Machu Picchu + Rajd Dakar = Peru

Powoli kończy się przygoda z Boliwią a chłopaki ( Milan i Karlheinz) odwożą nas na granicę z Peru. Oni mają trochę inne plany więc to moment by po raz ostatni się rozstać. Miejmy nadzieję że jeszcze kiedyś się spotkamy, ale już na europejskim lądzie – chłopakami mają nas odwiedzić jak już będą wracać do domu, mamy też zaproszenia do Chomutova w Czechach i Cape Town w RPA. Na pewno kiedyś z nich skorzystamy. Tym czasem docieramy pod Titicaca. Hehe ale błękitna woda, a przecież to jezioro leży ponad 4tys m n.p.m. Widok super, szczególnie kiedy wchodzimy na pobliskie wzgórze, co potem okazuje się robić nam małe problemy bo to strefa militarna, lecz na szczęście wszystko kończy się dla nas dobrze. Tutaj też łapiemy jednego z dziwniejszych stopów podczas całej podróży. Zatrzymuję się bowiem kobieta jadąca taksówką lecz że przed nią jeszcze jakieś 100km to chce nam pomóc i nas zabrać dalej. Kierowca nie bardzo się godzi i chce jakąś dopłatę lecz ta stawia twarde warunki – albo jedziemy wszyscy albo ona zmienia taksówkę. Mężczyzna godzi się i już po chwili znów jesteśmy w drodze.

Pierwszym celem staje się Cusco skąd chcemy udać się na Machu Picchu. Docieramy tam kilkoma stopami co zajmuje nam ok. 3-4 dni. Po drodze podróżujemy przez cudowne góry, aż w końcu jednym z tirów docieramy do Cusco, gdzie jesteśmy o 23.00. Wizytę w mieście zaczynamy od pójścia na stację benzynową po wodę, gdzie spotykamy trójkę mocno nawianych mężczyzn. Jeden z nich jak słyszy skąd jesteśmy i jak podróżujemy za wszelką cenę chce nam pomóc i już po chwili wykonuje jakieś telefony. Okazuję się że za jakieś 5 min przyjeżdża po nas coś w rodzaju straży miejskiej, po czym wskakujemy na pakę pick-upa i ruszamy na sygnale przez całe miasto do jednostki straży pożarnej. Tam dostajemy własne łóżka, ciepłą herbatę i gorący prysznic. Z rana do jednostki wpada Johny Walker czyli szef jednostki z którym nie sposób się nudzić. To dzięki niemu nasz pobyt w Cusco jest o wiele łatwiejszy a za okazaną pomoc będziemy dziękować mu zawsze. To śmieszne ale w Peru złapaliśmy już na stopa karetkę, straż pożarną i policję, kto by pomyślał.

Z Cusco (zostawiając zbędne rzeczy u strażaków) ruszamy na Machu Picchu. Nie stać nas jednak na drogi pociąg toteż udajemy się tam tubylczą tańszą drogą. Oszczędzamy w ten sposób jakieś 80% pieniędzy które musielibyśmy wydać. Najpierw jedziemy 8h autobusem pokonując piękne góry i wiele przełęczy które dostarczają nam cudownych widoków. Gdy docieramy do Santa Maria już w nocy razem z dwoma Kolumbijkami bierzemy taxi do Santa Teresa co oznacza godzinną jazdę po jednej z najniebezpieczniejszych dróg w Peru. Czasem droga jest tak wąska że nie mieści się nasze auto a przepaść w dół to dobry kilometr. My jednak szczęśliwie docieramy do Santa Teresa gdzie z rana ruszamy kolejnym busikiem do hydroelektrowni. Stąd 10km marszu wzdłuż torów do Aquas Calientes, czyli miasta u stóp Machu Picchu. Stąd zostaje nam 1789 schodów do szczytu wysiłek spory lecz widok u góry wynagradza wszystko. Wow – mówiliśmy jak zobaczyliśmy Taj Mahal, Ha Long Bay, Petronas Twin Towers, Uluru, Tongariro, Fiord Milford, Torres del Paine czy Los Glacieres i wiele, wiele innych. Jednak to chyba Machu Picchu jest jednym z tych miejsc które zrobiło największe wrażenie. Spędzamy tam z 4-5h i nie możemy się nadziwić precyzji, pomysłu a przede wszystkim miejsca w którym zostało stworzone to cudowne miasteczko. Biorąc pod uwagę kiedy to się stało można stwierdzić jednogłośnie że to arcydzieło jakich mało na świecie. Stąd udajemy się w drogę powrotną a przed nami kolejne 10km marszu, kolejne busy i autobusy aż docieramy ponownie do Cusco.

Teraz ruszamy do Nazca, pokonując kolejnymi stopami cudowne góry, których widok sprawia że jesteśmy iście zakochani w Peru. Do Nazca docieramy 12 stycznia, a więc w dzień 26 urodzin Maria, które wyprawiamy na jednej ze stacji benzynowych na której oczywiście śpimy. Rano łapiemy kolejnego super stopa z którym udajemy się zobaczyć Dakar. I tu zaczyna się chyba największa przygoda 502 dni jakie spędziliśmy na wyprawie dookoła świata.

Zacznijmy jednak od początku. Najpierw cały dzień podziwiamy metę w Nazca a w zasadzie wszystkich którzy do niej docierają biorąc udział w rajdzie Dakar 2012. Cały dzień magicznych wrażeń, motory, quady, auta, ciężarówki… kurz, pot, tysiące ludzie i walka do ostatniego centymetra. Trzeba tu być, trzeba to zobaczyć żeby zrozumieć choć 10% tych emocji, tego jak łatwo uzależnić się od tego całego szaleństwa. Wieczorem wystajemy pod bramą wjazdową do serwis parku i czekamy na jakiś Polaków. Jednak jedyni co się pojawiają są dość dużymi burakami (przepraszamy za słownictwo ale to najtrafniej opisuje ich zachowanie) a w dodatku jeszcze w dość nie miłych słowach wypowiadają się na temat Orlen Team. Teraz gdy znikają gdzieś za bramą bez słowa pożegnania w naszych głowach pojawia się dość spory mętlik. Bo właśnie Orlen Team to miała być grupa na której pomoc najbardziej chcieliśmy liczyć. No ale nie ma co załamywać rąk tylko trzeba osobiście się przekonać jak jest naprawdę. Gdy już powoli tracimy nadzieję na spotkanie kolejnych polskich twarzy, Mario postanawia zrobić rundkę wokół całego parku serwisowego. I tak nie ma go ok. 1,5h po czym wraca obładowany podarunkami…

– opis 1,5h Maria wędrówki;)
Idę sobie wzdłuż płotu, i gdy w końcu doszedłem do jego końca miałem już zawrócić, lecz coś mnie podkusiło żeby zrobić pełne kółko. I tak zupełnie po przeciwnej stronie ogrodzenia (patrząc w kierunku wejścia ) natrafiłem na Orlen Team. Podszedłem do płotu i widząc jakąś postać zagadałem po Polsku. Trafiło jak się później okazało na Idziego, a po chwili rozmawiałem już z nieco większą ekipą. Od słowa do słowa i tak powoli streszczałem jak się tu znaleźliśmy. To niesamowite bo ludzie z drugiej strony płotu okazali się niezwykle pozytywnymi osobami. Zupełne przeciwieństwo tego co opowiadali „buraki” przed głównym wejściem. Po ok. 1h rozmowy dostałem karton jedzenia po czym ruszyłem do chłopaków. Tomek z Wojtkiem widząc Maria już z daleka wiedzieli że coś wykombinował bo ledwo szedł z tym całym obłożeniem, a gdy tylko sprzedał im całą historię czym prędzej cała ekipa przeniosła się pod płot tuż obok Orlen Team.

Tam rozpoczęły się jeszcze długie rozmowy, a my otrzymaliśmy sporo przepysznego jedzenia. To niesamowite bo z drugiej strony płotu stali ludzi których ogłada się w TV i o których czyta się w gazetach a oni traktowali nas jakbyśmy znali się od lat. Po wszystkim już późno w nocy aż ciężko było zasnąć… strach był że jak się obudzimy to po prostu ten sen pryśnie…

Z rana oczywiście dostaliśmy pyszne śniadanie, oczywiście zza płotu. Na starcie miała miejsce kolejna śmieszna sytuacja. Widząc Krzysztofa Hołowczyca jakieś 50m za płotem chcieliśmy wejść do niego i przywitać się. Jednak wszystko uniemożliwiał nam natrętny organizator – Francuz, który nie pozwolił na to. Tym większe było jego zdziwienie kiedy 5min przed startem Hołowczyc sam do nas podszedł i zaczął z nami rozmawiać. Gdy usłyszał w jaki sposób tu dotarliśmy i jak długo już podróżujemy skwitował to głośnym o kurw….;)

Minął start a my musieliśmy się dostać na metę do Pisco by móc dalej podróżować z Dakarem. Udało się to łapiąc na stopa jeden z prywatnych argentyńskich teamów. W Pisco znów trafiliśmy na naszych, spędzając czas na długiej rozmowie z Sebastianem i Wojtkiem. Wieczorem w naszych głowach zrodził się pomysł pojechania już dziś do Limy by jutro być pewnym że zdążymy na finał. Znaleźliśmy nawet ludzi którzy zabiorą nas stopem po czym poszliśmy oznajmić to chłopakom z Orlen Team. Stojąc przy płocie próbowaliśmy zwrócić na siebie uwagę co po pewnym czasie przyniosło efekt i podszedł do nas Seba. Zanim jednak zdążyliśmy zacząć mówić że jedziemy do Limy, Seba oznajmił że pozbierał wejściówki i zaraz busem wwiezie nas do parku serwisowego. Te słowa były jak gorąca herbata w gardle, a my już nie mieliśmy siły odezwać się ani słowem, tylko szczęśliwi jak ojciec któremu właśnie urodził się syn w podskokach pognaliśmy do bramy wejściowej. 5 min później już siedzimy w białym busie i wiozącym nas do wioski serwisowej.

Od tego momentu dzieje się tyle że emocji jakie temu towarzyszyły nie da się opisać w żaden sposób. Kulminacyjnym momentem wieczoru jest wspólna kolacja. Krzysztof Hołowczyc, Beata Sadowska, czy Tomasz Karolak, to chyba osoby których nie trzeba nikomu przedstawiać, lecz trzeba jeszcze wspomnieć o innych postaciach których zdjęcia może i nie pojawiają się na pierwszych stronach gazet i telewizyjnym ekranie, których nazwiska są dość anonimowe, lecz którzy są niezwykle pozytywnymi ludźmi, i którzy robią niesamowite rzeczy, dzięki czemu my możemy oglądać i cieszyć się tą całą imprezą. Sabina, Sebek, Wojtek, Siwy, Zbylek, Sławek, Maciek, i wielu, wielu innych o których zawsze będziemy pamiętać. Nie sposób ich wszystkich wymienić ale my zawsze będziemy o nich pamiętać. Jeszcze raz wszystkim za wszystko bardzo, bardzo dziękujemy!!! Oprócz całej polskiej ekipy na kolacji kręcą się takie postacie jak m.in. Luc Alphand, który nawet zrobił sobie z nami zdjęcia – no w sumie to my z nim;p Oprócz wieczornej kolacji w magicznym składzie mieliśmy również okazję zamienić kilka słów z Adamem Małyszem, do którego udaliśmy się z jego managerem Wojtkiem. Nawet nie wiecie co się czuje jak Małysz wita Cię słowami a ja tych chłopaków już widziałem i słyszałem o nich – nogi same się uginają;) Po kolacji posiedzieliśmy jeszcze trochę z chłopakami przy winku, aż w końcu przyszedł czas na spanie bo pobudka o 4.00 to mimo wszystko mała przyjemność nawet jak na wioskę dakarową…

Z rana pakujemy się i ruszamy łapać stopa do Limy. Jakież to zdziwienie widnieje na twarzy francuza który dzień wcześniej nie pozwolił nam wejść stopom za bramę a dziś widzi jak o 5.00 wychodzimy z parku serwisowego z wielkimi plecakami. Teraz łapiemy stopa co śmieszne tego samego co dzień wcześniej. Z tym argentyńskim teamem jedziemy do samej mety w Limie, a już jakieś 30km przed miastem autostrada zostaje zamknięta dla ruchu publicznego i poruszają się nią tylko samochody teamów dakarowych. Tysiące ludzi wiwatujących przy drodze, setki chcących Cię dotknąć na stacjach benzynowych. Pozujemy do zdjęć, dostajemy reklamówki jedzenia a nawet rozdajemy autografy. Jadąc przedmieściami machamy jak Papież do wiwatującego tłumy a ludzie płaczą, skaczą i krzyczą jakby zobaczyli Boga… uczucie jest wręcz niesamowite a takie chwile w życiu już pewnie się nie przytrafią.

W Limie znajdujemy tani hostel po czym udajemy się na finał, zakończenie wyścigu i wręczenie nagród. W mieście zostajemy jeszcze kolejne 6 dni. Czas spędzamy z ekipa z Orlen Teamu a ciekawych przygód podczas tych dni jest pod dostatkiem. W Sheratonie w których mieszka cała ekipa czujemy się powoli jak u siebie w domu. Pewnego dnia przytrafia nam się a dokładnie Mariowi dość przykra sytuacja, a mianowicie skradziono mu paszport. Jednak dwugodzinna akcja poszukiwawcza w stylu Rutkowskiego, przynosi efekt i skradzione dokumenty udaje się odzyskać mimo że jest środek nocy. W końcu opuszczamy Limę lecz zabieramy stąd setki niezapomnianych wspomnień. Teraz udajemy się do Ekwadoru, teraz to już naprawdę ostatnia prosto do Rio, ostatnia prosta do domu…

P.S.

Oprócz swoich zdjęć zamieszczamy jeszcze link do galerii Sebastiana Sokala. Znajdziecie tu niesamowite ujęcia dakarowych zmagań, często od kuchennej strony. Nie mieliśmy serca wybrać kilka więc po prostu zobaczcie wszystkie.

Dakar zdjęcia (kliknij)

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Machu Picchu + Rajd Dakar = Peru”

  1. Zlinkowałem was do naszego fanpage https://www.facebook.com/orlenteam Dzięki za wizytę i ciekawy opis. pozdrawiam,

    Maciek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: