczyć kangury. Tomek przesypia ten moment dlatego na widok pierwszego kangura będzie musiał jeszcze trochę poczekać. W Adelaide odbiera nas Sławek i Ewa. To właśnie oni dają nam dach nad głową i pomagają się ogarnąć w nowej rzeczywistości. Od tamtej pory zamieszkujemy u nich. Jest jeszcze Oliwia i Natalia (ich córki) które szybko nas polubiły. Naszym pierwszym celem w Australii jest znalezienie pracy lecz to nie takie proste. Przez pierwsze 2 tygodni nic się nie udaje. Czasem Sławek zabiera nas by mu pomóc przy jakiejś robocie. A tak to szukając pracy, gotujemy obiady i plewimy ogródek. Na weekendy jeździmy do Middleton, gdzie nasi gospodarze wybudowali drugi dom. 300m do oceanu, plaża surferów i niezwykłe widoki to, to co przychodzi nam oglądać. Okolice często podziwiamy jeżdżąc na rowerach a wieczorami zasiadamy do barbi robionego przez prezesa. Jest super tylko ciągle brak tej pracy aż w końcu Ewa daje nam namiary na jednego z farmerów. Jedziemy jakieś 70km, gdzie w Nuriooptcie dostajemy pracę przy zrywaniu winogron. Mark który organizuje robotę daje też zakwaterowanie. Najpierw mieszkamy sami, potem dołącza 5 Włochów, a następnie para z Estonii, Irlandczyk, Walijczyk, Australijczyk i dwie osoby a Anglii. Na koniec towarzystwo staje się jeszcze bardziej międzynarodowe. My najlepszy kontakt łapiemy z Włochami, z którymi bawimy się doskonale. Praca też jest wesoła, a czas szybko leci. Udaje nam się zobaczyć kolejne dzikie kangury, jednego nawet gonimy a Mario dopada go, gdy ten zaplątuje się w płocie. Po pierwszej wypłacie kupujemy naszego Land Rovera. To czołg bo tak wygląda ale nic dziwnego bo jest z 1975roku. Jazda nim jest na maxa wesoła, szczególnie że 80km/h to można pojechać ale z dobrej górki. Dwa razy udaje się nawet wygrać start na światłach Raz zatrzymuje nas nawet policja. Tylko Mario ma przy sobie polskie prawo jazdy toteż on z reguły prowadzi, lecz prawda jest taka że i na nim nie można tu jeździć ale przydało się po to by zarejestrować auto. Tutaj potrzebne jest prawo jazdy międzynarodowe, a takiego nikt nie posiada. Policjant pyta nas o to czy mamy prawo jazdy przetłumaczone na angielski, nasza wymigująca odpowiedz brzmi – „raczej tak”, on wierzy nam na słowo i puszcza wolno. A wszystko dlatego że nasz czołg bardzo zwraca na siebie uwagę. Na początku mieliśmy plany objechania nim całej Australii jednak samo auto szybko wyleczą nas z tego pomysłu. Na razie jeździmy nim do pracy a później wymienimy na coś innego, szczególnie, że będziemy potrzebować auta na gaz by taniej pokonywać te tysiące kilometrów. Praca u Marka kończy się po 10 dniach. Później trafiamy do pracy pod skrzydłami pewnego Wietnamczyka. I właśnie na jednej z górskich winnic udaje nam się zobaczyć pierwszego koalę. I choć śpi twardo na drzewie i nawet się nie rusza to uśmiech jeszcze długo nie schodzi nam z twarzy. Niestety pracujemy tam raptem 6 dni a wypłatę dostajemy ledwo za cztery. Niestety ale chyba Wietnam i jego mieszkańcy to nasze przekleństwo. Nasz pracodawca znika nie płacąc nam za dwa dni pracy i chyba lepiej będzie jak już nas nigdy nie spotka – przynajmniej dla niego. Po tym wydarzeniu dalej zostajemy bez pracy lecz poznajemy co raz to większe grono Polaków. Sąsiadka Dorota pomaga jak może, jej mąż Czesiu zabiera nas na mecze Polonii, drużyny polskich amatorów, raz nawet sami wybieramy się na trening a wkrótce może nawet uda się zagrać w jakimś meczu. Ich córka Karolina zabiera nas do pubów itp. Tam poznajemy kolejnych ludzi między innymi Sarę – dziewczynę o korzeniach hindusko – cypryjskich. Poznajemy również wiele osób związanych z Polonią zwłaszcza zawodników. Mijają kolejne tygodnie a my wciąż czekamy na jakąś pracę by zarobić na dalszą podróż. W międzyczasie odwiedzamy polska szkołę, gdzie bierzemy udział w jednej z lekcji. W wolnych chwilach chodzimy też pograć w tenisa albo pobiegać, żeby kilogramów nie przybyło za dużo;) 22 kwietnia obchodzimy 25 urodzinki Tomka. Imprezujemy najpierw w Adelaide a dzień później w Middleton, gdzie dość intensywnie opijamy ćwierćwiecze. Impreza w stu procentach godna urodzin Polaka podróżnika. W tym okresie poznajemy również Roberta i Anie, dzięki którym nasz pobyt w Australii nabierze troszkę innego kolorytu, ale o tym dopiero w następnej opowieści o kangurolandii.

Ostatnie dni w Azji czyli Indonezja cz. III

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Maj 2, 2011 by wstronemarzen

Kolejny prom, kolejna przeprawa no ale przecież to Indonezja i do tego trzeba się przyzwyczaić, tym bardziej że jeszcze kilka takich przepraw nas czeka. Ale teraz nam się trochę spieszy, na Bali czekają znajomi (większość z nich pracuje razem z Wojtkiem) co więcej zapraszają nas na wieczór na imprezę a więc do dzieła. O ile wpływu na szybkość promu nie ma to już po drugiej stronie na Bali trzeba szybko złapać jakiegoś stopa. Musimy dostać się do Denpasar a tam już niedaleko do Kuty gdzie właśnie na nas czekają. Gdy tylko wychodzimy z portu udaje się złapać tira. Uff co za ulga i jedzie jeszcze tam gdzie chcemy teraz na pewno zdążmy… a jednak nie !!! To jeden z gorszych stopów. Przejechanie ponad 150km zajmuje im UWAGA 8h… koło 3 lądujemy jakieś 30km od celu… środek nocy jakieś skrzyżowanie a co grosza na imprezę już nie zdążymy… O dziwo udaje nam się złapać stopa a małżeństwo które nas zabiera nawet zbacza z drogi by nas podrzucić… niestety w mieście o 4 rano korek jak w szczycie w centrum Wrocławia… na miejscu jesteśmy koło 5 a do tego dopada nas ulewa… ze znajomymi spotkamy się jutro a teraz idziemy na plaże. I tam wielki zawód rajskie plaże na Bali to wysypisko śmieci. Takiego syfu to nawet nie było w Indiach i Bangladeszu. Jesteśmy zwiedzeni a do tego znowu ulewa, a nawet oberwanie chmury. Włamujemy się do budki ratowniczej która też przecieka ale lepsze to niż stanie pod gołym niebem, przynajmniej plecaki nie przemokną. Poznajemy tutaj też starego Niemca, który urodził się w Legnicy a teraz mieszka w Australii, w Queensland i jest profesorem historii na jednym z uniwersytetów. Daje nam adres i zaprasza do siebie jeśli tylko będziemy w jego okolicach. Ulewa ustaje a Kuta zamienia się w Wenecję, gdzie ulice przykryte są wodą. My spotykamy się ze znajomymi w składzie: Magda, Krystian, Renata, Agnieszka, Bartek, Adam. Razem spędzamy dwa dni w ciągu których wylegujemy się w hotelowych basenach, odwiedzamy świątynię położoną na wyspie. W tym uroczym miejscu o pięknym skalistym wybrzeżu oglądamy też zachód słońca. W ostatni dzień organizujemy sobie dobrą imprezkę. Z tego miejsca chcielibyśmy im bardzo podziękować za pomoc, za nocleg i za świetne towarzystwo i zabawę. Wielkie dzięki i do zobaczenia w Polsce, a może jeszcze gdzieś na trasie ;p Po 2 dniach wspólnego imprezowania wracamy do Denpasar (oczywiście stopem) gdzie mieszkamy u jednego z couchsurferów. Tutaj spotykamy się też z Majo i Hanne. Po zostawieniu nadmiaru bagażu ruszamy w stronę Komodo a że dziewczyny jadą przez pewien czas w tym samym kierunku to podróżujemy razem – w piątkę. Oczywiście jedziemy stopem. Kolejnym promem przedostajemy się na Lombok. Na wyspę docieramy w nocy a że udaje nam się znaleźć tani nocleg gdzieś na poddaszu to robimy małą polsko-fińskom imprezę, gdyż właśnie tutaj nasze drogi będą się rozchodzić. Dziewczyny zostają tu dłużej, my jednak musimy jechać dalej a zatem rano żegnamy się i kolejnymi stopami ruszamy w drogę. Najpierw docieramy do portu gdzie promem dostajemy się na Sumbawę. Na miejscu pierwszy szok, a co chwilę z naszych ust da się słyszeć : tu chyba nikt nie mieszka, to jakieś odludzie… Fakt!!! Żadnego samochodu, widać tylko kilka domów przy których ktoś się krząta. Mało optymistyczna wiadomość w kontekście podróży stopem tym bardziej że mamy setki kilometrów do przejechania. Zaczynamy maszerować, nie jest łatwo ale widoki i cisza w około sprawiają że uśmiech nie znika nam z twarzy. Ale szczęście nas nie opuszcza, po prawie pół godzinie jedzie jakieś auto, oczywiście łapiemy je na stopa, później kolejne dwa i pierwsze 200km za nami. Jednak zrobiło się ciemno a my utknęli na jednym z przystanków. Jesteśmy mało widoczni, żeby nie powiedzieć że w ogóle nas nie widać, a zmęczenie daje znać o sobie. A zatem każdy znajduje sobie swój własny kąt na przystanku autobusowym (czyt. Jakaś bambusowa ławka i kawałek dachu, który jednak chroni przed nocnym deszczem) po czym zasypia. Następnego dnia ruszamy dalej, pokonując kolejne kilometry. Jedziemy przeróżnymi autami. Jest tłusty czwartek a nam nawet udaje się skosztować pączków (albo czegoś na wzór początków) choć lądujemy na totalnym odludziu. Podróż ułatwia nam fakt że jest tu tylko jedna droga więc jeśli ktoś już jedzie to musi jechać właśnie nią. Przerażająca jest tylko jakość tej drogi. W asfalcie jamy takie że ze dwa borsuki by się zmieściły a zatem prędkość naszej podróży jest zdecydowanie usypiająca. Udaje się jednak dotrzeć na koniec wyspy skąd czeka nas prom na wyspę Flores a później już na Komodo. Jednak teraz jest noc więc wynajmujemy jakiś tani pokój i czekamy do rana. I wtedy spotyka nas gorzka prawda, strajk w porcie. Promy nie pływają choć jest szansa że wieczorem coś popłynie. Jednak szef portu nie jest nam w stanie udzielić precyzyjnych informacji co więcej mówi że jeśli nawet prom popłynie nie wiadomo kiedy wróci. My mamy zdecydowanie ograniczony czas bo 9 marca lecimy już do Australii a jeszcze wiele drogi powrotnej nas czeka. Już wiemy że jedyna droga zobaczenia Komodo to wynajęcie prywatnej łodzi. Jednak cena jak nam oferują spędza nam sen z powiek. 3mln rupii to najniższa propozycja jak udaje się nam uzyskać. Jednak to wszystko co mamy a więc zmuszeni jesteśmy się poddać. Komodo zostanie niespełnionym marzeniem po które trzeba będzie przyjechać innym razem podczas następnej podróży. Trochę zasmuceni wracamy z powrotem. Jednak rozsądek wziął górę czasem tak bywa. Trzeba z czegoś zrezygnować żeby podróżować dalej. Udaje nam się za to złapać stopa którym podróżujemy nie tylko przez całą Sumbawę ale i Lombok, gdzie zatrzymujemy się w Mataram. Zabiera nas trójką niesamowitych kolesi, którzy traktują nas jak rodzinę a raz w nocy dzięki przytomności umysłu kierowcy, unikamy napaści ze strony tubylców (30 chłopa atakuje nas kamieniami i próbują dostać się na pakę gdzie leżymy lecz kierowcy udaje się uciec). W Mataram dziękujemy za pomoc i udajemy się na Gili czyli jedną z piękniejszych wysepek Indonezji. Tutaj wynajmujemy sobie małą chatkę i postanawiam przez 3 dni odpocząć od przyjemnej lecz morderczej podróży stopem jaką mieliśmy podczas miesięcznej podróży przez ten kraj. Relaks na Gili nam służy a największą atrakcją okazuje się snorkeling, gdzie mamy możliwość nie tylko oglądania namiastki rafy koralowej ale także pływania z metrowymi żółwiami, (szczególną frajdę sprawia nam zabawa z jednym nieco mniejszym żółwiem ;p). 3 dni mijają szybko a my ruszamy do Denpasar skąd mamy lot do Australii. W mieście spędzamy jeszcze 2 dni podczas których załatwiamy wszystkie pilne sprawy. 9 marca lecimy do Darwin w Australii i mimo że jeszcze na lotnisku w Denpasar zostajemy wyprowadzeni z równowagi ze względu na jakieś absurdalne opłaty to sama myśl o krainie kangurów sprawia że gdy tylko wchodzimy do samolotu jesteśmy chyba najszczęśliwszymi osobami na całym pokładzie;)

Indonezja cz. II – Jawa z niezwykłą historią Wulkanu Bromo…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Kwiecień 19, 2011 by wstronemarzen

Przeprawa promowa… środek nocy a my właśnie płyniemy w kierunku Jawy. Mijają kolejne godziny, Tomek śpi gdzieś przy ścianie Mario z Wojtkiem rozmawiają z jakimiś chłopakami, którzy właśnie się do nich przysiedli. Nasza historia oczywiście wprawia ich w osłupienie a z każdą chwilą rozmowie przysłuchuje się co raz więcej osób. Wymieniamy się też monetami a jeden ze starszych mężczyzn w zamian za złotówkę oddaje Mariowi banknot sprzed 30 latu na którym wyrysowane jest serduszko i nr telefonu dawnej miłości… Na lądzie okazuje się że do stolicy – Jakarty mamy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów toteż łapiemy jakiegoś busa w którym przesypiamy całą drogę… budzimy się już w mieście a za oknem świta. Pierwsze kroki kierujemy do centrum, tam jemy śniadanie i korzystamy z neta. Gdy okazuje się że nikt z couchsurferów nam nie odpisał postanawiamy zwiedzić to co najważniejsze i ruszyć w dalszą drogę. Jako środek transportu wybieramy pociąg którym za grosze pokonujemy setki kilometrów. Zanim jednak to się stanie zwiedzamy trochę Jakartę odwiedzając m.in. jej najbardziej charakterystyczny punkt jakim jest Nasional Monument, z którego rozpościera się niesamowity widok na całą panoramę miasta. Oczywiście wjeżdżamy na samą górę gdzie na własne oczy przekonujemy się, że jest to jak najbardziej prawda. Na szczycie dochodzi jeszcze do zabawnej sytuacji kiedy pewien chłopak prosi Maria by jego dziewczyna mogła sobie zrobić z nim zdjęcie. To nie pierwsza taka sytuacja a że dziewczyna niczego sobie Mario z uśmiechem na twarzy przystaje na prośbę. Gdy opuszczamy miasto okazuje się że pociąg stanie się na dłużej naszym środkiem transportu. Ceny biletów są na tyle niskie, że szkoda tracić czasu na autostop (który tutaj choć łatwy to ze względu na fatalny stan dróg strasznie powolny). Naszym głównym celem podczas wizyty na Jawie staje się wulkan Bromo, jednak za nim do niego dojedziemy odwiedzamy jeszcze inne miejsca. Zajeżdżamy m.in. do Yogyakarty gdzie spędzamy dwa dni. Tutaj oprócz zwiedzania miasta wybieramy się do Borobuduru gdzie znajduje się ciekawa świątynia (jej niezwykłość wynika z faktu iż na szczycie znajdują się kamienne elementy w kształcie wielkich dzwonów z którymi związana jest pewna legenda). Jednak zbieramy się dość późno a jeszcze podróż autobusem i na miejsce przybywamy 45min po zamknięciu świątyń. Jednak łatwo się nie poddajemy a gdy tylko znajdujemy dogodne miejsce forsujemy pierwsze ogrodzenie. Później kolejne, jeszcze jedno i jesteśmy już przed schodami prowadzącymi na szczyt. Oczywiście w ukryciu przed strażnikami pokonujemy ostatnią przeszkodę a więc metalową bramą, a pomocna przy tym okazuje się jedna z drabin którą zostawili robotnicy prowadzący renowację. Na szczycie oglądamy co ciekawe a później zachowując pełną ostrożność i uważając na strażników nie zauważeni opuszczamy cały obiekt, oczywiście w ten sam sposób, forsując kolejne ogrodzenia. Po wszystkim wracamy stopem do domu bo jest na tyle późno że już nic stąd nie jeździ. Naszym kolejnym celem staje się Bromo wulkan który od 5 miesięcy jest aktywny. Zanim jednak do niego docieramy przytrafia nam się kilka przygód kolejowych. Pokonujemy m.in. 250km nie płacą za bilety bo do pociągu wsiadamy tuż za konduktorem (pociąg już jedzie ;p ) następnie spędzamy popołudnie w pokoju kolejarzy gdzie bierzemy prysznic a Mario ogrywa ich w play-station ( Brazylia – Argentyna 2:0 ). Granie to ich podstawowe zajęcia a są w to na tyle zaangażowani, że nawet nie znają dobrze rozkładu jazdy pociągów przez co wprowadzają nas w błąd. Nam jednak mimo wielu komplikacji udaje się dotrzeć do miejscowości gdzie do Bromo mamy już przysłowiowy rzut beretem. Jednak tutaj zastaje nas noc toteż jeden z chłopców zaprasza nas do siebie do domu, a tam już cała rodzina z ojcem na czele częstują nas czym chata bogata w za mian robiąc dziesiątki zdjęć. Odradzają nam również podróż na Bromo, ze względów bezpieczeństwa my jednak nie rezygnujemy i już następnego dnia jedziemy na wulkan. Krajobraz z każdym kilometrem zmienia się diametralnie, a wszędzie co raz więcej popiołu. Dachy, podwórka, auta, drogi, pola wszystko pokryte popiołem a w oddali widać wielką ciemną chmurę. W końcu docieramy do wioski a widok jaki nam się ukazuje jest niesamowity. Iście marsjański, wszystko przykryte popiołem a w oddali wulkan który co chwilę wyrzuca chmury dymu, czasem kamieni a w dodatku wydając przy tym ogromny huk. Wszyscy proponują nam pokoje my jednak dostrzegamy mała świątynię niedaleko krateru i od razu wpadamy na pomysł rozbicia tam namiotu. Rozmawiamy jeszcze z Niemcem i Amerykanką którym zdradzamy nasz chytry plan, oni życzą nam szczęścia i każą być ostrożnym. Do świątyni mamy jakieś 2km a więc ruszamy. Po drodze okazuje się że kasy biletowe do parku narodowego (bo wulkan leży na obszarze PN) są zamknięte ze względu na erupcję, a jeden ze strażników mówi nam, że świątynia do której chcemy dotrzeć jest zamknięta ze względów bezpieczeństwa a strefa bezpieczeństwa wynosi 2km od wulkanu. Obiecujemy być grzeczni i ruszamy w drogę. Połamane drzewa, wielki szary step, masy popiołu tak w skrócie można opisać to co ukazuje się naszym oczom z każdym krokiem. Po pewnym czasie docieramy pod świątynię która znajduję się już w strefie zagrożenia (wstęp na ten teren ściśle zabroniony) jakieś 700m od krateru. Tutaj spotykamy starszego pana któremu opowiadamy o naszym planie a ten obiecuje trzymać za nas kciuki i mówi, że gdyby był młodszy poszedłby razem z nami. My do świątyni dostajemy się przez mur bo wszystkie bramy są pozamykane. Tutaj znajdujemy dogodne miejsce skąd przez 2h obserwujemy wulkan. Nasz chytry plan przewiduje wejście na szczyt krateru i zajrzenie do środka. Na samej górze są nawet schody, którymi na krater dostają się turyści jednak teraz są trochę zasypane i zniszczone przez spadające kamienie a wycieczki przybywają tu tylko w czasie gdy wulkan jest nieaktywny. My po 2h obserwacji dochodzimy do wniosku że wyrzucane kamienie lecą tylko w jedną stronę toteż wejście po schodach powinno być bezpieczne. Ubieramy się grubo i rozpoczynamy marsz na szczyt. Jedyna nie wiadoma to następująca po wybuchu fala która wylatuje z krateru. Boimy się czy nie jest to gorące powietrze bo przed poparzeniem nas ostrzegano jednak na razie maszerujemy dalej. Po drodze natrafiamy na dary (głównie owoce i mięso ) składane przez miejscowych w ofierze wulkanowi. Już trochę idziemy w tym czasie wulkan wystrzelił z 4 razy ale żadne z kamieni nie wyleciały z krateru toteż droga wydaje się bezpieczna. Gdy docieramy pod schody do szczytu pozostaje jakieś 50m. Wtedy stajemy i spoglądamy w górę by jeszcze raz upewnić się czy wiemy co chcemy zrobić. Czy to zawahanie, chyba nie. Po chwili Mario krzyczy „być w piekle i nie przywitać się z diabłem” po czym zaczynam wbiegać po schodach. Po chwili jesteśmy już w połowie drogi choć nie jest to łatwa wspinaczka, a popiół spod nóg co chwilę usuwa się na dół, a my z nim. Następuje też wybuch po którym lecą kamienie, przystajemy i obserwujemy ich tor lotu na szczęście kierunek jest inny niż ten którym y podąrzamy. Pierwszy na szczyt dociera Mario i gdy tylko nachyla się nad kraterem następuje kolejny wybuch po którym fala (która była wielką niewiadomą) zrzuca go z topu… na szczęście powietrze które fala niesie nie jest gorące a Mario ląduje szczęśliwie na zboczu. Po chwili robimy już pamiątkowe zdjęcia i kręcimy filmy. Nagle następuje kolejny wybuch a z krateru wylatuje kilka wielkich kamieni na szczęście znów w innym kierunku. Jednak my już nie chcemy być tam ani chwili dłużej. Wojtek prosi jeszcze o zdjęcie po którym mamy uciekać. Mario robi zdjęcia w tym momencie następuje potężny wybuch. Nagle z krateru wyłaniają się lecące z ogromną prędkością kamienie, huk jest ogromny a gdzieś w tle słychać tylko głos Maria który stojąc twarzą do wnętrza wulkanu krzyczy aby uciekać z tym że on nie używa słowa uciekać… To są ułamki sekund każdy obraca się na pięcie a bieg zastąpiony zostaje rzutem w dół zbocza. Wojtek pada za wielką skarpą kawałek niżej pada Mario a jeszcze w innym miejscu Tomek. Kamień wielkości malucha podbija się na skarpie za którą leży Wojtek minimalnie mijając jego skulone nogi a następnie przelatuje jakiś metr nad leżącym Mariem. Tomek prawie obrywa nie co mniejszymi kamieniami o ile cos wielkości 50-calowego telewizora można nazwać mniejszymi kamieniami. Po chwili zrywamy się do ucieczki, w amoku zapominamy o reszcie kamieni świstających nad głowami. Jednak udaje się opanować emocje i przystajemy jeszcze na chwilę by obserwować ich lot. Po chwili zbiegamy na dół gdzie jesteśmy bezpieczni… Stłuczone kolana, rozdarte spodnie, cali w popiele z rozbitym telefonem to i tak nie wielka cena jaką przyszło nam zapłacić za ciekawość. Teraz siedzimy oparci o mur, każdy milczy, tylko co jakąś chwilę ktoś wystrzeli jakieś słowo, to ktoś krzyknie – „ten wulkan chciał nas zabić”, „powinno na już nie być”. Każdy widział śmierć, chyba żeśmy mocno przegięli a cienka granica między życiem a śmiercią została przekroczona. Mówimy sobie, że już nigdy takiej głupoty nie zrobimy ale z drugiej strony każdy z nas się cieszy że był tam, że zajrzał do wnętrza aktywnego wulkanu. Zrobiliśmy coś niesamowitego, coś co pozostanie w naszej pamięci do końca życia a widok potężnego kamienia przelatującego nad głową już na zawsze będzie tkwił gdzieś głęboko. Wracamy do naszej świątyni gdzie każdy w ciszy wpatruje się w wulkan, który właśnie jakby się uspokoił. Później zwiedzamy jeszcze trochę okolicy a gdy wracamy znów do świątyni zaczyna się kolejna zabawa z wulkanem. Tym razem wulkan zaczyna wyrzucać lawę. Na początku nie jest jej zbyt dużo ale kiedy się ściemnia „pokaz” zaczyna nabierać na sile. My siedzimy i próbujemy robić zdjęcia. Każdy kolejny wybuch jest ze zdwojoną siłą, a co raz większej fontannie lawy zaczyna towarzyszyć co raz głośniejszy huk. My siedzimy twardo w świątyni w końcu jesteśmy jakieś 700m od krateru jednak powoli sytuacja zaczyna robić się niebezpieczna. Po godzinie czasu kawałki lawy zaczynają spadać już jakieś 300m od naszej świątyni, jest już koło 22.00 dookoła strasznie ciemno. Sytuacja robi się naprawdę niebezpieczna, a spędzić tutaj noc to byłaby chyba kolejna głupota. Igrania ze śmiercią na dziś już wystarczy a więc pakujemy manatki i ruszamy w drogę do wioski. 2km marszu w zupełnych ciemnościach są warte spokoju ducha jaki w końcu zaznajemy docierając do celu. Tym bardziej że każdy kolejny wybuch jest groźniejszy i większy. Do wioski prowadzi strome podejście a na szczycie widać tłumy ludzi. Okazuję się że to największa erupcja odkąd wulkan się obudził a dzisiejsze zjawisko obserwuje cała zaniepokojona wioska. Na szczycie ludzie pytają czy to my jesteśmy trójką chłopców z Polski, którzy wyruszyli z wioski rano i słuch po nich zaginął. My uspokajamy, tak to my i jesteśmy cali i zdrowi. U góry jeszcze długo obserwujemy fontannę lawy a szczególnie wytrwały jest Tomek, który przez 1,5h czeka na idealne ujęcie, jego ręce zamarzają a ten zmuszony jest zrezygnować, choć udaje mu się uchwycić kilka dobrych momentów. Noc spędzamy w namiocie pod jakimś daszkiem, choć jeszcze długo nie potrafimy zasnąć po dawce emocji jaka nas dziś spotkała. Następnego dnia wulkan jest totalnie spokojny. Nie wyrzuca kamieni nie mówiąc już o lawie nawet go nie słychać. My jeszcze przez chwilę się mu przyglądamy po czym ruszamy w dalszą drogę. Po dotarciu do pobliskiego miasta łapiemy stopa i ruszamy w stronę Bali. Zanim jednak tam dojedziemy musimy dotrzeć na prom który zabierze nas z Jawy. Po kilku stopach jesteśmy już w porcie gdzie wsiadamy na statek, którym czeka nas kolejna długa przeprawa…

To chyba właśnie wspomnienia z Jawy najdłużej zapadną nam w pamięci… A w zasadzie wizyta na aktywnym wulkanie Bromo. Jeszcze długo po tym wydarzeniu zastanawialiśmy się czy aby czasem nie naruszyliśmy wierzeń ludzi. Bo przecież świątynia do której po nikąd się włamaliśmy była wybudowana ku czci wulkanu. Gdy tylko się obudził zaczęto składać mu dary a my tak po prostu wtargnęliśmy na szczyt. Mimo ostrzeżeń poprzez kolejne wybuchy chcieliśmy być twardzi dopiero wybuch który o mało nie pozbawił nas życia wypłoszył nas ze szczytu. Mimo to nie opuściliśmy świątyni i dopiero kolejne co raz większe wybuchy połączone z fontanną lawy sprawiły że na dobre opuściliśmy to miejsce. Jedno jest pewne już nigdy się tego nie dowiemy, a my przeżyliśmy jeden z bardziej niezwykłych momentów życia. I mimo iż może było to głupie to mało kto na świecie może powiedzieć, że zajrzał do wnętrza aktywnego wulkanu…

Indonezja cz.I – Sumatra…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Kwiecień 9, 2011 by wstronemarzen

Indonezja… tyle się już o niej słyszało, cudowne Bali, wulkany, warany i wiele innych ciekawych miejsc i rzeczy. No i co raz bliżej krainy kangurów… Lądujemy w Medan a swoje pierwsze kroki kierujemy do kafejki internetowej. Tutaj dowiadujemy się, że mamy couchsurfera, więc zaczyna się dobrze. Trafiamy do domu Eru, choć z umówionego miejsca zabiera na Sonia, jego przyjaciółka. W domu towarzystwo międzynarodowe, ale atmosfera iście rodzinna. Pierwsza nocka a następnego dnia ruszamy w dżungle. Oprócz nas i miejscowych jadą jeszcze dwie Finki (Hanne i Marjo) z którymi jak się okaże spędzimy trochę więcej czasu. W dżungli spędzamy 3 dni. Jedną nockę śpimy w wiosce tubylczej, a drugą w środku dżungli w namiotach tuż koło siarkowych ciepłych źródeł. Oczywiście w czasie całego pobytu gotujemy wspólne posiłki i podziwiamy okolice. Wybieramy się między innymi na mała wyprawę w głąb dżungli gdzie tubylcy pokazują nam liczne rośliny (m.in. drzewa kakaowe itp.) i niesamowite widoki jak się tu rozpościerają. Wieczory spędzamy przy akompaniamencie gitarowym jaki funduje nam Eru. Muzyka i wzrok wpatrzony w gwieździste niebo dają dużo do myślenia. Odwiedzamy też pobliską wioską, w której poznajmy tajniki budowania miejscowych dróg. Czas spędzony tutaj jest naprawdę niesamowity a poszukiwania węży, jaszczurek, kąpiele w wodospadach czy ciepłych źródeł oraz próby strącenia koksów za pomocą kamieni długo jeszcze będą tkwić w naszej pamięci. Stąd postanawiamy udać się nad Lake Toba, a jako formę podróży wybieramy oczywiście autostop. Namawiamy innych by jechali z nami lecz tylko Sonia i koleżanki z Finlandii korzystają z zaproszenia. Stop wydaje się być łatwy a z pomocą dziewczyn koło drogi spędzamy tylko chwilę. Zanim dojedziemy nad samo jezioro po drodze spędzamy jeszcze jedną noc w jednej z mniejszych miejscowości, gdzie urządzamy sobie dość sporą imprezę. A wszystko dlatego że właścicielem hotelu w którym śpimy jest miejscowy senator, który staje się sponsorem imprezy. Następnego dnia jesteśmy już nad samym jeziorem gdzie udajemy się na wyspę. Czas spędzony tam jest niesamowity a wspomnienia tamtych dni zawsze już będą wywoływać uśmiech na naszej twarzy. Niestety ograniczenia czasowe powodują, że po jednej nocy zmuszeni jesteśmy jechać dalej. Musimy pożegnać naszą wspaniała przyjaciółkę Sonię która stała się dla nas indonezyjską siostrą, a widok łez na jej twarzy sprawia, że żałujemy że nasze drogi w tym momencie muszą się rozejść. Mamy tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mieli okazję się spotkać. Oczywiście w dalszą podróż ruszamy stopem, co tutaj okazuje się być niezwykle łatwą formą podróży. Podróżujemy miedzy innymi małym busem z 8 kobietami, które zabierają nas na pobliskie wzgórze, gdzie podziwiamy niesamowite widoki jakie rozpościerają się nad Lake Toba. A wszystko za kilka zdjęć… Reszta podróży przez Sumatrę to liczne stopa, czasem łatwiejsze innym razem bardzo wymagające. Jedziemy miedzy innymi z policją, czy na pakach licznych minibusików, na których spędzamy czasem całe noce. Kilometry liczymy w tysiącach, ale widoki jakie ukazują się na naszej drodze są niesamowite. Dużą część trasy pokonujemy dżunglą, czasem z rana kąpiemy się w oceanie. Trafiamy też na niesamowitą ekipę 16 chłopaków którzy na ośmiu ciężarówkach wiozą kamienie. Oczywiście łapiemy ich na stopa na jednej z stacji autobusowych o 4.00 nad ranem. Przez całą podróż stają się dla nas jak rodzina, zabierają nas na obiady i dbają o to by niczego nam nie brakło. My na nasz „dom” wybieramy jedną z ciężarówek na której na kamieniach układamy drewniane drzwi a przed słońce budujemy ochronę z prześcieradeł i karimat. W sumie podróżujemy z nimi ok. 72h a czas ten jest bardzo wesoły. Podziwiamy piękne zachody słońca. Docieramy też na równik, na którym robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. W końcu nie codziennie można stanąć na równiku, zresztą takich miejsc na świecie za wiele nie ma. Jednak długość podróży wynika głównie z kiepskich dróg. Czasem nad wybrzeżem więcej niż połowa drogi wymyta jest przez ocean, a innym razem wielkie dziury w asfalcie, którego i tak jest jak na lekarstwo powodują, że maksymalna prędkość nie przekracza 20km/h. Ostatni etap podróży na Sumatrze to jazda z chłopakami przewożącymi piasek. Trafiamy z nimi do miejsca gdzie odbywa się załadunek ich tirów. Dokonuje tego trzech mężczyzn a czas jaki na to potrzebują to ok. 3h. Najlepsze w tym jest to, że robią to za pomocą łopat. Tutaj dostajemy obiad a Mario próbuje nawet pieczonego nietoperza. Podróżujemy każdy w innym tirze ze względu na ilość wolnych miejsc, jednak w porcie musimy się rozstać ponieważ ich czas oczekiwania na przeprawę to około 3 dni. My tyle czekać nie zamierzamy a więc na statek udajemy się sami. Teraz przed nami kolejna wyspa jaką jest Java. Wulkany i stolica Indonezji to chyb to co najciekawsze na tej wyspie. Wszystko przed nami a więc niedługo się przekonamy…

Niezwykła historia mnicha… czyli ostatnie dni w Tajlandii…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , on Marzec 17, 2011 by wstronemarzen

Mieliśmy jechać na Ko Chang jednak zaproszenie na urodziny od zaprzyjaźnionego mnicha sprawiło, że w ostatniej chwili postanowiliśmy zmienić nasze plany i udać się do Pattayi, gdzie obecnie nasz tajski przyjaciel przebywał, i gdzie wyprawiał urodzinowe party. Na mieście kupiliśmy skromny prezent w postaci bardzo wesołej czapki, po czym miejskim autobusem ruszyliśmy po za granice Bangkoku gdzie zamierzaliśmy złapać stopa do Pattayi. Autobus trochę się wlókł toteż zanim dojechaliśmy do ostatniego przystanku zdążyło zrobić się ciemno. Tam po wyjściu na drogę do Pattayi zaczęliśmy łapać stopa. Mimo iż zatrzymywało się wiele aut i przez nas na trzypasmowej drodze zrobił się korek, to nikt nie chciał nas zabrać. Aż w końcu jeden z mężczyzn jadący z pracy do domu (co prawda tylko jakieś 15km dalej) zabrał nas po czym w czasie drogi postanowił zmienić swoje plany i zawiść nas do samej Pattayi jednak stawiając jeden warunek, a mianowicie mieliśmy odwiedzić jego rodzinny dom, gdyż rodzice i żona nie za bardzo mu wierzyli. Dla nas to nie stanowiło żadnego problemu toteż wylądowaliśmy u niego w domu. Następnie ruszyliśmy razem do Pattayi a on po drodze zabrał jeszcze dwóch znajomych i powoli tajemnica wizyty w domu zaczęła się wyjaśniać. Po pewnym czasie ów mężczyzna stwierdził, że on do Pattayi nie jedzie bo jak się okazało wraz z kolegami wybierał się na nocne igraszki do jednego z przydrożnych burdeli, a my stanowiliśmy tylko przykrywkę dla rodziny. Jednak nas tak łatwo nie da się robić w balona i pod wpływem naszych nacisków mężczyzna postanowił, że odwiezie nas na wylotówkę z której nie tak dawno zjechał. Jednak podczas tego tak się pogubił, że w efekcie przegapił kilka zjazdów i dotarliśmy do samej Pattayi. My podziękowaliśmy grzecznie za pomoc a chłopaki pojechali robić swoje. Telefon do mnicha i już po kilku minutach pod umówione miejsce zajechał po nas samochód którym nasz przyjaciel zabrał nas do swojej posiadłości. Na miejscu okazało się, że to najlepsza dzielnica w mieście a mianowicie Paradise Hill a my trafiliśmy prawie do raju. Z mnichem mimo późnej pory spędziliśmy jeszcze dużo czasu, w którym odkrywaliśmy kolejne tajemnice. Najpierw dowiedzieliśmy się, że statuetki Rembrandta i Rubensa które stoją na komodzie to ich własnoręczne dzieła i są to jedyne egzemplarze na świecie. W pokoju wylegiwaliśmy się na skórach z niedźwiedzi polarnych i kangurów a do picia dostaliśmy Black Label. Jednak jakby tego było mało mnichu zabrał nas do spiżarni gdzie podziwialiśmy kilkadziesiąt butelek nawet 80letnich whisky i koniaków. Butelki od 4,5 lita do litra z których najmniejsza warta nawet 150tys dolarów. Po wszystkim mnichu przyniósł nam po lampce brandy i zapytał czy wolimy kupić sobie bilety do domu czy wypić lampkę tegoż trunku, bo taka była jej wartość. W końcu nie wytrzymaliśmy i zapytaliśmy czy nasz przyjaciel ma jakieś powiązania z rodziną królewską. On nie odpowiedział ani słowa a spośród licznych obraz z rodziną królewską jakie wisiały na ścianie, pokazał swój autoportret przy którym wisiał jakieś tekst. Dodał tylko iż zrobił to dla niego pewien artysta włoski. I choć tekst był w języku włoskim to wyraźnie zapisane dla księcia zostało przez nas zrozumiane i od tej pory zrozumieliśmy, że nasz przyjaciel to nie tylko mnichu. Po długiej rozmowie okazało się, że mnichu 8 lat wcześniej zrzekł się prawa dziedziczenia tronu Tajlandii, gdyż nie mógł już znieść ciągłej eskorty i ochrony która nie pozwalała nikomu się do niego zbliżać. Od tamtej pory pozostał mu tylko tytuł księcia, który uciekł od blasku fleszy a my jesteśmy pierwszymi ludźmi którzy mają możliwość gościć w jego domu gdyż do tej pory dla gości przewidziany był osobny budynek. Po tym wszystkim poszliśmy spać ale jeszcze długo nie mogliśmy zasnąć po dawce wiadomości jakie do nas dotarły. Następnego dnia mieliśmy pomóc przygotować imprezę urodzinową i tak też się stało ale zanim do tego doszło na śniadanie wybraliśmy się do jego drugiej posiadłości w Paradise Hill gdzie oprócz wielkiego baru (tu jadaliśmy posiłki) do dyspozycji dostaliśmy piękny basen, w którym spędzaliśmy większość czasu. Wieczorem po przygotowaniach odbyło się party na które przyszło wiele znajomych. Na imprezie nie zabrakł niczego zaczynając od pieczonego prosiaka i innych smakowitych rzeczy, poprzez piwo, whisky i inne trunki po sam pyszny tort czekoladowy. Książe na imprezie pojawił się w królewskim kostiumie który ozdabiały liczne broszki i łańcuchy z wizerunkami królowej i króla. Impreza nie trwała zbyt długo a my jeszcze przez kilka godzin gawędziliśmy z księciem na tarasie w jego posiadłości. Następnego dnia wybraliśmy się na wyspę Ko Same, na którą odwiózł nas własny ochroniarz księcia. Książe na drogę wręczył nam dużą butelkę dobrego whisky i trochę kieszonkowego po czym obiecał, że jeśli znajdzie trochę czasu to do nas dołączy (jak się później okazało interesy mu na to jednak nie pozwoliły). Na wyspie a w zasadzie w drodze na nią poznaliśmy 6 uroczych Polek (Gosia, Agata, Natalia, Magda, Grażyna, Marzena) które serdecznie pozdrawiamy, a z którymi już pierwszej nocy urządziliśmy sobie prawdziwe polskie party na plaży, gawędząc całą noc. Następnie resztę nocy spędziliśmy smacznie śpiąc na leżakach, które „pożyczyliśmy” sobie z jednej z knajp. Następnego dnia pożegnaliśmy nasze polskie koleżanki po czym przez cały dzień wypoczywaliśmy na plaży rozkoszując się biały piaskiem i czyściutką wodą. Widoki jakie rozpościerały się na tej pięknej wyspie jeszcze na długo zapadły nam w pamięci. Oprócz wylegiwania i pływania próbowaliśmy też łowić ryby (szczególnie cierpliwy był Tomek) a wieczorem odwiedziliśmy jedną z plażowych imprez. Następnego dnia zmuszeni byliśmy już wracać do Bangkoku. W drodze na statek skosztowaliśmy jeszcze pysznych bananów w cieście z różnymi dodatkami po czym po powrocie na ląd oczywiście stopem udaliśmy się do stolicy. Tam spędziliśmy jeszcze dwa dni w ciągu których załatwiliśmy ostatnie nagłe sprawy po czym samolotem udaliśmy się do Medan, gdzie czekały nas kolejne niezwykłe przygody… W Tajlandii spędziliśmy dużo czasu, tutaj również byliśmy w czasie świąt i nowego roku. Najpiękniejsze plaże, historia księcio-mnicha czy mieszkanie w naszym kurniku to tylko niektóre z historii które nas tu spotkały. Tutaj też niezwykle łatwo podróżowało się stopem. Czy kiedyś tu jeszcze wrócimy? Jest miejsce na pewno warte polecenia i jeśli ktoś chciałby wypocząć na pięknej plaży to z pewnością może śmiało tu przyjechać. My też tu jeszcze kiedyś wrócimy:)

Powrót do Bangkoku , czyli Tajlandia po raz drugi ;)

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , on Marzec 17, 2011 by wstronemarzen

Tak jak już wspominaliśmy granicę między Laosem a Tajlandią przekroczyliśmy na łodzi. Na drugim brzegu po załatwieniu wszelkich formalności celnych udaliśmy się na główną drogę gdzie mieliśmy nadzieję szybko złapać jakiegoś stopa. Jak się okazało nasze przewidywania sprawdziły się w stu procentach i już po chwili jechaliśmy pierwszym zatrzymanym autem. Kierunek jaki obraliśmy wiódł do Chang Rai. Łatwość podróżowania stopem w Tajlandii sprawiała, że przemieszczaliśmy się dość szybko, aż trafiliśmy na pewnego starszego pana. Ten kiedy tylko zatrzymał się by nas zabrać zażądał pieniędzy za podwózkę. My oczywiście nie zamierzaliśmy płacić, toteż udało nam się przekonać ów kierowcę aby zabrał nas za darmo. Po przejechaniu około 20km (do miasta mieliśmy ok. 80km) kierowca oznajmił nam że dalej nie jedzie i na najbliższym przystanku musi nas wysadzić. Nam oczywiści nic nie pozostało jak tylko opuścić pojazd przy czym każdy pod nosem wyrażał swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji. W pewnym momencie na przystanek zajechał autobus i gdy już miał odjeżdżać drogę zajechał mu ten sam kierowca który nie tak dawno nas wysadził. Kazał nam wsiąść do autobusu po czym zapłacił za bilety i życzył szerokiej drogi. O tyle dziwna ta historia iż byliśmy świadkami przemiany kierowcy który na początku zażądał zapłaty za podwózkę a później sam kupił nam bilety na autobus. My gdy tylko dojechaliśmy do Chang Rai udaliśmy się na wylotókę by złapać stop do kolejnej miejscowości, w której obejrzeć można budowlę przypominającą zamek królewny śnieżki. I faktycznie na miejscu mogliśmy podziwiać choć nie zabytkowy to dość wyjątkowy zamek. Jeden biały (srebrny) i mniejszy drugi (złoty), który służył jako toaleta. Po wszystkim ruszyliśmy w kierunku Bangkoku i choć nasze pierwsze plany obejmowały Chang Mai to ze względu na problemy czasowo-finansowo-organizacyjne zmuszeni byliśmy wrócić do stolicy Tajlandii. Udało nam się nawet złapać stopa na kolejne 600km jednak przez policję po 200km nasza radość została skutecznie stłumiona a my ponownie znaleźliśmy się na poboczu. Była to o tyle dziwna sytuacja że przy pierwszej kontroli nikomu nie przeszkadzała ilość osób w samochodzie a już za drugim razem stanowiło to problem a my zostaliśmy nawet przeszukani. Na szczęście nie zamierzaliśmy załamywać rąk i dalej próbowaliśmy łapać stopa. W międzyczasie Tomek ściął z palmy rosnącej nieopodal drogi, wielką kiść żółtych bananów a my od naszego kierowcy otrzymaliśmy trochę pieniędzy na dalszą podróż. Do Bangkoku dotarliśmy nad ranem jadąc między innymi na pace auta przewożonego lawetą co było dość bolesną i mało wygodną przejażdżką (po tym stwierdziliśmy, że jesteśmy w stanie spać już w każdej pozycji i wszędzie) a następnie ostatnie 70km podróżowaliśmy na tym samym aucie które wcześniej rzekomo było niesprawne. Trochę prawdy w tym jest gdyż przez tą całą drogę Tomek robił za światła trzymając za oknem wielki reflektor podłączony do akumulatora który rozświetlał nam drogę. W Bangkoku spędziliśmy kilka dni załatwiając wiele ważnych i istotnych dla nas spraw. Jednak tuż po powrocie pierwsze kroki skierowaliśmy na lotnisko gdzie spotkaliśmy się z Iwoną i Jarkiem którzy przywieźli dla nas rzeczy z Polski. I w tym miejscu chcielibyśmy im podziękować za okazaną pomoc zarówno przywożąc nam rzeczy z Polski jaki i pomoc już w samym Bangkoku – DZIĘKUJEMY!!! W ich towarzystwie spędziliśmy kilka miłych dni. Przebywając w Bangkoku znów zamieszkaliśmy w naszym kurniku mimo iż nasza couchsurferka wyjechała do USA. Jednak mama i dziadek okazali się bardzo gościnni a my dalej mieliśmy dach nad głową. Wysłaliśmy również paczkę do Polski która dalej jest w drodze ale mamy nadzieje, że kiedyś dotrze do celu. Po załatwieniu wszystkich spraw ruszyliśmy do Pattayi, gdzie na swoje urodziny zaprosił nas zaprzyjaźniony podczas podróży do Kambodży mnich….