Ponownie w Argentynie…

I tak po krótkim, ale jakże treściwym i pełnym fajnych przeżyć pobycie w sercu Ameryki Południowej bo tak często nazywany jest Paragwaj po raz kolejny trafiamy do Argentyny. To już nasz trzeci wjazd do tego kraju ale mogę z góry zapewnić że, na pewno nie ostatni. W paszporcie przybywają kolejne pieczątki a celnik na granicy słysząc skąd jesteśmy i co robimy zaczyna nas uczyć jak to nazywa podstaw hiszpańskiego lecz są to słowa mało nadające się do publikacji za to cała sytuacja jest bardzo wesoła. My oczywiście w międzyczasie próbujemy złapać jakiegoś stopa a że leje okrutnie sprawa nie wydaję się wcale taka prosta. Wtedy przychodzi czas na kolejną garść szczęścia i nawet nie mamy czasu dokończyć rozmowy z celnikiem kiedy para niemiecka (na stałe mieszkająca w Paragwaju) zabiera nas pierwsze 200km. Później trafiają się lepsze i cięższe dni, ale cel jest prosty dostać się do Cordoby. Zajmuje nam to 4 dni a w tym czasie przytrafia się kilka wesołych stopów i nocek pod namiotem to gdzieś na stacji, to gdzieś przy drodze. Stopy też różne ale szczególnie dwa warte odnotowania. Jednym z nich zabiera nas młody chłopak, który przez blisko 500km ryzykuje sporym mandatem gdyż na drodze aż roi się od policji a nas zdecydowanie nadmiar w aucie do tego Tomek schowany gdzieś na pace. My jednak szczęśliwie docieramy do celu, choć podczas jednej z kontroli jest naprawdę gorąco. Później łapiemy kolejny niezwykły stop po którym dwa telefony pewnego młodego kierowcy do swoich bratanków sprawiają, że w Cordobie nie tylko mamy nocleg ale zostajemy tam nawet tydzień przy tym dobrze się bawiąc.

Ogólnie trafiamy do domu dwóch braci, niezwykle pozytywnych chłopaków, którzy oprócz tego że studiują to zajmują się ogrodnictwem bo jak inaczej nazwać opieką nad pięknymi „Marysiami”, ale bez obaw tutaj to normalne a do niedawna jeszcze zupełnie legalne. Mają fajną paczkę znajomych z którymi trafiamy na kilka fajnych imprez. Jedną pod akademikami gdzie do 8.00 rano przy muzyce z wielkich kolumn, ustawionych gdzieś na dworze, zabawie i piciu wina nie ma granic. Do tego również kilka innych nieco bardziej kameralnych imprez pod czas których nie brakuje argentyńskich śpiewów oczywiście przy akompaniamencie czasem dziwnych instrumentów. Mamy okazję też skosztować pysznego Asado, niby zwykły grill lecz z niezwykłą ilość i różnorodnością mięsa jakie się na nim znajdują. Tutaj w Cordobie trafiamy też na Olgę i Marcina z którymi mamy okazję popiwkować w polskim stylu i powymieniać się własnymi doświadczeniami podróżniczymi (p.s. czekamy na Wasz powrót do kraju i spotkanie gdzieś na polskim gruncie). I tak mile i przyjemnie upływa nam czas w studenckiej Cordobie. Na koniec jeszcze przytrafia się wesoła historia ze szczurem który gdzieś z ulicy wbiegł nam do domu i wywołał przerażenie wśród Argentyńczyków, którzy gdzieś na krzesła pouciekali w popłochu. Wtedy do akcji wkracza trójka niezawodnych Polaków, którzy wyposażeni w miotły rozegrają jeden z lepszych hokejowych meczów w życiu i co najważniejsze po pięknym strzale Maria wygrają ze szczurem 1:0 a ten ostatni znów ląduje na ulicy…

W końcu ruszamy dalej. Znów wraca do łask autostop i choć czasem łatwiej a innym razem trudniej to dość sprawnie poruszamy się dalej a naszym kolejnym celem staje się Valle de la luna, czyli po prostu dolina księżycowa. Wydaje się, że dotrzeć tam autem to nie lada sztuka a co dopiero mówić o autostopie. Jednak nam, nie dość że ta sztuka się udaje, to jeszcze w błyskawicznym tempie. A do tego, żeby autostopowania nie było za mało samą dolinę zwiedzamy również… autostopem, którego łapiemy tuż przed bramą wjazdową na teren parku. Opcja taka wynika z faktu, iż cała trasa zwiedzania wynosi ok. 45km i auto to jedyny sposób by wszystko zobaczyć. W kolumnie jedzie 7 aut i to wszyscy którzy tego dnia odwiedzili to miejsce mimo że mamy niedzielę. Miejsce niezwykłe lecz nie dotarła tu jeszcze komercja, nie ma setek Chińczyków z aparatami, ale ze względu na swoją unikalność można być pewnym, że niedługo i tu wszystko się zmieni. Ten dzień jest w ogóle wyjątkowy bo autostop działa jak mało kiedy, a my po zwiedzaniu parku ruszamy dalej i pokonujemy kolejne kilometry docierając gdzieś pod Mendozę. Kolejne dni mijają równie szybko a my gdy tylko wpadamy na „Rute 40” czyli jedną z najpiękniejszych dróg jakimi w życiu mieliśmy okazję jechać, jesteśmy wniebowzięci widokami jakie tutaj zastajemy. Krajobrazy cudne a i przygód wiele, i tak we wesołej atmosferze docieramy do Bariloche, czyli miasta zabawy licealistów, którzy coś na wzór naszych studniówek właśnie tutaj przyjeżdżają by hucznie wejść w dorosłość. My spokojnie rozbijamy namiot gdzieś nad jeziorkiem, gdzie możemy podziwiać chilijski wulkan, który wybuchł jakieś pół roku wcześniej (tego zwiedzać nie zamierzamy ;p) jak również skosztować kąpieli w lodowatej wodzie. Jednak już po jednej nocce uciekamy dalej, gdzie spotykają nas małe niezbyt miłe niespodzianki. Związane są one z niewyasfaltowaniem odcinka dróg na rucie 40 co wiąże się z koniecznością przenosin na wschodnie wybrzeże Argentyny. Chcąc nie chcąc skoro już tak wypadło w głowie pojawia się nowy pomysł a mianowicie by udać się do Ushuaii, czyli najbardziej wysuniętego na południe miasta świata. Tytularnie mówią na koniec świata, co staje się naszym kolejnym celem.

Jednak zanim tam dotrzemy musi wydarzyć się jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Po pierwsze któregoś dnia, gdy zbieramy się do rozbicia namiotu na jednej ze stacji benzynowych podjeżdża do nas pick-up a jego kierowca każe wskakiwać na pakę. Początkowo cała sytuacja wydaje się dość dziwna ale długo nie dajemy się prosić i już po chwili jedziemy jak się później okazuje do jednego z jego mieszkań, które dostajemy na noc a w dodatku on sam zaprasza nas na pyszna kolację (ponownie Asado) po czym następnego dnia odwozi 60km dalej (po drodze pokazując lwy morskie na plaży) do miejscowości gdzie podobno łatwiej złapać długie stopa, co rzeczywiście okazuje się prawdą. Tutaj zaczyna się kolejna historia a mianowicie podróż z Pablo. Ten niezwykły chilijski kierowca wielkiego trucka zabiera nas blisko 800km. Choć na początku spławia nas szybko to później sam zaprasza do swojej wielkiej maszyny (to największy tir jakim było dane nam jechać) gdzie miejsca mamy tyle co w salonie a cała atmosfera podróży jest na tyle wesoła że aż szkoda wysiadać. To z nim przekraczamy pierwszy raz najbardziej restrykcyjną granicę – chilijską, i to on przemyca nam zestaw jajek jako dostaliśmy od naszego ostatniego przyjaciela. My sami przemycamy ser żółty i kotlety schabowe gdzieś w Tomka plecaku, w pokrowcu na aparat, pod aparatem. Jest to o tyle dziwna sytuacja że nasza próba przemytu prawie zostaje udaremniona a jakby się tak stało czekałaby nas ogromna kara finansowa. Na nasze szczęście celnikom nie udaje się nic znaleźć, choć trzeba przyznać że są bardzo blisko celu. Po całej akcji Tomek w którego plecaku znajdowała się cała przemycana wałówa śmieje się, że przewożąc ser żółty i 3 kotlety czuł się, a zarazem bał, jakby przemycał tonę koki i skrzynkę broni. Na nasze szczęście wszystko kończy się po naszej myśli i pyszną kotlecianą kolację mamy okazję kosztować jeszcze tego samego dnia. Miejsce dość oryginalne bo Cieśnina Magellana przy której spędzamy jedną z nocek.

Następnego dnia mimo wielu kilometrów i tragicznego stanu dróg na Ziemi Ognistej, udaje nam się dotrzeć na koniec świata czyli do Ushuaii. Tutaj oczywiści aż bije komercją my jednak szybko wychodzimy z opresji i gdzieś na wzgórzu z widokiem na całe miasto rozbijamy namiot by następnie przy piwku i ognisku powspominać to co już za nami i pomyśleć o tym co jeszcze nas czeka. Noc tutaj zapada dopiero grubo po północy więc mamy okazję przeżyć najdłuższy dzień w swoim życiu. Z rana ruszamy zobaczyć co słychać ciekawego w samym miasteczku a największy uśmiech wywołuje u nas kierunkowskaz na Antarktydę, i nie ma w tym żadnej przesady bo w końcu to ostatni przystanek na lądzie a zaraz pierwszy w kierunku tego wspaniałego, lodowego kontynentu. Z Ushuaii ruszamy ponownie w kierunku Chile znów przez Cieśninę Magellana do Puerto Natales. Po drodze spędzamy noc na granicy, gdzie przygarnia nas pracownik obrony cywilnej i zamiast rozbijać namiot na wietrznej ziemi, możemy przespać się w ciepłym pokoju i to w dodatku na miękkich materacach. W Puerto Natales czeka nas kolejna dawka niesamowitych przeżyć i niesamowitych widoków, a co najważniejsza to właśnie tutaj poznamy kolejnych dwóch wielkich podróżników i niesamowitych przyjaciół, których przeżycia i cele w krótce staną się naszymi nowymi marzeniami…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: