Archiwum dla Malezja

Malezja po raz drugi…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , on Styczeń 4, 2011 by wstronemarzen

Malezja przywitała nas monsunowym deszczem, który na nasze nieszczęście nie chciał przestać padać. Drogę do Tajlandii postanowiliśmy pokonać wschodnim wybrzeżem, chcąc przekonać się na własnej skórze jak męczący potrafi być monsun. Innym powodem wyboru wschodniego wybrzeża było to, iż wszystkie przewodniki i miejscowi ludzie wskazują je jako zdecydowanie ładniejsze od zachodniego. Aby uskutecznić stopa postanowiliśmy wydostać się za miasto kupując bilet na lokalny autobus do pierwszej miejscowości. Podróż ze względu na korki trochę się przedłużyła a biorąc pod uwagę to, iż do Malezji wjechaliśmy dopiero po godz. 17.00 do wybranego miasteczka dotarliśmy tuż o zmroku. Nie tracąc czasu zrobiliśmy zakupy w markecie i po zjedzeniu obiadu w postaci chleba z dżemo-orzechowym masłem ruszyliśmy łapać stopa. Sprawa wyglądała trochę trudno, gdyż droga w tym miejscu miała 3 pas najbardziej ruchliwy był ten najdalej, a w dodatku ze względu na słabe oświetlenie byliśmy nienajlepiej widoczni. Po ponad godzinie czasu i braku efektów ogarnęła nas mała rezygnacja jednak postanowiliśmy że jeszcze przez 15minut do godz. 22.00 będziemy próbować. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę bo po około 5 minutach zatrzymał nam się mały busik a panowie w środku zaproponowali że zabiorą nas do miejscowości oddalonej o około 100km do której właśnie podróżują. Zadowoleni z kolejnego stopa w Malezji zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę. Podróż trwała 2h a po dotarciu do Mersingu bo tak się właśnie ta miejscowość nazywała, była już północ. Wysiedliśmy niedaleko plaży i wtedy doszło do dziwnej sytuacji, gdyż panowie którzy zabrali nas na stopa w języku migowym prosili o zapłatę. Jednak zdziwienie jakie ich dopadło kiedy pokazaliśmy im puste portfele było tak mocne że czym prędzej zapakowali się do swojego minibusika i odjechali a my powędrowaliśmy w stronę plaży. Już z daleka widoczna, oświetlona latarnią, wielka czerwona tablica przed wejściem na plaże wskazywała że zaraz możemy mieć mały problem. I tak też się stało bo jeden z zakazów zamieszczony tam wskazywał że rozbijanie namiotów na plaży jest zabronione pod groźbą kary pieniężnej a nawet pozbawienia wolności. Nie chcąc ryzykować udaliśmy się na pobliski plac zabaw. Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na jego obchód w poszukiwaniu jakiejś tablicy informacyjnej. Gdy już udało się ją odnaleźć okazało się że wśród zakazów dotyczących placu zabaw jest na przykład zakaz całowania się (na szczęście akurat dzisiejszej nocy nie mieliśmy takich planów) a nie ma nic wspomnianego o namiotach. A zatem skoro nie jest zabronione to jest dozwolone. Wykorzystując mały daszek pod którym było troszkę placu i sprawdzając czy nie ma tam jakiś węży postanowiliśmy że to miejsce jest idealne dla nas. Po rozbiciu obozowiska ugotowaliśmy sobie zakupione wcześniej parówki po czym położyliśmy się spać. Kolejny dzień rozpoczęliśmy od przygotowania śniadania w postaci makaronu i sosu z parówek, wypisywania miejscowości na kartonach, które mieliśmy zamiar wykorzystać podczas łapania stopa. Mario musiał także pozbyć się z plecaka nieproszonych gości jakimi było sporo mrówek, które powchodziły gdzie się tylko dało. Na szczęście misja zakończyła się powodzeniem. Mała wizyta na plaży, która za dnia wcale nie wyglądała imponująca jedynie co to roiło się od muszelek różnego rodzaju co oczywiście spodobało się Mariowi. Po tym wszystkim ruszyliśmy w dalszą drogę. Po wyjściu na wylotówkę rozpoczęliśmy naszą stopową przygodę. Słonko grzało okrutnie a zatem po około 15minutach Mario wybrał się na stację po coś do picia. Kiedy kończył zakupy za oknem pojawił się zdyszany Tomek mówiąc że ktoś widząc wypisaną nazwę miejscowości na naszym kartonie zatrzymał się i postanowił nas zabrać. A zatem czym prędzej ruszyliśmy w kierunku auta a że odległość była dość spora w połowie dystansu spotkaliśmy już Wojtka jadącego naszym nowym stopem. Dzięki temu udało się pokonać blisko 200km a za oknem pod osłonom czasem deszczowej aury podziwialiśmy lasy palmowe i małpy który siedziały na poboczu. Po dotarciu do miasta jak zwykle dopadł nasz deszcz a my ruszyliśmy w kierunku stacji autobusowej by ponownie wydostać się na wylotówkę, do pierwszej mniejszej miejscowości. Tutaj udajemy się na stacje benzynową, maszerując oczywiście w deszczu. Stacja jednak okazuje się być usytuowana troszkę z boku toteż, złapanie stopa (szczególnie że jest już ciemno) powoli staje się mało prawdopodobne. Z pomocą przychodzi nam młody chłopak, który zabiera nas na następną stację, która jest położona zdecydowanie lepiej i już typowo przy drodze w kierunku miejscowości do której potrzebujemy się dostać. Niby krótki stop a okazuję się być trafem w dziesiątkę. Przy stacji młoda dziewczyna sprzedaje pyszna pieczone mięska na patyku (te o których wspominaliśmy już wcześniej) a zatem kupujemy po 10 dla każdego i wraz z chlebem kupionym na stacji, jemy je siedząc na stopniach przy wyjeździe ze stacji licząc na to że ktoś nas zabierze. Mimo że jest już bardzo późno ta sztuka udaje się i po rozmowie z jedną z pan, Wojtkowi udaje się przekonać by zabrała nas w miejsce gdzie jedzie, gdyż jest nam to po drodze. Tak też się dzieje. Podróżujemy na zmianę przejeżdżając przez obszary gdzie deszcz pada bardzo mocno, przez te gdzie go brak. Przejeżdżamy również przez obszary zajęte przez Petronas, co pod osłoną nocy, oświetlone tysiącem lamp, wydaje się wyglądać jak wielkie miasto, a to tylko rafineria ciągnąca się przez kilka kilometrów po obu tronach drogi. Tym stopem docieramy do Dungun, gdzie wysiadamy na jednej ze stacji przy drodze, której musimy się trzymać. Po raz kolejny chyba mamy troszkę pecha bo ta stacja również jest zamknięta jedynie jakiś pan obsługuje auta zjeżdżające z trasy. Jednak brak światła w sklepie powoduje że wielu kierowców, którzy mieli zamiar zjechać po wjechaniu na stację szybko odjeżdżają, a że deszcze leje niemiłosiernie, a to odbywa się na deszcze łapanie stopa staję się niemożliwe. Tutaj spędzamy prawie całą noc śpiąc tak, aby cały czas chociaż jedna osoba czuwała. Śpimy oczywiście na karimatach rozłożonych pod ścianą sklepu, który tu się znajduje. Między czwartą a piątą nad ranem, do Maria podchodzi kierowca autobusu który właśnie zajechał na stację. Pyta dokąd chcemy jechać, a gdy Mario odpowiada mu, że do Terengganu ten każe zabierać rzeczy i wsiadać. Mario upewnia się jeszcze czy owy kierowca nie będzie chciał nic w zamian i gdy okazuje się że po prostu chce nas wziąć na stopa korzystamy z okazji i już po chwili jedziemy chyba najbardziej luksusowym autobusem w życiu, rozkoszując się na mięciutkich fotelach. Na miejscu wysiadamy na stacji autobusowej, gdzie oczekujemy poranka jedząc w miejscowej jadalni i drzemiąc po troszku na jadalnych stolikach. Stąd również wydostajemy się autobusem do Jertih, a całą drogę praktycznie przesypiamy jedynie Maria budzi kanar sprawdzający bilety. Tutaj troszkę kombinacji z krótkimi stopami, oczekiwania pod dachem, gdy zrywa się wielka ulewa i przebieganie przez most w miejsce gdzie możemy łapać dłuższego stopa to tylko mocny początek poranka. Oczywiście już po chwili jedziemy dalej, łapiąc kolejne stopy do następnych miejscowości. Jedziemy między innymi z młodym chłopakiem, oraz z kobietą która zabiera brata ze szpitala. Później jeszcze krótki stop, w którym kierowca podobnie jak wcześniej dwóch panów nie rozumie idei stopa i jest nie co zdziwiony widokiem pustego portfela no ale cóż tak bywa. Kolejne stopy dowożą nas do miejscowości skąd łapiemy autobus prosto na granicę. Jest w tym czasie trochę wesoło szczególnie kiedy wraz z plecakami pakujemy się do tico, szczególnie że oprócz nas podróżuje nim jeszcze dwoje osób. No ale czego nie robi się by dotrzeć do celu. Gdy docieramy na przejście graniczne jesteśmy pełni radości z faktu że zaraz po raz kolejny zmienimy kraj, co wiąże się z wieloma nowymi przeżyciami (wiemy to z doświadczenia ;p). Dostając pieczątki przy wyjściu z Malezji, żegnamy się z celnikiem, mówiąc że może kiedyś jeszcze się zobaczymy. Jak się okazuje chwila ta nie trwa za długo bo gdy na odprawie celnej przy wejściu do Tajlandii dowiadujemy się że potrzebujemy wizę i musimy wrócić się do Kota Bharu już chwilę później ten sam celnik wbija nam anulację daty wyjazdu z Malezji. Ze względu na to że robi się ciemno nie mamy za dużo czasu aby dotrzeć do Kota Bharu, a chcemy to uczynić jeszcze tego dnia. Mimo że dziś szczęście przeplata się z pechem udaje nam się dość szybko złapać stopa, a żeby było miło jest to po raz kolejny tico, i po raz kolejny oprócz nas jedzie jeszcze kierowca i pasażer. My znosimy podróż pozytywnie, gorzej z autem, które nie dość że ze względu na przeładowanie co chwilę chaczy podwoziem o asfalt to jeszcze gdy wysiadamy widzimy że w jednym z kół brak jest powietrze – czyżby kapeć??? No to chłopaki chyba nie będą nas mile wspominać. Tu spotykamy starszego pana który proponuje nam swój guest house po całkiem wyjątkowej cenie, a że nikt nie jest wstanie odmówić okazji wzięcia prysznica o którym marzymy już od dłuższej chwili, oczywiście decydujemy się skorzystać z tej okazji. Spędzamy tu 2 noce, w międzyczasie załatwiając wizę do Tajlandii jedząc pyszne śniadania obiady i kolacje w pobliskiej knajpce. Mając dzień wolny wybieramy się również nad morze, oczywiście jak zwykle robiąc to inaczej niż wszyscy. Najpierw miejskim autobusem jedziemy jak najdalej się da, oczywiście na gapę chociaż wszyscy sprawiają wrażenie jakby chcieli sprzedać nam bilet ale nikt nie ma odwagi. Następnie łapiemy stopa, którego kierowca nie wie co to jest plaża i morze, ale mimo to udaje się nam dotrzeć do celu. Co prawda na plaży nie spędzamy za dużo czasu, a ognisko które palimy szybko musimy zagasić bo jakaś pani na nas krzyczy to widok samego morze pośród palm daje nam namiastkę obrazów, które do tej pory mogliśmy oglądać tylko w internecie czy na kartkach pocztowych. Powrót do Kota Bharu, nie jest prosty bo już jest ciemno, jednak udaje nam się złapać stopa a młody chłopak który właśnie jedzie na zajęcia (student) kosztem spóźnienia podwozi nas pod sam dom. Po dwóch nocach spędzonych w Kota Bharu, z tajlandzką wizą w paszportach ruszamy na granicę. Tym razem pokonanie granicy okazuję się tylko formalnością i już po chwili jesteśmy w Tajlandii…

Kuala Lumpur… czyli pierwsza, krótka wizyta w Malezji

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on Grudzień 15, 2010 by wstronemarzen

Pożegnanie Bangladeszu i zmiana miejsca na południowo-wschodnią Azję, przyniosła nam wiele radości. Zmęczeni oczekiwaniem na nowe porcje wrażeń, zostaliśmy zaskoczeni już na samym początku. Nowiutki samolot, no i te niesamowicie piękne stewardessy… a samo Kuala Lumpur mimo, iż była godzina 22.50 przywitało nas niesamowitym skwarem. Z lotniska udaliśmy się do centrum miasta, a do pokonania mieliśmy ponad 45km. Tam spóźniliśmy się 15minut na ostatni pociąg jaki mieliśmy w instrukcji dojazdu do naszej couchsurferki, a zatem pozostała nam jedynie taksówka. Nocny przejazd przez miasto zrobił na nas dużo wrażenie a oświetlone wieżowce, piękne, czyste ulice, i cisza to dla nas w Azji nowość. Po dotarciu do bramki i zapłaceniu taksówkarzowi zaczęliśmy realizować plan jaki Olga przekazała nam w mailu, a więc nie rozmawiać ze strażnikami, nie dawać im żadnych dokumentów broń boże paszportów, jak będą coś się czepiać to ich olać, wjechać windą na górę i stukać aż ktoś otworzy drzwi… to ostatnie nie takie proste bo jest już przed 2.00 ale drzwi się otwierają a dokładnie otwiera je Agnieszka, którą wraz z mężem Rafałem (właśnie są w 6-miesięcznej podróży poślubnej po Azji – pozdrawiamy) też zatrzymali się u Olgi. Uff no to mieliśmy farta ;p ale to jeszcze nic nasz salon w którym śpimy to istne cudo, gdyż zakończony jest szklaną ścianą a mieszkając na 11 piętrze z widokiem na całe miasto nie możemy oprzeć się wrażeniu że chyba śnimy, a co więcej na środku widać pięknie oświetlone Petronas Twin Towers no no to się nazywa trafić w dobre miejsce o dobrej porze;) Trochę nocnych rozmów i wymiana doświadczeń podróżniczych aż w końcu zasłużony sen. Rano poznajemy w końcu Olgę która wraz z mężem Malezyjczykiem, dwoma innym koleżankami z Rosji oraz jednym kolegą mieszkają w tym niesamowitym mieszkaniu. Jest tutaj tak jak my jeszcze chłopak z Australii;) Pierwszy dzień po pobudce i śniadaniu ruszamy w miasto, oczywiście korzystając z kolei miejskiej ( coś na wzór metra) która jeździ bez motorniczego ;p Jedziemy do Kuala Lumpur Lakes Garden które robi na nas ogromne wrażenie ( tu to dziewczynę na spacer można zabierać 10 razy dziennie nie to co w Indiach ;p ) i tu spotykamy pierwszego metrowego warana który ucieka przed nami w krzaki… hehe jak się później okazuje to u nich warany na trawnikach to tak jak u nas koniki polne ;p stąd trafiamy do Putra WTC gdzie odbywa się wystawa samochodowa. Oczywiście największą frajdę sprawia to Tomkowi, choć i Mario z Wojtkiem z chęcią oglądają samochody, jednak baczniejszą uwagę zwracając na hostessy, po czym wszyscy stwierdzamy że warto było tutaj dla nich przyjść ( dla samochodów też;p ). Dzień kończymy w centrum miasta w ogrodzie w Petronas Twin Towers świętując przy Whisky naszą dwumiesięczną rocznicę podróży, widoki jakie przy tym mamy są piorunujące. Kolejny dzień spędzamy na błogim lenistwie i dalszym zwiedzaniu miasta. Kolej miejską opanowaliśmy do perfekcji, szczególnie przechodzenie przez bramki i nie oddawanie biletów, których mamy już niezła kolekcję. Jedziemy tez na przedmieścia do Sunway, gdzie odwiedzamy wielkie centrum handlowe – piramida, oraz park rozrywki, niestety nie korzystamy z atrakcji bo ceny są lekko za wysokie ;p Wcześniej z rana, odwiedzamy też Petronas Twin Towers, do którego kolejka zbiera się już po 6.30, my jednak wpadamy trochę później ale dzięki Anji, naszej współlokatorce, znajdujemy się prawie na samym przedzie. Zamierzamy wjechać na samą górę a zatem na 84 piętro, jednak panujące reguły ( a raczej ich brak) a więc po godzinie stania dowiadujemy się że na górę bilety można kupić dopiero za 3h i to w nowej kolejce decydujemy się wjechać tylko na Skybridge czyli 41 piętro. Winda jedzie z prędkością piętro na sekundę, a w sali oglądamy 7minutowy film o firmie, i dowiadujemy się że ze względów bezpieczeństwa obowiązuje zakaz żucia gumy – ubaw po pachy. Sam widok z mostku nie robi większego wrażenia, a wyprawa kończy się przejściem przez mały pokój techniki. Kolejnego dnia zabieramy plecaki i ruszamy stopem do Singapuru. Jednak późny start i wydostanie z miasta zajmuje nam dużo czasu, dodatkowo niespodziewanie dopada nas ulewa… za miasto trafiamy po 17.00 a pierwszego stopa łapiemy tuż przed wjazdem na autostradę. Zabiera nas mężczyzna, który pracuje w obsłudze autostrady i wywozi na dogodnie usytuowaną stację benzynową. Tutaj po długim czasie łapiemy ciężarówkę którą podróżujemy spory kawałek, lecz gdy wysiadamy jest już godz.22.00 i czas na nocleg. Docieramy do stacji benzynowej, która jest ciągle w budowie. Po krótkiej rozmowie ze stróżem dostajemy pozwolenie na robicie namiotu przy dystrybutorze nr 1 ;p Pan lituje się chyba nad nami, gdy mu mówi że chcemy się rozbić na pobliskiej łące, bo mówi że to niebezpieczne bo tam pełno jadowitych węży więc możemy zostać tutaj. Co więcej chyba nas polubił, bo zabiera jeszcze nas na pyszny zimny sok ze świeżych ananasów i pieczone kawałki kurczaka w sosie chili… mniamucha ;p Drugi dzień nie rozpoczyna się brawurowo bo przez pierwsze 1,5h nie możemy nic złapać aż w końcu pakujemy się do auta… uwaga!!! w 3 z tyłu na kolanach trzymając nasze wielkie plecaki… hehe sardynki przy nas to mają luz… podobnie jak chłopaki którzy nas wiozą bo po tym jak wysiadamy jadą tyłem pod prąd zjazdem z autostrady by ponownie się na nią dostać. Tutaj wychodzimy na autostradę i to się opłaca bo już po chwili łapiemy jeepa który wiezie nas ponad 200km tuż pod Johor Bahru, gdzie w moment łapiemy kolejnego vana i tym dostajemy się już do samego przejścia granicznego z Singapurem 😉