Archiwum dla Tajlandia

Niezwykła historia mnicha… czyli ostatnie dni w Tajlandii…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , on Marzec 17, 2011 by wstronemarzen

Mieliśmy jechać na Ko Chang jednak zaproszenie na urodziny od zaprzyjaźnionego mnicha sprawiło, że w ostatniej chwili postanowiliśmy zmienić nasze plany i udać się do Pattayi, gdzie obecnie nasz tajski przyjaciel przebywał, i gdzie wyprawiał urodzinowe party. Na mieście kupiliśmy skromny prezent w postaci bardzo wesołej czapki, po czym miejskim autobusem ruszyliśmy po za granice Bangkoku gdzie zamierzaliśmy złapać stopa do Pattayi. Autobus trochę się wlókł toteż zanim dojechaliśmy do ostatniego przystanku zdążyło zrobić się ciemno. Tam po wyjściu na drogę do Pattayi zaczęliśmy łapać stopa. Mimo iż zatrzymywało się wiele aut i przez nas na trzypasmowej drodze zrobił się korek, to nikt nie chciał nas zabrać. Aż w końcu jeden z mężczyzn jadący z pracy do domu (co prawda tylko jakieś 15km dalej) zabrał nas po czym w czasie drogi postanowił zmienić swoje plany i zawiść nas do samej Pattayi jednak stawiając jeden warunek, a mianowicie mieliśmy odwiedzić jego rodzinny dom, gdyż rodzice i żona nie za bardzo mu wierzyli. Dla nas to nie stanowiło żadnego problemu toteż wylądowaliśmy u niego w domu. Następnie ruszyliśmy razem do Pattayi a on po drodze zabrał jeszcze dwóch znajomych i powoli tajemnica wizyty w domu zaczęła się wyjaśniać. Po pewnym czasie ów mężczyzna stwierdził, że on do Pattayi nie jedzie bo jak się okazało wraz z kolegami wybierał się na nocne igraszki do jednego z przydrożnych burdeli, a my stanowiliśmy tylko przykrywkę dla rodziny. Jednak nas tak łatwo nie da się robić w balona i pod wpływem naszych nacisków mężczyzna postanowił, że odwiezie nas na wylotówkę z której nie tak dawno zjechał. Jednak podczas tego tak się pogubił, że w efekcie przegapił kilka zjazdów i dotarliśmy do samej Pattayi. My podziękowaliśmy grzecznie za pomoc a chłopaki pojechali robić swoje. Telefon do mnicha i już po kilku minutach pod umówione miejsce zajechał po nas samochód którym nasz przyjaciel zabrał nas do swojej posiadłości. Na miejscu okazało się, że to najlepsza dzielnica w mieście a mianowicie Paradise Hill a my trafiliśmy prawie do raju. Z mnichem mimo późnej pory spędziliśmy jeszcze dużo czasu, w którym odkrywaliśmy kolejne tajemnice. Najpierw dowiedzieliśmy się, że statuetki Rembrandta i Rubensa które stoją na komodzie to ich własnoręczne dzieła i są to jedyne egzemplarze na świecie. W pokoju wylegiwaliśmy się na skórach z niedźwiedzi polarnych i kangurów a do picia dostaliśmy Black Label. Jednak jakby tego było mało mnichu zabrał nas do spiżarni gdzie podziwialiśmy kilkadziesiąt butelek nawet 80letnich whisky i koniaków. Butelki od 4,5 lita do litra z których najmniejsza warta nawet 150tys dolarów. Po wszystkim mnichu przyniósł nam po lampce brandy i zapytał czy wolimy kupić sobie bilety do domu czy wypić lampkę tegoż trunku, bo taka była jej wartość. W końcu nie wytrzymaliśmy i zapytaliśmy czy nasz przyjaciel ma jakieś powiązania z rodziną królewską. On nie odpowiedział ani słowa a spośród licznych obraz z rodziną królewską jakie wisiały na ścianie, pokazał swój autoportret przy którym wisiał jakieś tekst. Dodał tylko iż zrobił to dla niego pewien artysta włoski. I choć tekst był w języku włoskim to wyraźnie zapisane dla księcia zostało przez nas zrozumiane i od tej pory zrozumieliśmy, że nasz przyjaciel to nie tylko mnichu. Po długiej rozmowie okazało się, że mnichu 8 lat wcześniej zrzekł się prawa dziedziczenia tronu Tajlandii, gdyż nie mógł już znieść ciągłej eskorty i ochrony która nie pozwalała nikomu się do niego zbliżać. Od tamtej pory pozostał mu tylko tytuł księcia, który uciekł od blasku fleszy a my jesteśmy pierwszymi ludźmi którzy mają możliwość gościć w jego domu gdyż do tej pory dla gości przewidziany był osobny budynek. Po tym wszystkim poszliśmy spać ale jeszcze długo nie mogliśmy zasnąć po dawce wiadomości jakie do nas dotarły. Następnego dnia mieliśmy pomóc przygotować imprezę urodzinową i tak też się stało ale zanim do tego doszło na śniadanie wybraliśmy się do jego drugiej posiadłości w Paradise Hill gdzie oprócz wielkiego baru (tu jadaliśmy posiłki) do dyspozycji dostaliśmy piękny basen, w którym spędzaliśmy większość czasu. Wieczorem po przygotowaniach odbyło się party na które przyszło wiele znajomych. Na imprezie nie zabrakł niczego zaczynając od pieczonego prosiaka i innych smakowitych rzeczy, poprzez piwo, whisky i inne trunki po sam pyszny tort czekoladowy. Książe na imprezie pojawił się w królewskim kostiumie który ozdabiały liczne broszki i łańcuchy z wizerunkami królowej i króla. Impreza nie trwała zbyt długo a my jeszcze przez kilka godzin gawędziliśmy z księciem na tarasie w jego posiadłości. Następnego dnia wybraliśmy się na wyspę Ko Same, na którą odwiózł nas własny ochroniarz księcia. Książe na drogę wręczył nam dużą butelkę dobrego whisky i trochę kieszonkowego po czym obiecał, że jeśli znajdzie trochę czasu to do nas dołączy (jak się później okazało interesy mu na to jednak nie pozwoliły). Na wyspie a w zasadzie w drodze na nią poznaliśmy 6 uroczych Polek (Gosia, Agata, Natalia, Magda, Grażyna, Marzena) które serdecznie pozdrawiamy, a z którymi już pierwszej nocy urządziliśmy sobie prawdziwe polskie party na plaży, gawędząc całą noc. Następnie resztę nocy spędziliśmy smacznie śpiąc na leżakach, które „pożyczyliśmy” sobie z jednej z knajp. Następnego dnia pożegnaliśmy nasze polskie koleżanki po czym przez cały dzień wypoczywaliśmy na plaży rozkoszując się biały piaskiem i czyściutką wodą. Widoki jakie rozpościerały się na tej pięknej wyspie jeszcze na długo zapadły nam w pamięci. Oprócz wylegiwania i pływania próbowaliśmy też łowić ryby (szczególnie cierpliwy był Tomek) a wieczorem odwiedziliśmy jedną z plażowych imprez. Następnego dnia zmuszeni byliśmy już wracać do Bangkoku. W drodze na statek skosztowaliśmy jeszcze pysznych bananów w cieście z różnymi dodatkami po czym po powrocie na ląd oczywiście stopem udaliśmy się do stolicy. Tam spędziliśmy jeszcze dwa dni w ciągu których załatwiliśmy ostatnie nagłe sprawy po czym samolotem udaliśmy się do Medan, gdzie czekały nas kolejne niezwykłe przygody… W Tajlandii spędziliśmy dużo czasu, tutaj również byliśmy w czasie świąt i nowego roku. Najpiękniejsze plaże, historia księcio-mnicha czy mieszkanie w naszym kurniku to tylko niektóre z historii które nas tu spotkały. Tutaj też niezwykle łatwo podróżowało się stopem. Czy kiedyś tu jeszcze wrócimy? Jest miejsce na pewno warte polecenia i jeśli ktoś chciałby wypocząć na pięknej plaży to z pewnością może śmiało tu przyjechać. My też tu jeszcze kiedyś wrócimy:)

Laos…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Marzec 8, 2011 by wstronemarzen

Laos to kraj o którym sporo wcześniej nam opowiadano, toteż byliśmy pełni nadziei na kolejną niezwykłą przygodę, no ale zacznijmy od początku. Wydostać się z Wietnamu to nie taka łatwa sprawa. Jest 5.00 a my w deszczu stoimy i wykłócamy się o dolary jakie trzeba zapłacić za każdy stempel wbijany do paszportu. Niestety tym razem z braku czasu zmuszeni jesteśmy odpuścić a może nie tyle z brak czasu co chęć opuszczenia tego kraju w którym wszyscy traktują Cię jak chodzący ATM (bankomat). Pierwsza zmiana widoczna jest już po przejechaniu ok. 5km, kiedy to na niebie zamiast deszczowych chmur pojawia się piękne słońce a my z chęcią ściągamy ciepłe ciuchy. Laos od razu przypada nam do gustu, jest zielono, wzdłuż drogi ciągną się liczne wzniesienia a ludzie traktują Cię jak przyjaciela a nie jak bankomat. My swój pobyt w Laosie zaczynamy od wizyty w Vientiene czyli stolicy kraju. Na miejsce przybywamy dość późno a w dodatku okazuje się, że nasz couchsurfer musiał gdzieś pilnie wyjechać a więc pierwszą noc spędzamy w tanim hostelu. Następny dzień rozpoczynamy od wizyty w ambasadzie Tajlandii i tutaj pojawia się pierwszy problem. Okazuje się bowiem, że spóźniliśmy się o 3minuty i zamiast otrzymać wizę następnego dnia będziemy musieli poczekać na nią aż 4 dni co dla nas oznacza dużą zmianę wcześniejszego planu. No cóż nic nam nie pozostaje jak wyrwać się na te kilka dni z miasta a wybór nie może być inny jak Vang Vieng gdzie odbywa się tzw. tubing, o którym tyle już słyszeliśmy. A zatem gdy tylko składamy paszporty ruszamy na stację publicznych busów skąd dostajemy się do wspomnianego miasteczka. Na miejscu od razu widać, że to najbardziej rozrywkowe miejsce w jakim mieliśmy do tej pory okazję być a zarazem miejsce gdzie przebywa najwięcej „białych”. Tutaj w cenie pokoju dostajemy własny dom w którym mamy wszystko co nam do szczęścia potrzebne. Pierwszy dzień przeznaczamy na zapoznanie się z klimatem miasteczka, jednak już następnego dnia ruszamy na tubing, czyli spływ rzeką na traktorowych dętkach. Najpierw każdy wypożycza dętkę dla siebie, a następnie cała ekipa wywożona jest 4km za miasto skąd rozpoczyna się spływ, którego długość wynosi właśnie 4km. Jednak sam spływ ma coś w sobie jeszcze. Otóż po obu brzegach rzeki co kilkadziesiąt metrów znajdują się bary, gdzie każdy może dostać coś rozweselającego. Z każdego baru, przez młodych chłopaków wyrzucane są liny z przywiązanymi na końcu butelkami za pomocą których delikwent wyciągany jest na brzeg, gdzie korzystać może z pełnego asortymentu baru. Pierwszy bar jest specjalny, tam też oprócz free shotów każdy ma okazję wpisać się na wielki baner i zostaje nakręcony o nim krótki filmik który trafia do kronik. Kolejne bary to również możliwość picia free shotów jednak preferowane są drinki z litrowych bądź dwulitrowych wiaderek. Z reguły gdy zamawiasz jedno drugie dostajesz gratis. Każdy bar posiada również drugie menu na którym do specjałów należą koktajle grzybowe, jointy, itp. Sam spływ to jeden wielki chillout, w którym pomaga również muzyka dochodząca z każdego baru. Niezwykłą atrakcją są również skoki do wody z dużych wysokości. My mamy okazję skakać z jednej z huśtawek. Nad wieżyczką o wysokości jakiś 10metrów znajduje się metalowa rampa wypuszczona nad rzekę do której przymocowany jest drążek a linie. Każdy startuje z wieży i w dowolnym punkcie nad wodą puszcza się, co z reguły oznacza jakiś 7metrowy lot do wody. Zabawa jest naprawdę bardzo pozytywna i dostarcza dużo emocji. I tak mniej więcej można w skrócie opisać tubing który kończy się w wiosce. My oczywiście kończymy go w ostatnim z barów wylegując się w wygodnych hamakach. W Vang Vieng spędzamy dwie noce po czym wracamy do stolicy gdzie w oczekiwaniu na paszporty zwiedzamy miasto, oglądając między innymi złotą świątynię. Mario z Tomkiem wybierają się również za miasto na rowerach do oddalonego o jakieś 30km Garden Budda w którym znajduję się 100posągów Buddy w różnych pozycjach. Tam również spotykamy 6 osobową grupę Polaków wraz z przewodnikiem Marcinem (pozdrawiamy całą ekipę). W drodze powrotnej wstępujemy jeszcze do rozlewni piwa Leo i mimo że jest święto (niedziela) i tego dnia nie ma możliwości zwiedzania browaru i degustacji, my przekonujemy strażników by Ci wynieśli nam po jednym dużym zimnym piwie i choć początkowo sceptycznie podchodzą do tego pomysłu w końcu udaję się ich przekonać a my pokrzepieni złotym trunkiem pedałujemy teraz dwa razy szybciej w kierunku miasta. Następnego dnia gdy tylko odbieramy paszporty ruszamy na wylotówkę by złapać stopa do Luang Prabang. Jednak szybko przekonujemy się że w kraju który ma zaledwie 14tys km dróg z czego tylko 20% posiada asfalt łapanie stopa jest rzeczą arcytrudną. Toteż po dwóch pierwszych stopach na których tracimy mnóstwo czasu rezygnujemy z tej formy podróży i podobnie jak wszyscy zaczynamy korzystać z publicznych autobusów. Luang Prabang to bardzo klimatyczne miasteczko, które chętnie zwiedzamy, mając okazję oglądać piękny zachód słońca nad Mekongiem, czy podziwiać wyroby na straganach ustawianych wieczorami wzdłuż głównej drogi, która w tym czasie jest zamknięta dla ruchu samochodowego. Tutaj również zaczynamy mieć sporo problemy z polskim bankiem co zmusza nas do szybszego niż planowaliśmy powrotu do Tajlandii. Chcielibyśmy jeszcze w tym miejscu podziękować Marcinowi (temu samemu co spotkaliśmy go w Garden Budda) gdyż pomógł nam niesamowicie (on wie w jaki sposób) jesteś wielki!!! Mimo chęci na trekking zmuszeni jesteśmy czym prędzej udać się na granicę którą przekraczamy na łodzi bo też w taki sposób się to tu odbywa. Podsumowując Laos to należy powiedzieć, że to naprawdę bardzo ciekawy i bardzo rozrywkowy kraj (tubing!!!), w którym żyją niezwykle przyjaźni ludzie. Każdy z nas powiedział że jeszcze kiedyś tu wróci a wtedy zrobi i zobaczy wszystko to na co tym razem niestety brakło czasu…

droga ku Kambodzy…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Bangkok powoli stawał się zbyt monotonnym miejscem a że bilety lotnicze do Indonezji wystawione są na 12 lutego postanowiliśmy wyruszyć w miesięczną wyprawę przez Kambodżę, Wietnam i Laos…

W naszej przytulnej chacie w Bangkoku zostawiliśmy sporo rzeczy a w plecaki spakowaliśmy tylko to co uznaliśmy za niezbędne podczas tego krótkie wyjazdu. A zatem ruszamy w drogę, a zacząć trzeba od wydostania się z miasta na jakąś wylotówkę w czym niezwykle pomocne są tanie miejskie autobusy. Stamtąd już uskuteczniamy autostop i kolejnymi autami mkniemy w kierunku granicy z Kambodżą. W pewnym momencie spod jednego sklepu zabiera nas mnich. Okazuje się być bardzo gościnną osobą a że jest już około godziny 16.00 (granica otwarta jest tylko do 17.00) a nam do celu zostało jeszcze jakieś 150km postanawiamy skorzystać z gościnności i udajemy się do jego posiadłości gdzie mamy spędzić najbliższą noc. Do dyspozycji dostajemy niezwykle klimatyczny domek a czas do kolacji spędzamy na małym raftingu w pobliskiej rzece spływając na traktorowych dętkach. Następnie szybki prysznic i mnich zaprasza nas na kolację do swojej rezydencji. Bogato zastawiony stół na którym oprócz kurczaka i innych tajskich przysmaków można znaleźć jeszcze nepalskie rarytasy (to wszystko ze względu na częste podróże mnicha do swojego mastera który właśnie urzęduje w Tybecie) jakie mieliśmy okazję jeść kilka miesięcy temu. Po kolacji obserwujemy jak w rytualny sposób parzy się herbatę, i mamy nawet okazję kosztować trunku który sprzedawany jest tylko i wyłącznie mnichom. Po wszystkim wdajemy się w dyskusję z naszym dobrodziejem, który okazuje się być zafascynowany archeologią a w domu posiada niezłą kolekcję własnych znalezisk. Po pewnym czasie z wielkiego sejfu wyciąga kolejne szkatuły z drogocennymi monetami, naszyjnikami czy pierścieniami. Jak się okazuje jesteśmy pierwszymi osobami spoza Tajlandii, które mają możliwość ujrzenia tego na własne oczy. W zależności o tego co oglądamy są to przedmioty nawet sprzed paru tysięcy lat których wartość rynkowa zaczyna się od 800tys dolarów. Kiedy przeglądamy książki historyczne leżące na stole, mnichu wyciąga kolejne kolekcje pokazując rzeczy dokładnie takiej jak na obrazkach. Są to zbiory których nie można ujrzeć w żadnym muzeum bo są unikatowe a wszystkie posiada właśnie on. Na koniec na strychu oglądamy znaleziska z epoki kamienia łupanego, po czym zafascynowani tym co nas spotkało idziemy spać do naszej chatki. Na pamiątkę mnichu wręcza nam monety z feniksem, których pochodzenie datuje się na ok. tysięczny rok. Następnego dnia pracownik mnicha wywozi nas na wylotówkę gdzie już po chwili łapiemy pierwszego stopa. Dwie urocze siostry z córeczkami specjalnie zawracają by nas zabrać. Okazuje się że jadą tylko 50km dalej ale ostateczni jadą z nami 150km i tak jesteśmy już na granicy. Ten stop był naprawdę wyjątkowy, a my przez całą drogę dręczeni byliśmy przez małe dziewczynki co akurat sprawiało nam wiele radości… Na granicy stek formalności, załatwianie wizy i już po chwili znaleźliśmy się w kolejnym już 7 nowym kraju w Azji…

Po prostu Tajlandia…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , on Styczeń 4, 2011 by wstronemarzen

Po przekroczeniu granicy z wielką radością ruszyliśmy dalej, bo w końcu nic nie działa tak pozytywnie jak zmiana kraju. Nowe miejsca, jedzenie, inna kultura a przede wszystkim ciekawość to to, co nas kręci najbardziej. Obiad w pierwszej knajpie – pieczone skrzydełka z chlebem z pobliskiego marketu to nasz pierwszy obiad w Tajlandii a zarazem ostatni w tym stylu bo od tej pory zaczną królować owoce morza w postaci krewetek, kalmarów, ośmiornic i tym podobnych. Tutaj choć jest już późno i co chwila przeszkadza nam deszcz próbujemy łapać stopa. O dziwo co chwile ktoś zwraca nam uwagę że to niebezpieczne miejsce i że ktoś może nas tu zabić. To dziwne więc nie zamierzamy rezygnować aż w końcu udaje się przekonać jednego pana by zabrał nas kawałek dalej a potem udaje się złapać ciężarówkę która zabiera nas do następnej większej miejscowości. Jak się okazuje początkowe gestykulacje palcami jakie kieruje do nas kierowca nie oznaczają wbrew naszym przypuszczeniom obawy przed policją o zbyt dużą liczbę osób w kabinie a wręcz przeciwnie. Okazuje się że oprócz nas i kierowcy jedzie jeszcze jego przyjaciel. Hehe trochę ciasno ale dajemy radę. Choć najpierw zajeżdżamy do wulkanizatora bo mamy kapcia, na szczęście młody chłopak co tam pracuje uwija się znakomicie i po nie długiej przerwie jedziemy już dalej. Do naszego celu docieramy około północy a na nasze nieszczęście leje niemiłosiernie. Zgodnie z wskazówkami kierowcy udajemy się na posterunek policji gdzie zamierzamy spędzić noc. Tam stajemy się małą maskotką i otrzymujemy wszystko co chcemy. Na początku mamy spać na ławkach przy budce posterunkowej, później w samej budce aż w końcu w jakimś służbowym pomieszczeniu. Jak się jednak okazuje są tam cele a w nich jacyś aresztowani więc rozkładamy sobie moskitierę pod daszkiem na stołówce, na świeżym powietrzu i tu chcemy na karimatach spędzić noc. Wszystko byłoby dobrze, gdyby w nocy nie przyszła największa jak do tej pory ulewa w naszej podróży, a ze względu na błędy w konstrukcji w nocy przez karimaty przelewa nam się rzeka wody, toteż budzimy się cali mokrzy. Widocznie monsun nas polubił bo jak i w nocy tak i w dzień dopadają nas ulewy. Wesoła sytuacja ma miejsce podczas pierwszego stopa tego dnia kiedy 3 mężczyzn jadących pick-upem zatrzymuje się i z chęcią nas zabiera. Wrzucamy plecaki na pakę po czym Tomek otwiera jedne drzwi a widząc że wiszą tam koszulę mówi do Maria by spróbował z drugiej strony. Ten robi to samo lecz z jego strony siedzi wielki gruby koleś który wyraźnym gestem pokazuje że nasze miejsce jest na pace. Hehe Mario uśmiecha się szczerze po czym po chwili cała trójka siedzi już na pace. Nasz kierowca gna niesamowicie wyprzedzając wszystkie inne auta toteż padający deszcze nas omija, ponieważ siedzimy schowani za kabiną a pęd powietrza zabiera wszystko nad nami. I tak przejeżdżamy 200km a kiedy za chwilę mamy wysiąść trafiają się 3 czerwone światły na których pół minutowy postój moczy nas zupełnie. Panowie odwożą nas na stację autobusów skąd wyruszamy za miasto do mniejszej miejscowości. Pech chce że Tomek zostawia softshella w autobusie. Jednak sprawna akcja policjanta którego spotykamy sprawia że po pewnym czasie zguba zostaje odzyskana. Stąd łapiemy ciężarówkę do kolejnego większego miasta. O dziwo szybko pokonujemy trasę wschodniego wybrzeża mimo że monsun nie zamierza nam nic ułatwiać. Stacja do której docieramy okazuje się magiczna bo udaje nam się tu (co prawda już o z mroku) złapać ciężarówkę, która jak do tej pory okazuje się być najdłuższym stopem podczas naszej podróży. Trzech mężczyzn którzy nią podróżują bez chwili zawahania zapraszają nas do środka, a my gdy tylko wrzucamy plecaki na pakę wsiadamy do kabiny. Sześć osób to naprawdę jest ciasnota ale czego nie robi się by za jednym razem pokonać ponad 900km bo właśnie tyle udaje nam się przejechać tym stopem. Podróżujemy całą noc, zatrzymując się w różnych miejscowościach na rozładunek towaru. W nocy też dwójka kompanów kierowcy przenosi się na pakę by tam kontynuować podróż, dzięki czemu my mamy dużo więcej miejsca dla siebie w środku. Zabawny jest kierowca, który czasem przysypia a gdy skręca sobie papierosy to jedzie zygzakiem mimo to dzielnie znosi całą noc za kierownicą a w dodatku prowadzi dość pewnie. Gdy zbliżamy się do Bangkoku wysiadamy na jednej z krzyżówek skąd możemy udać się do Kanchanaburi. Muszę jeszcze wspomnieć, że jadąc tu bardzo się spieszyliśmy ponieważ chcieliśmy spędzić święta w Świątyni Tygrysów a czasu nie mieliśmy za wiele. W samym Kanchanaburi odwiedziliśmy między innymi most na rzece Kwai, który podczas wojny był wiele razy niszczony i ponownie odbudowywany. Jak się po raz kolejny okazuje łapanie stopa w Tajlandii jest tak proste że aż szkoda jeździć czymś innym. Momentami nie zdążymy wysiąść z jednego samochodu, gdy już stoi następny który chce nas zabrać dalej. Sama podróż do Temple Tigers mija bardzo szybko a my podróżujemy to krótszymi to dłuższymi stopami poznając przy tym ciekawych ludzi. Gdy docieramy na miejsce wejście jest już nieczynne a ostatni turyści opuszczają właśnie świątynie. Stoi mnóstwo taksówek i pojazdów grup zorganizowanych toteż wielkie jest ich zdziwienie kiedy my docieramy tam stopem (tym bardziej że trzeba zjechać kawałek z głównej drogi) i wyrzucamy z paki nasze wielkie bagaże. Po czym rozsiadamy się na wielkich wygodnych fotelach obsługi i czekamy na jakiegoś mnicha z który moglibyśmy porozmawiać o ewentualnym pozostaniu na kilka dni w świątyni. Trochę martwi nas że to miejsce wygląda na dość skomercjalizowane, a już sama droga tutaj z wielkim rzeźbionym w skale tygrysem i budującym się hotelem świadczy że niezły interes się tu kręci. Na miejscu jest tylko mnóstwo obsługi z którą szybką łapiemy kontakt i rozgrywamy kilka meczy w ich siatko-nogę. A gdy tylko dobrze się rozgrzejemy nasza trójka staje się teamem nie do pokonania toteż zyskujemy wielki szacunek. Udaje nam się również porozmawiać z wolontariuszami, którzy mówią że wolontariat jest możliwy ale najkrótszy trwa miesiąc a najbliższy wolny termin to marzec i zapisy dokonuje się przez internet. A zatem wizja spędzenia świat tutaj zaczyna się oddalać. Wieczorem widzimy mnicha będącego założycielem tej świątyni jednak nie udaje nam się z nim porozmawiać, jedynie jego człowiek poświęca nam chwilę. Dowiadujemy się, że tak jak przypuszczaliśmy na świta tutaj nie może liczyć a zatem pozostaje nam tylko zwiedzanie następnego dnia. Gdy oznajmiamy że rozbijemy się tutaj pod wejściem bo nie mamy pieniędzy i musimy spać w namiocie szefu daje nam pokój w hotelu dla wolontariuszy po czym zostajemy tam odwiezieni służbowym autem przez naszych wcześniejszych sparing partnerów. Noc na wygodniutkich łóżkach dobrze na nas działa a jeszcze lepiej poranny prysznic. Gdy już jesteśmy gotowi ruszamy łapać stopa do miasta by wybrać pieniądze na wszystkie potrzebne tego dnia atrakcje. Stopy tak jak już mówiłem to bardzo prosta rzecz więc w jedną i drugą stronę podróżujemy dość sprawnie jadąc między innymi zawsze budzącą u nas ciekawość ciężarówką z drewnianą kabiną. Gdy docieramy do świątyni kupujemy bilety i idziemy na spotkanie z wielkimi kotami. Początkowo przejście przez pastwiska, lasek gdzie biegają jakieś sarny i dziki, a następnie przejście koło wielkiej sadzawki w której leży stado przypominające bawoły. Kawałek dalej po raz pierwszy możemy ujrzeć tygrysy. Na początku trzy, może nie wielkie, przy których siedzą mnisi. Tu już robimy pierwsze zdjęcia, i po raz pierwszy dotykamy tych wielkich kotów. Uczucie jakie temu towarzysz jest niesamowite a momentami aż łzy cisną się do oczu. Radość na naszych twarzach i moc emocji jest ciężka do opisania. Następnie wędrujemy do miejsca gdzie za dodatkową opłatą ludzie mogą osobiście nakarmić i umyć tygrys. Później przechodzimy przez most umieszczony nad wybiegami gdzie po drodze widzimy jeszcze lwa i niedźwiedzie. W końcu jednak docieramy do skalnego kanionu w którym odbywa się wszystko co najciekawsze w tej świątyni. Z daleko widać kilkanaście tygrysów które na łańcuchach leżą pod parasolami odlanymi z betonu. Ludzie zupełnie za darmo (jeśli tylko posiadają własne aparaty ) mogę robić sobie z nimi zdjęcia. Oczywiście nie wszyscy na raz a procedura w jakiej to się odbywa jest ściśle określona. Wszyscy stoją w jednej kolejce, z której zabiera się po kolei po jednej osobie. Każdą osobą zajmują się dwie osoby z obsługi, przy czym dziewczyna prowadzi daną osobę za rękę a chłopak robi zdjęcia. I tak podchodzi się po kolei do każdego z wielkich kotów jakie tam się znajdują. My oczywiście już na wstępie mamy łatwiej bo większość obsługi to chłopaki którzy grali dzień wcześniej z nami w piłkę, a że dostali sromotne lanie okazują nam pełen szacunek i pomoc. Na pierwszy ogień idzie Tomek a tuż za nim Wojtek, jako ostatni na sesję z kotami udaję się Mario, dla którego właśnie spełnia się jeden z celów tej podróży i jedno z wielkich marzeń. Szkoda tylko że gdy chce się przytulić do jednego z kotków niestety nie dostaje pozwolenia no ale względy bezpieczeństwa trzeba zrozumieć, tym bardziej że największy z kotów waży ponad 200kg. Po sesji udaje nam się załapać ( za niewielką opłatą ) na specjalny pokaz. Odbywa się on tylko raz dziennie i może uczestniczyć w nim tylko 20 osób. Pierwsza część to odprowadzanie tygrysów. Każdy z uczestników spektaklu ma okazję dotknąć i iść koło wielkiego tygrysa gdy ten już bez żadnych łańcuchów i smyczy w spokoju wędruje na swój wybieg. Oczywiście uczucie i emocje jakie temu towarzyszą są niesamowite a sama chwila zostaje zapamiętana na całe życie. Następnie zostaje przyszykowane ogrodzenie z siatki o wysokości ok. 1,2m w którym znajdują się wszyscy oglądający spektakl. Tygrysy natomiast biegają wolno dookoła i z pomocą obsługi wykonują różne ewolucje. Choć czasem są leniwe to 4metrowy bambus z zawieszoną na końcu reklamówką staję się doskonałym narzędziem do zabawy z nimi. Koty skaczą do wody ze skał wykonując niesamowite ewolucje, czy też stają na dwóch łapach co pokazuje jak są potężne. Na koniec wdrapują się nawet na drzewa i to z niezwykłą zwinnością pomimo swojej wielkiej masy, a ich pazury sięgają nawet 4metrów wysokości. Po cały spektaklu udajemy się do wyjścia nie mogąc do końca jeszcze uwierzyć czego świadkami byliśmy jeszcze przed chwilą. Tutaj ze spotkaną koleżanką z Polski – Sandrą, która jest stewardessą w Qatarskich liniach, podjeżdżamy pod nasz hotel. Gdy tylko spakujemy nasze plecaki idziemy na stopa i w niespełna 2h dostajemy się do Bangkoku. Oczywiście pierwszy kierunek to kafejka internetowa, gdzie udaje nam się umówić z May u której dziś będziemy spać. Gdy czekamy na nią w umówionym miejscu, dostajemy tysiące propozycji odnoście erotycznych fantazji od taksówkarzy stojących tuż obok. Oczywiście największym hitem jest ping-pong show, którego fabuły jednak nie będę przetaczać. Ludzie nie mogą zrozumieć kiedy pytamy o drogę do miejsca gdzie można coś zjeść a nie o erotyczny masaż itp. Tutaj po prostu wszystko opiera się wyłącznie o jedne doznania. Jednak jak się później okaże to jedyna z tak ukierunkowanych dzielnic w jakich mieliśmy okazję wylądować. Gdy przyjeżdża po nas May udajemy się do jej mieszkania, po czym po krótkiej chwili jedziemy już na pierwszą imprezę w Bangkoku. Jednak ze względu na to że późno docieramy na miejsce a większość klubów otwarta jest tylko do 2.00 kończy się na przysłowiowej szklance whisky. Powrót do mieszkania okazał się niezbyt szczęśliwy bo nasze głośne zachowanie spowodowało że następnego dnia czeka nas przeprowadzka do mamy i dziadków May. Po prostu nas wyrzucili ;p Następny dzień to oczywiście wigilia więc przed przeprowadzką robimy jeszcze zakupy w tesco kupując wszystko co niezbędne na to by przygotować niezapomnianą wigilijną kolację. W sklepie oczywiście musimy jeszcze trochę nabroić toteż kradniemy z jednego stoiska mikrofon po czym Wojtek zaczyna bit-boksować na cały sklep. Oczywiście pani ze stoiska nie bardzo się to spodobało i po chwili zostajemy pozbawieni naszej nowej zabawki. Gdy tylko docieramy do domu dziadków May zabieramy się za przygotowanie kolacji. Oczywiście cała rodzina stara nam się pomóc. My dostajemy do dyspozycji wszystkie naczynia, a babcia smaży nam wszystkie potrawy rybne i frytki ;p Mario robi ciasto, które rozwałkowuje butelką po piwie. Wojtek szykuje kapustę na farsz a Tomek obiera i kroi pieczarki, po czym wszyscy lepimy uszka. Jak się okazuje wychodzą pyszne i nawet żadne nie rozpada się pod czas gotowania. Oprócz uszek, na wigilii mamy jeszcze rybę, pierogi z krabami, kulki rybne, krewetki w cieście, chleb, barszcz czerwony, sos grzybowy, pieczarki z kapustą, ciasto bananowe, opłatek, groch, fasola i frytki. Gdy wszystko jest już gotowe w trójkę zasiadamy do kolacji wcześniej dzieląc się opłatkiem i składając sobie życzenia. To chyba najtrudniejszy moment tej wyprawy i każdemu cieknie choćby mała łezka. No ale sami tak wybraliśmy. Kolacja jest pyszna a uszka smakują nam niesamowicie. Wieczorem udajemy się najpierw do kafejki by przez skype spotkać się choćby wirtualnie z rodzinami a później na miasto, gdzie smakujemy trochę życia nocnego. I tak przez kolejne dni świąteczne. Nasze mieszkanie w którym teraz przebywamy to troszkę inny styl. Śmieje się że to taki nasz kurniczek, wszystko jest na dworze a śpimy na skrzynkach drewnianych pod moskitierą. Nie zmienia to faktu że jest tu fajnie i wesoło. Babcia i mama May robią nam śniadania i pranie. Mieszka tu wesoły dziadek którego cały dzień nie ma a wieczorem na migi opowiada nam o boksie tajskim. W sumie jeśli idzie o boks to wszystkie kobiety w tym domu cały dzień siedzą przed TV i go oglądają popijając przy okazji piwo albo whisky. Zobaczyliśmy trochę nocnego życia w Bangkoku, zwiedziliśmy kilka fajnych rzeczy po czym postanowiliśmy do czasu sylwestra udać się do Pattayi a później na wyspę Koh Larn. Zabierając małe plecaki, oczywiście na stopa ruszyliśmy przed siebie. Trochę zawirowań podczas jazdy było ale w końcu przed zmrokiem udało się dotrzeć się na miejsce. Miasto typowo turystyczne, w którym roi się od salonów masażu, klubów i hoteli. My wybraliśmy noc na plaży, którą spędziliśmy na leżakach – które tutaj kosztują 2zł za dobę. Przerażający widok panuje na ulicach gdzie roi się tu od lady boys. Widok ten jest o tyle przerażający kiedy widzi się starszych napitych panów którzy korzystają z ich usług. Przerażenia jakie ogarnia ich z rana musi być nie do pozazdroszczenia. Z samego rana udaliśmy się do portu skąd złapaliśmy statek na wyspę. Tutaj wybraliśmy sobie najładniejszą plażę, na której, na środkowym pasie leżaków rozbiliśmy swój obóz, oczywiście u naszej nowej Marysi – tak nazywamy wszystkie nowe poznane Panie;) Co prawda Marysia to była osoba która wstawała pierwsza na całej plaży i każdego ranka stukała nam w namiot mówiąc że tu nie można się rozbijać, to i tak ją bardzo lubiliśmy. Ludzie na wyspę przypływali koło 9 rano a już koło 17 robiło się pusto. Oprócz nas na plaży nie pozostawał nikt. Każdego rana woda z przypływem podchodziła pod same leżaki by wieczorem cofnąć się ponad 50 metrów w morze. Piasek był biały, a woda turkusowa, mało tego miała z 30 stopni. Ludzie którzy tu przypływali to głownie Hindusi, Chińczyki i Rosjanie. Patrząc na to jak jedni kąpią się w ciuchach a drudzy robią niezwykle zabawne pozy do zdjęć (szczególnie podskoki) mieliśmy niezły ubaw. Poznaliśmy kilka miłych ludzi, a ci którzy mieszkali tutaj na stałe powoli zaczęli się do nas przyzwyczajać, jednak my uciekliśmy tuż przed sylwestrem. Spotkaliśmy również dwie miłe Rosjanki – oczywiście Marsie (tym razem to nie żart), które zapraszały nas na imprezę sylwestrową do Pattayi my jednak wybraliśmy zabawę w Bangkoku. Po powrocie do miasta załatwialiśmy ostatnie pilne rzeczy by przed upływem starego roku wiedzieć na czym stoimy. Sylwester w Bangkoku zaskoczył nas na różne sposoby. Minus to fajerwerki, które były krótkie i małą ekscytujące, ale może za rok w Rio będzie lepiej ;p Minus to również to że nigdzie nie mogliśmy kupić szampana. Sama impreza sylwestrowa była dość ciekawa lecz sposób zabawy i jej spędzenia w klubie znacznie różni się od tego jaki do tej pory przeżywaliśmy na polskich parkietach. No ale było to zapewne ciekawe doświadczenie a my mimo wszystko całkiem dobrze się bawiliśmy. Oczywiście poranne przybycie do domu spowodowało że kolejny dzień rozpoczęliśmy o godz. 17.00 Ciekawostką jest to że tutaj rozpoczął się rok 2554 a więc troszkę jesteśmy do przodu. Po sylwestrze mieliśmy znowu okazję być jeszcze na dwóch imprezach, gdzie udało nam się poznać między innymi Argentyńczyka, który już zaprosił nas do siebie i kiedy tylko będziemy w Buenos Aires to mamy koniecznie zostać u niego na trochę. Gdy w oczekiwaniu na załatwienie spraw urzędowych trochę zaczęło nam się dłużyć siedzenie w tym samym miejscu postanowiliśmy odwiedzić Ayutthaye. Miasto które jest wpisane na listę UNESCO zrobiło na nas ogromne wrażenie. Ilość zabytkowych świątyń i budowli poświęconych Buddzie jest tutaj ogromna a samo miasto umieszczone jakby na wyspie otoczone rzeką ma swój wyjątkowy klimat. My postanowiliśmy wypożyczyć sobie rowery toteż oprócz walorów kulturowych zafundowaliśmy sobie trochę rekreacji. Zwiedziliśmy między innymi Wat Chaiwattanaram czy Wat Phanan Choeng, czyli w świątynię w której znajduje się 13metrowy złoty Budda. Jego widok robi naprawdę spore wrażenie. W mieście mieliśmy też okazję zagrać krótki mecz w piłkę z miejscowymi chłopakami. Ze względu na to że mieliśmy sandały tylko Mario z Wojtkiem stanęli tym razem w szranki i ponownie wyszli z tego pojedynku zwycięsko tym razem ogrywając rywali 2:1. Oczywiście podróżując do tego wyjątkowego miejsca uskutecznialiśmy autostop choć musimy przyznać, że to nie był nasz dzień i szczególnie podczas drogi powrotnej mieliśmy sporo trudności toteż musieliśmy wspomóc się autobusem. Wracając jeszcze do spraw ogólnych związanych z Bangkokiem to jest to miasto z którego nie da się wydostać stopem. Jeśli jeździ się tuk-tukiem to można robić to za darmo lecz trzeba najpierw odwiedzić kilka sklepów by kierowca dostał talony na paliwo. Nas wożono głównie po sklepach z garniturami, lecz nasz kierowca nie był za bardzo zadowolony, ponieważ mieliśmy tam siedzieć ok. 15minut, a nas z reguły już po chwili wyrzucano z hukiem, gdy tylko mając dość natrętnych sprzedawców zaczynaliśmy sobie trochę z nich żartować. Trzeba przyznać że bardzo tanim środkiem transportu są tu taksówki (roi się tu od nich) i naprawdę opłaca się nimi przemieszczać. Ciekawą sytuację spotkaliśmy też w jednym z klubów nocnych w którym mieliśmy okazję przebywać. Kiedy na parkiecie pojawiła się naprawdę ładna dziewczyna a nie lady boy to dwóch panów zaczęło się o nią licytować i dopiero ten który wygrał miał prawo z nią tańczyć… dobrze że w Polsce tak nie ma ;p Jedliśmy tu również wiele wspaniałych potraw i przysmaków (na razie najlepsze jedzenie ze wszystkich krajów) szczególnie smakowały nam owoce morza i wszelkie kombinacji dań z bananami. W Bangkoku kupiliśmy też bilet lotniczy do Medan na Sumatrze i już 12 lutego lecimy do Indonezji. Z tego względu załatwiliśmy już wszystkie pilne sprawy i już jutro ruszamy zobaczyć Kambodżę, Wietnam i Laos by ponownie wrócić tutaj, skąd mamy lot.

Wesolych Swiat!!!

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , on Grudzień 24, 2010 by wstronemarzen

Chcielibysmy wszystkim ktorzy odwiedzaja nasza stronke i trzymaja kciuki za nasza wyprawe, wspierajac nas w kazdym momencie, zyczyc zdrowych, pogodnych, pelnych radosci i milosci swiat Bozego Narodzenia spedzonych w rodzinnym gronie;)
Mariusz, Wojtek i Tomek;)
a tutaj maly prezent od nas;)

http://elfyourself.jibjab.com/view/FQF221EhVyafQi6V