Archiwum dla zdjecia

W 6 dni na Everest Base Camp przez Gokyo… czyli „crazy people…”

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , on Listopad 23, 2010 by wstronemarzen

Nasza wędrówka z Lukli na Base Camp przypominała raczej bieg niż zwyczajny trekking a określenie crazy people na stałe do nas przyległo, ale zacznijmy od początku…
Droga do Namche Bazar (dalej zresztą też) przypomina bardziej deptak, a tłumy turystów przypominają wycieczki do Morskiego Oka. Stada mułów zastąpione zostały przez jaki, które skutecznie zanieczyszczają odchodami cały szlak. Na nasze szczęście droga przez Gokyo jest nieco mniej uczęszczana i chociaż na chwilę można odetchnąć od tłumów. Pierwszy nocleg spędziliśmy w Namche Bazar. Na mieście udało się nam znaleźć piekarnie w której zakupiliśmy wielki tostowy chleb, co w połączeniu z ananasowym dżemem oznaczało pyszne śniadanie. Kręcąc się po mieście odwiedziliśmy wiele sklepów, w których bawiliśmy się w odnajdywanie przeterminowanych produktów. Jak się okazało łatwiej o takie niż o te dobre a hitem okazała się pewna pani, która próbowała sprzedać nam snikersy przeterminowane o rok, wmawiając że to świeża dostawa prosto z Katmandu;) Drugi dzień okazał się nieco spokojniejszy a na szlaku spotkaliśmy zdecydowanie mniej turystów ( za Namche Bazar następuje rozwidlenie szlaków  tym trudniejszym chodzi mniej ludzi). Droga do Machhermy okraszona była pięknym krajobrazami, a każdy z nas jej większość pokonał w pełnej ciszy i skupieniu oddając się własnym przemyśleniom ( podczas takiej wędrówki można przeanalizować swoje życie z tysiąc razy). Z każdą chwilą znajdowaliśmy się wyżej co wiązało się ze spadkiem temperatury, a więc i nasze krótkie rękawki w których wyruszyliśmy z Lukli zaczęło przykrywać grubsze odzienie. Wieczór jak co dzień spędziliśmy w co trudno uwierzyć przy big pocie gorącej herbaty, na noc prosząc tradycyjnie o podwójne koce do pokoju. Na kolejny dzień zaplanowaliśmy krótki odcinek, ze względu na rozkład miejscowości które znajdowały się na naszej trasie jak również chcąc oszczędzić nieco sił przed Cho La Pass które czekało nas już następnego dnia. Postanowiliśmy również odwiedzić Gokyo, które leżało nieco z boku szlaku (choć jak się później okazało szlak zaznaczony na naszej mapie nie istniał, a decyzja o odwiedzeniu Gokyo pomogła odnaleźć nowy), do którego wędrowaliśmy wzdłuż pięknych jezior o turkusowej wodzie. Samo Gokyo również uraczyło nas swym położeniem, a po pysznym obiedzie ruszyliśmy na przebój przez lodowiec. Ku naszemu zdziwieniu wyglądał on nieco inaczej niż każdy to sobie wyobrażał, a zamiast lodu ukazał nam się iście marsjański (czy też księżycowy) krajobraz, pełen głazów i osuwisk. Tylko gdzie niegdzie widać było oczka wodne otoczone lodowymi ścianami, i co chwila słychać małe lawiny o charakterystycznych odgłosach. Sam marsz przez lodowiec okazał się bardzo czasochłonny co również wynikało ze słabo widocznego szlaku ( a raczej wydeptanej ścieżki, bo o szlaki w Himalajach trudno). Ostatecznie szczęśliwi dotarliśmy do Dragnag gdzie spędziliśmy kolejną noc, wypoczywając przed podejściem na Cho La Pass, od którego zaczęliśmy kolejny dzień. Niezwykle strome podejście zakończone wspinaczką po prawie 300metrowej pionowej, skalistej ścianie, wyniosło nas na 5330m n.p.m. (chociaż różne źródła podają różnie). Niesamowity widok, sporo ludzi, śnieg i niezwykła radość to tylko nieliczne rzeczy, które towarzyszyły nam, na samej górze. Pamiątkowe zdjęcia i ruszyliśmy w dalszą drogą, która prowadziła przez duże połacie śniegu i momentami była dość niebezpieczna. Mały przystanek na zupkę a następnie wędrówka wśród chmur. Ta ostatnia bardzo nas wyczerpała, a widok Lobuche (gdzie zaplanowaliśmy nocleg) wcale nie poprawił nam humorów, przynajmniej na początku, gdyż tutaj następuje złączenie szlaków na Base Camp co oznacza ponowne tłumy ludzi i problemy ze znalezieniem noclegu. Jak się okazało wybawiła nas pewna pani która w zamian za to, że zjedliśmy u niej obiad pozwoliła nam spędzić noc w jej dinnig room ( nie byliśmy tam sami, a raczej nie było gdzie nawet wstawić nogi). Ta decyzja okazało się niezwykle trafna gdyż tutaj spotkaliśmy Gosię i Michała (których serdecznie pozdrawiamy!!!). Ta wspaniała dwójka ludzi robi to samo co my, z tym wyjątkiem, że podróżują w odwrotnym kierunku, i że ich podróż już powoli dobiega końca. Wieczór spędziliśmy na długich rozmowach z naszymi nowymi znajomymi, dowiadując się mnóstwo niezwykle ciekawych rzeczy. Następny dzień pełni radości rozpoczęliśmy od wędrówki na Everest Base Camp, podziwiając po drodze najwyższą górę świata a mianowicie Mount Everest. Niezwykły lodowiec, i sama obecność na Base Camp dostarczyła nam mnóstwo emocji. Niekończące się sesje zdjęciowe zajęły nam sporo czasu, no ale przecież nie na co dzień człowiek staje u podnóża najwyższej góry świata, w miejscu skąd co roku rusza kilka ekspedycji by ją zdobyć. Stąd rozpoczęła się nasza droga w dół w kierunku Lukli, która tego dnia zakończyła się w Orsho, do którego wędrowaliśmy w krajobrazie przypominającym stepy akermańskie. Samo zejście na 4 tysiące metrów było niezwykłą ulgą dla głowy, która cierpiała ze względu na wcześniejszą wysokość. Trzeba przyznać, że mieliśmy dużo szczęścia wędrując na Base Camp bez żadnego dnia aklimatyzacji (szczególnie że to podobno najgorszy rok co do ilości osób ratowanych z powodu choroby wysokościowej), toteż określenie crazy people z którym spotykaliśmy się w kolejnych miejscach do których docieraliśmy nabierało jeszcze większego znaczenia. W Orsho zjedliśmy pyszny stek z jaka ( w końcu mięso i nawet podobne do mielonego ;p ) po czym położyliśmy się spać myśląc, że kolejny dzień będzie już ostatnim dniem naszej wędrówki. Poranek przy chapati z miodem i ruszamy dalej w drogę. Zejście do Lukli okazało się bardzo długie i mimo iż teoretycznie to tylko droga w dół to zajęło nam to cały dzień, gdyż dopiero tuż przed zmierzchem zameldowaliśmy się na miejscu. W hotelu odebraliśmy swoje bagaże i wtedy sprawy zaczęły się komplikować… spotkana przez nas grupa Polaków poinformowała nas że samoloty do Kathmandu nie latają a oni sami już od 5 dni czekają na zmianę pogody. Taki obrót spraw oczywiście w naszej sytuacji byłby bardzo niekorzystny więc z niecierpliwością oczekiwaliśmy kolejnego dnia na który mieliśmy bilety lotnicze, choć prognozy pogody nie były dla nas zbyt optymistyczne. Ciężko było również znaleźć wolny pokój gdyż brak odlotów spowodował że w Lukli gromadziły się tłumy turystów. Mimo że w tym samym hotelu 6 dni wcześniej otrzymaliśmy pokój z łazienką i gorącym prysznicem za 400 rupii, to teraz za 500 mogliśmy liczyć tylko na mały pokoik gdzieś na strychu, pomiędzy Japończykami i to wszystko…

Reklamy