Archiwum dla Everest

Base Camp, Bangladesz i kilka highlightsów

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , on Sierpień 23, 2013 by wstronemarzen

Kto jeszcze nie widział niech zobaczy kolejne wideo

Mt. Everest Base Camp Trek

Bangladesz

Mały zlepek

Wszystkie filmiki dostępne również w Menu w zakładce WIDEO

A jednak znowu maszerujemy z plecakami…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , on Listopad 23, 2010 by wstronemarzen

Poranek okazał się niezbyt optymistyczny. Mimo że na niebie świtało słonko, a raczej próbowało przedrzeć się przez chmury i pogoda nie była tragiczna, to latały tylko helikoptery za które ludzie (szczególnie Japończycy) płacili krocie, nakręcając nieuczciwy biznes. Nas obudziła zaprzyjaźniona dzień wcześniej grupa Polaków w składzie Maciej, Jacek, Robert i Mariusz (pozdrowienia dla chłopaków!!!) i poinformowali nas, że ruszają w drogę do Jiri i chcieliby zaczerpnąć jakiś informacji. My postanowiliśmy nie siedzieć bezczynnie i po tym jak udało się anulować nasze bilety lotnicze i otrzymać zwrot pieniędzy, postanowiliśmy że ruszamy z chłopakami, czując że to najlepsza z możliwych opcji ( jak się później okazało była to najlepsza z możliwych decyzji ze względu na aferę z lotami w Lukli, którą komentowano nawet w polskich mediach). Tuż przed 14.00 dzięki Tomkowi któremu udało się sprowadzić porterów (tragarzy, którzy stali się hitem wędrówki) ruszyliśmy w drogę. Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w Bupsie jednak ze względu na późne wyjście z Lukli zdołaliśmy dotrzeć tylko do Paiyii. Jak się okazało nasi porterzy po drodze trochę zapili a jeden z nich nawet stoczył się ze skarpy i dopiero pomoc miejscowego żula pozwoliła dotrzeć mu na miejsce, gdzie szczęśliwy przy piecu wraz z kompanami rozkoszował się roksi (miejscowy alkohol  najohydniejszy na świecie!!!). Drugi dzień to wędrówka do Nunthale. Droga jak zwykle wesoła bo z chłopakami nie da się nudzić, szkoda tylko że widoki zasłaniały nam chmury ale co zrobić. Po drodze zatrzymujemy się na obiad gdzie w oczekiwaniu na podanie posiłku zajadamy się miejscowymi ogórkami (wielkie jak arbuzy) i owocami. Spokoju nie daje nam koza która ciągle zjada nam wszelkie pozostałości. Jej natrętność w pewnym momencie zaczyna być na tyle męcząca że spławiamy ją kawałkiem ogórka zamoczonego w ostrym chilli… koza odchodzi głośno becząc… Do Nunthale prowadzi spore podejście toteż na miejsce docieramy w różnych grupach i o różnej porze. Jak się okazuje jedynymi którzy się nie zjawiają są nasi porterzy toteż chłopaki cała noc spędzają w nerwach i z myślami co stało się z ich bagażami. Na szczęście z samego rana nasze żulki meldują się z bagażami twierdząc że dzień wcześniej nie dali rady dojść (pewnie zapili). Chłopaki postanawiają wynając jeszcze jednego młodego portera który od tej pory ma być ich szefem i czuwać aby wszystko szło jak należy. Ten dzień zaczyna się mocnym podejściem na Taksinda La, na którego szczycie spotykamy kolejną grupę Polaków. Okazuję się że bardzo miłe panie, które pierwszy raz w Himalajach były już w 1983 roku (nas jeszcze przecież w planach nie było ;p ;D ). Ciekawa konwersacja kończy się wymianą adresów, toteż jeśli Panie nas czytają to serdecznie teraz pozdrawiamy. Po drodze w dół spotykamy jeszcze inne osoby z Polski by w końcu dotrzeć do Junbesi gdzie zaplanowaliśmy kolejny nocleg. Bardzo przyjemna droga na koniec dnia powoduje że wszyscy docierają na czas i bez żadnych problemów. Tutaj przy gorącym piecyku rozkoszujemy się ciepłem i gorącymi napojami. Również noc spędzamy w dinning room bo tam o wiele cieplej niż w pokojach. Na zajutrz czeka nas mocne podejście na Lamjura La (3600m n.p.m.) które pokonujemy z różnym szczęściem, gdyż niektórych dopadły małe problemy żołądkowe. Na szczęście po drugiej stronie góry już tylko długie zejście do Kinji, które początkowo pokonujemy w gęstych chmurach. Do samego miasteczka docieramy bardzo zmęczeni ale miły relaks na tarasie regeneruje nasze siły. Tutaj spotykamy również Mariusza który wędruje w przeciwnym kierunku. Jego opowieści o miejscach które zwiedził inspirują nas na kolejne podróże, ale już po powrocie z tej (gdzie to na razie nie zdradzimy). Kolejny dzień ma być końcem naszej wędrówki. Bhandar skąd jeżdżą już autobusy to miejsce do którego musimy dotrzeć. Jako pierwszy rusza Mario (który zwany już Speedy Gonzales) ma szybciej dotrzeć na miejsce by zarezerwować bilety na autobus. Droga mija szybko ale wolnych miejsc w autobusie pozostaje już tylko 4 jednak guest house pod samym przystankiem zapewnia nam to, że rano otrzymamy miejsca stojące. Ostatni wieczór spędzamy na długich rozmowach i w pełni radości z powrotu do Kathmandu rozkoszujemy się ostatnimi widokami gór i whisky którą na którą w końcu było nas stać. Pobudka o 5.00 okazuje się trafna i wszyscy załapujemy się na autobus do „domu”. Po godzinie jazdy okazuje się jednak że nasz kierowca (bardzo dobry trzeba zaznaczyć) który wyczyniał cuda na stromych i niezwykle falistych górskich drogach utknął swoim pojazdem w błocie. Dopiero po kilku próbach i prawie godzinie czasu udaje się ruszyć dalej. Od tej pory nasza trójka przenosi się na dach pojazdu gdzie przeżywa niesamowite chwile, kiedy to raz po raz autobus buja się nad przepaściami…(spadnie, nie spadnie, spadnie, nie spadnie i tak dalej…a raczej przez 4h). Podróż trwa bardzo długo i dopiero koło 20.00 docieramy na miejsce. Wieczór ten spędzamy jednak wspólnie z naszą wspaniałą ekipą z Polski i dopiero nad ranem wracamy do naszego przyszywanego domu. I tak kończy się nasza historia o Himalajach i naszej niezwykłej wędrówce. Chcielibyśmy również w tym miejscu podziękować całej ekipie ( Maciej, Jacek, Robert, Mariusz i Paweł – bohater z Lukli, który dołączył do nas w Kathmandu) za bardzo mile spędzony czas i towarzystwo podczas wędrówki. Mamy nadzieje że się jeszcze spotkamy na szlaku. Pozdro chłopaki!!!

W 6 dni na Everest Base Camp przez Gokyo… czyli „crazy people…”

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , on Listopad 23, 2010 by wstronemarzen

Nasza wędrówka z Lukli na Base Camp przypominała raczej bieg niż zwyczajny trekking a określenie crazy people na stałe do nas przyległo, ale zacznijmy od początku…
Droga do Namche Bazar (dalej zresztą też) przypomina bardziej deptak, a tłumy turystów przypominają wycieczki do Morskiego Oka. Stada mułów zastąpione zostały przez jaki, które skutecznie zanieczyszczają odchodami cały szlak. Na nasze szczęście droga przez Gokyo jest nieco mniej uczęszczana i chociaż na chwilę można odetchnąć od tłumów. Pierwszy nocleg spędziliśmy w Namche Bazar. Na mieście udało się nam znaleźć piekarnie w której zakupiliśmy wielki tostowy chleb, co w połączeniu z ananasowym dżemem oznaczało pyszne śniadanie. Kręcąc się po mieście odwiedziliśmy wiele sklepów, w których bawiliśmy się w odnajdywanie przeterminowanych produktów. Jak się okazało łatwiej o takie niż o te dobre a hitem okazała się pewna pani, która próbowała sprzedać nam snikersy przeterminowane o rok, wmawiając że to świeża dostawa prosto z Katmandu;) Drugi dzień okazał się nieco spokojniejszy a na szlaku spotkaliśmy zdecydowanie mniej turystów ( za Namche Bazar następuje rozwidlenie szlaków  tym trudniejszym chodzi mniej ludzi). Droga do Machhermy okraszona była pięknym krajobrazami, a każdy z nas jej większość pokonał w pełnej ciszy i skupieniu oddając się własnym przemyśleniom ( podczas takiej wędrówki można przeanalizować swoje życie z tysiąc razy). Z każdą chwilą znajdowaliśmy się wyżej co wiązało się ze spadkiem temperatury, a więc i nasze krótkie rękawki w których wyruszyliśmy z Lukli zaczęło przykrywać grubsze odzienie. Wieczór jak co dzień spędziliśmy w co trudno uwierzyć przy big pocie gorącej herbaty, na noc prosząc tradycyjnie o podwójne koce do pokoju. Na kolejny dzień zaplanowaliśmy krótki odcinek, ze względu na rozkład miejscowości które znajdowały się na naszej trasie jak również chcąc oszczędzić nieco sił przed Cho La Pass które czekało nas już następnego dnia. Postanowiliśmy również odwiedzić Gokyo, które leżało nieco z boku szlaku (choć jak się później okazało szlak zaznaczony na naszej mapie nie istniał, a decyzja o odwiedzeniu Gokyo pomogła odnaleźć nowy), do którego wędrowaliśmy wzdłuż pięknych jezior o turkusowej wodzie. Samo Gokyo również uraczyło nas swym położeniem, a po pysznym obiedzie ruszyliśmy na przebój przez lodowiec. Ku naszemu zdziwieniu wyglądał on nieco inaczej niż każdy to sobie wyobrażał, a zamiast lodu ukazał nam się iście marsjański (czy też księżycowy) krajobraz, pełen głazów i osuwisk. Tylko gdzie niegdzie widać było oczka wodne otoczone lodowymi ścianami, i co chwila słychać małe lawiny o charakterystycznych odgłosach. Sam marsz przez lodowiec okazał się bardzo czasochłonny co również wynikało ze słabo widocznego szlaku ( a raczej wydeptanej ścieżki, bo o szlaki w Himalajach trudno). Ostatecznie szczęśliwi dotarliśmy do Dragnag gdzie spędziliśmy kolejną noc, wypoczywając przed podejściem na Cho La Pass, od którego zaczęliśmy kolejny dzień. Niezwykle strome podejście zakończone wspinaczką po prawie 300metrowej pionowej, skalistej ścianie, wyniosło nas na 5330m n.p.m. (chociaż różne źródła podają różnie). Niesamowity widok, sporo ludzi, śnieg i niezwykła radość to tylko nieliczne rzeczy, które towarzyszyły nam, na samej górze. Pamiątkowe zdjęcia i ruszyliśmy w dalszą drogą, która prowadziła przez duże połacie śniegu i momentami była dość niebezpieczna. Mały przystanek na zupkę a następnie wędrówka wśród chmur. Ta ostatnia bardzo nas wyczerpała, a widok Lobuche (gdzie zaplanowaliśmy nocleg) wcale nie poprawił nam humorów, przynajmniej na początku, gdyż tutaj następuje złączenie szlaków na Base Camp co oznacza ponowne tłumy ludzi i problemy ze znalezieniem noclegu. Jak się okazało wybawiła nas pewna pani która w zamian za to, że zjedliśmy u niej obiad pozwoliła nam spędzić noc w jej dinnig room ( nie byliśmy tam sami, a raczej nie było gdzie nawet wstawić nogi). Ta decyzja okazało się niezwykle trafna gdyż tutaj spotkaliśmy Gosię i Michała (których serdecznie pozdrawiamy!!!). Ta wspaniała dwójka ludzi robi to samo co my, z tym wyjątkiem, że podróżują w odwrotnym kierunku, i że ich podróż już powoli dobiega końca. Wieczór spędziliśmy na długich rozmowach z naszymi nowymi znajomymi, dowiadując się mnóstwo niezwykle ciekawych rzeczy. Następny dzień pełni radości rozpoczęliśmy od wędrówki na Everest Base Camp, podziwiając po drodze najwyższą górę świata a mianowicie Mount Everest. Niezwykły lodowiec, i sama obecność na Base Camp dostarczyła nam mnóstwo emocji. Niekończące się sesje zdjęciowe zajęły nam sporo czasu, no ale przecież nie na co dzień człowiek staje u podnóża najwyższej góry świata, w miejscu skąd co roku rusza kilka ekspedycji by ją zdobyć. Stąd rozpoczęła się nasza droga w dół w kierunku Lukli, która tego dnia zakończyła się w Orsho, do którego wędrowaliśmy w krajobrazie przypominającym stepy akermańskie. Samo zejście na 4 tysiące metrów było niezwykłą ulgą dla głowy, która cierpiała ze względu na wcześniejszą wysokość. Trzeba przyznać, że mieliśmy dużo szczęścia wędrując na Base Camp bez żadnego dnia aklimatyzacji (szczególnie że to podobno najgorszy rok co do ilości osób ratowanych z powodu choroby wysokościowej), toteż określenie crazy people z którym spotykaliśmy się w kolejnych miejscach do których docieraliśmy nabierało jeszcze większego znaczenia. W Orsho zjedliśmy pyszny stek z jaka ( w końcu mięso i nawet podobne do mielonego ;p ) po czym położyliśmy się spać myśląc, że kolejny dzień będzie już ostatnim dniem naszej wędrówki. Poranek przy chapati z miodem i ruszamy dalej w drogę. Zejście do Lukli okazało się bardzo długie i mimo iż teoretycznie to tylko droga w dół to zajęło nam to cały dzień, gdyż dopiero tuż przed zmierzchem zameldowaliśmy się na miejscu. W hotelu odebraliśmy swoje bagaże i wtedy sprawy zaczęły się komplikować… spotkana przez nas grupa Polaków poinformowała nas że samoloty do Kathmandu nie latają a oni sami już od 5 dni czekają na zmianę pogody. Taki obrót spraw oczywiście w naszej sytuacji byłby bardzo niekorzystny więc z niecierpliwością oczekiwaliśmy kolejnego dnia na który mieliśmy bilety lotnicze, choć prognozy pogody nie były dla nas zbyt optymistyczne. Ciężko było również znaleźć wolny pokój gdyż brak odlotów spowodował że w Lukli gromadziły się tłumy turystów. Mimo że w tym samym hotelu 6 dni wcześniej otrzymaliśmy pokój z łazienką i gorącym prysznicem za 400 rupii, to teraz za 500 mogliśmy liczyć tylko na mały pokoik gdzieś na strychu, pomiędzy Japończykami i to wszystko…