Archiwum dla plaża

Ostatnie dni w Azji czyli Indonezja cz. III

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Maj 2, 2011 by wstronemarzen

Kolejny prom, kolejna przeprawa no ale przecież to Indonezja i do tego trzeba się przyzwyczaić, tym bardziej że jeszcze kilka takich przepraw nas czeka. Ale teraz nam się trochę spieszy, na Bali czekają znajomi (większość z nich pracuje razem z Wojtkiem) co więcej zapraszają nas na wieczór na imprezę a więc do dzieła. O ile wpływu na szybkość promu nie ma to już po drugiej stronie na Bali trzeba szybko złapać jakiegoś stopa. Musimy dostać się do Denpasar a tam już niedaleko do Kuty gdzie właśnie na nas czekają. Gdy tylko wychodzimy z portu udaje się złapać tira. Uff co za ulga i jedzie jeszcze tam gdzie chcemy teraz na pewno zdążmy… a jednak nie !!! To jeden z gorszych stopów. Przejechanie ponad 150km zajmuje im UWAGA 8h… koło 3 lądujemy jakieś 30km od celu… środek nocy jakieś skrzyżowanie a co grosza na imprezę już nie zdążymy… O dziwo udaje nam się złapać stopa a małżeństwo które nas zabiera nawet zbacza z drogi by nas podrzucić… niestety w mieście o 4 rano korek jak w szczycie w centrum Wrocławia… na miejscu jesteśmy koło 5 a do tego dopada nas ulewa… ze znajomymi spotkamy się jutro a teraz idziemy na plaże. I tam wielki zawód rajskie plaże na Bali to wysypisko śmieci. Takiego syfu to nawet nie było w Indiach i Bangladeszu. Jesteśmy zwiedzeni a do tego znowu ulewa, a nawet oberwanie chmury. Włamujemy się do budki ratowniczej która też przecieka ale lepsze to niż stanie pod gołym niebem, przynajmniej plecaki nie przemokną. Poznajemy tutaj też starego Niemca, który urodził się w Legnicy a teraz mieszka w Australii, w Queensland i jest profesorem historii na jednym z uniwersytetów. Daje nam adres i zaprasza do siebie jeśli tylko będziemy w jego okolicach. Ulewa ustaje a Kuta zamienia się w Wenecję, gdzie ulice przykryte są wodą. My spotykamy się ze znajomymi w składzie: Magda, Krystian, Renata, Agnieszka, Bartek, Adam. Razem spędzamy dwa dni w ciągu których wylegujemy się w hotelowych basenach, odwiedzamy świątynię położoną na wyspie. W tym uroczym miejscu o pięknym skalistym wybrzeżu oglądamy też zachód słońca. W ostatni dzień organizujemy sobie dobrą imprezkę. Z tego miejsca chcielibyśmy im bardzo podziękować za pomoc, za nocleg i za świetne towarzystwo i zabawę. Wielkie dzięki i do zobaczenia w Polsce, a może jeszcze gdzieś na trasie ;p Po 2 dniach wspólnego imprezowania wracamy do Denpasar (oczywiście stopem) gdzie mieszkamy u jednego z couchsurferów. Tutaj spotykamy się też z Majo i Hanne. Po zostawieniu nadmiaru bagażu ruszamy w stronę Komodo a że dziewczyny jadą przez pewien czas w tym samym kierunku to podróżujemy razem – w piątkę. Oczywiście jedziemy stopem. Kolejnym promem przedostajemy się na Lombok. Na wyspę docieramy w nocy a że udaje nam się znaleźć tani nocleg gdzieś na poddaszu to robimy małą polsko-fińskom imprezę, gdyż właśnie tutaj nasze drogi będą się rozchodzić. Dziewczyny zostają tu dłużej, my jednak musimy jechać dalej a zatem rano żegnamy się i kolejnymi stopami ruszamy w drogę. Najpierw docieramy do portu gdzie promem dostajemy się na Sumbawę. Na miejscu pierwszy szok, a co chwilę z naszych ust da się słyszeć : tu chyba nikt nie mieszka, to jakieś odludzie… Fakt!!! Żadnego samochodu, widać tylko kilka domów przy których ktoś się krząta. Mało optymistyczna wiadomość w kontekście podróży stopem tym bardziej że mamy setki kilometrów do przejechania. Zaczynamy maszerować, nie jest łatwo ale widoki i cisza w około sprawiają że uśmiech nie znika nam z twarzy. Ale szczęście nas nie opuszcza, po prawie pół godzinie jedzie jakieś auto, oczywiście łapiemy je na stopa, później kolejne dwa i pierwsze 200km za nami. Jednak zrobiło się ciemno a my utknęli na jednym z przystanków. Jesteśmy mało widoczni, żeby nie powiedzieć że w ogóle nas nie widać, a zmęczenie daje znać o sobie. A zatem każdy znajduje sobie swój własny kąt na przystanku autobusowym (czyt. Jakaś bambusowa ławka i kawałek dachu, który jednak chroni przed nocnym deszczem) po czym zasypia. Następnego dnia ruszamy dalej, pokonując kolejne kilometry. Jedziemy przeróżnymi autami. Jest tłusty czwartek a nam nawet udaje się skosztować pączków (albo czegoś na wzór początków) choć lądujemy na totalnym odludziu. Podróż ułatwia nam fakt że jest tu tylko jedna droga więc jeśli ktoś już jedzie to musi jechać właśnie nią. Przerażająca jest tylko jakość tej drogi. W asfalcie jamy takie że ze dwa borsuki by się zmieściły a zatem prędkość naszej podróży jest zdecydowanie usypiająca. Udaje się jednak dotrzeć na koniec wyspy skąd czeka nas prom na wyspę Flores a później już na Komodo. Jednak teraz jest noc więc wynajmujemy jakiś tani pokój i czekamy do rana. I wtedy spotyka nas gorzka prawda, strajk w porcie. Promy nie pływają choć jest szansa że wieczorem coś popłynie. Jednak szef portu nie jest nam w stanie udzielić precyzyjnych informacji co więcej mówi że jeśli nawet prom popłynie nie wiadomo kiedy wróci. My mamy zdecydowanie ograniczony czas bo 9 marca lecimy już do Australii a jeszcze wiele drogi powrotnej nas czeka. Już wiemy że jedyna droga zobaczenia Komodo to wynajęcie prywatnej łodzi. Jednak cena jak nam oferują spędza nam sen z powiek. 3mln rupii to najniższa propozycja jak udaje się nam uzyskać. Jednak to wszystko co mamy a więc zmuszeni jesteśmy się poddać. Komodo zostanie niespełnionym marzeniem po które trzeba będzie przyjechać innym razem podczas następnej podróży. Trochę zasmuceni wracamy z powrotem. Jednak rozsądek wziął górę czasem tak bywa. Trzeba z czegoś zrezygnować żeby podróżować dalej. Udaje nam się za to złapać stopa którym podróżujemy nie tylko przez całą Sumbawę ale i Lombok, gdzie zatrzymujemy się w Mataram. Zabiera nas trójką niesamowitych kolesi, którzy traktują nas jak rodzinę a raz w nocy dzięki przytomności umysłu kierowcy, unikamy napaści ze strony tubylców (30 chłopa atakuje nas kamieniami i próbują dostać się na pakę gdzie leżymy lecz kierowcy udaje się uciec). W Mataram dziękujemy za pomoc i udajemy się na Gili czyli jedną z piękniejszych wysepek Indonezji. Tutaj wynajmujemy sobie małą chatkę i postanawiam przez 3 dni odpocząć od przyjemnej lecz morderczej podróży stopem jaką mieliśmy podczas miesięcznej podróży przez ten kraj. Relaks na Gili nam służy a największą atrakcją okazuje się snorkeling, gdzie mamy możliwość nie tylko oglądania namiastki rafy koralowej ale także pływania z metrowymi żółwiami, (szczególną frajdę sprawia nam zabawa z jednym nieco mniejszym żółwiem ;p). 3 dni mijają szybko a my ruszamy do Denpasar skąd mamy lot do Australii. W mieście spędzamy jeszcze 2 dni podczas których załatwiamy wszystkie pilne sprawy. 9 marca lecimy do Darwin w Australii i mimo że jeszcze na lotnisku w Denpasar zostajemy wyprowadzeni z równowagi ze względu na jakieś absurdalne opłaty to sama myśl o krainie kangurów sprawia że gdy tylko wchodzimy do samolotu jesteśmy chyba najszczęśliwszymi osobami na całym pokładzie;)

Reklamy

urodzinowe plażowanie…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Z Phnom Penh udajemy się na południe by spędzić kilka dni w Sihanoukville Oczywiście na miejsce zamierzamy dotrzeć stopem, lecz wcześniej czeka nas długi marsz za miasto by coś złapać. Po drodze na jakimś rumowisku widzimy zgraję ludzi, przystajemy więc by zobaczyć czym zainteresował się ten tłum gapi, po czym okazuję się że obserwują pokaz, w którym jakiś uliczny artysta bawi się z kobrami. Węże swobodnie pełzają po placu, stanowiąc duże zagrożenie nie tylko dla samego artysty (który pokazuje w międzyczasie liczne rany na nogach i rękach po kolejnych ugryzieniach) ale też dla wszystkich obserwujących to widowisko. My przystajemy na chwilę ale zaraz ruszamy dalej bo zaczyna się ściemniać a my musimy złapać jakiego stopa. Nie jest to zbyt proste zadanie ale wykorzystując światło ulicznych latarni udaje nam się złapać pick-up który zabiera nas prosto do celu. Tutaj wysiadamy pod jedną z plaż po czym udajemy się nad wodę by znaleźć jakiś bar który mógłby stać się naszym domem na kilka kolejnych dni. Jedna rundka i po chwili mamy już wybrańca. Zamawiamy piwo a po kilkunastu minutach mamy już zapewniony nocleg na wygodnych fotelach… sama plaża w Kambodży robi na nas niesamowite wrażenie. Mnóstwo barów, zabawa na całego, fajerwerki, muzyka, ognisko a co istotne piwo za ćwierć dolara;p. To chyba najbardziej rozrywkowa plaża naszej wyprawy na jakiej na razie mieliśmy okazję przebywać. W Sihanoukville zostajemy 4 noce. Tutaj też odbywają się urodziny – ćwierćwiecze Maria i jak łatwo się domyślić impreza trwa całe 5 dni. Podczas tego czasu na dobre zżyliśmy się z obsługą baru. Właścicielami są młody i stary Anglik oraz jakiś ciemnoskóry miejscowy nazywany lazy boy. Obsługę natomiast stanowi „Marysia” i trzech młodych chłopaków. My do dyspozycji mamy wygodne łóżka, plecaki przechowujemy w specjalnym pomieszczeniu a w wolnym czasie gramy w bilard, kąpiemy się w morzu, opalamy, pijemy piwo, czy też jemy ananasy albo wielkie homary. Urodziny Maria to oczywiście najgrubsza impreza tego pobytu a rozpoczyna je seria fajerwerków. Oczywiście wedle umowy Wojtek i Tomek golą mu głowę zostawiając irokeza, którego dogalają następnego dnia. Nie brakuje również tortu który przybiera wyjątkową formę a mianowicie zrobiony jest na biszkoptowej podstawie wypełniony masą ananasowo – cytrynową i czymś na wzór bitej śmietany. Jednym słowem pychota a ten smak chodzi za nami do dziś. Podczas pobytu zostajemy również zaproszeni na bankiet z okazji promocji dobrego koniaka. Co prawda jesteśmy jedynymi osobami którzy nie posiadają własnego baru na plaży a mogą uczestniczyć w tej imprezie, za to szwedzki stół i darmowe drinki wydają się nie mieć końca. Kambodżańskie plaże robią na nas naprawdę duże wrażenie a klimat jaki tu panuje jest godny uwagi. Radość z jaką miejscowi podchodzą do turystów jest niesamowita, a sama okolica wzbogacona o liczne skałki rozsiane w wodzie jest naprawdę urokliwa. My ze smutkiem żegnamy się z naszymi nowymi znajomymi dziękując zarazem za okazaną gościnności i niezwykle urodziny jakie mogliśmy zorganizować Mariowi. Ruszamy zatem dalej tym razem w stronę granicy z Wietnamem. Oczywiście dalej realizujemy autostop podróżując między innymi na workach z cementem przewożonych przez jednego z tirów. W drodze na granicę spędzamy jeszcze jeden dzień w stolicy, lecz już następnego dnia docieramy na samo przejście.

Musimy przyznać że jak na razie Kambodża była najlepszym krajem w jakim mieliśmy okazję być. Niezwykłość miejsc oraz niesamowicie pozytywna energia jaką swoim uśmiechem rozsyłają ludzie mieszkający z tym kraju sprawia że każdy z chęcią kiedyś by tu jeszcze wrócił…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Po prostu Tajlandia…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , on Styczeń 4, 2011 by wstronemarzen

Po przekroczeniu granicy z wielką radością ruszyliśmy dalej, bo w końcu nic nie działa tak pozytywnie jak zmiana kraju. Nowe miejsca, jedzenie, inna kultura a przede wszystkim ciekawość to to, co nas kręci najbardziej. Obiad w pierwszej knajpie – pieczone skrzydełka z chlebem z pobliskiego marketu to nasz pierwszy obiad w Tajlandii a zarazem ostatni w tym stylu bo od tej pory zaczną królować owoce morza w postaci krewetek, kalmarów, ośmiornic i tym podobnych. Tutaj choć jest już późno i co chwila przeszkadza nam deszcz próbujemy łapać stopa. O dziwo co chwile ktoś zwraca nam uwagę że to niebezpieczne miejsce i że ktoś może nas tu zabić. To dziwne więc nie zamierzamy rezygnować aż w końcu udaje się przekonać jednego pana by zabrał nas kawałek dalej a potem udaje się złapać ciężarówkę która zabiera nas do następnej większej miejscowości. Jak się okazuje początkowe gestykulacje palcami jakie kieruje do nas kierowca nie oznaczają wbrew naszym przypuszczeniom obawy przed policją o zbyt dużą liczbę osób w kabinie a wręcz przeciwnie. Okazuje się że oprócz nas i kierowcy jedzie jeszcze jego przyjaciel. Hehe trochę ciasno ale dajemy radę. Choć najpierw zajeżdżamy do wulkanizatora bo mamy kapcia, na szczęście młody chłopak co tam pracuje uwija się znakomicie i po nie długiej przerwie jedziemy już dalej. Do naszego celu docieramy około północy a na nasze nieszczęście leje niemiłosiernie. Zgodnie z wskazówkami kierowcy udajemy się na posterunek policji gdzie zamierzamy spędzić noc. Tam stajemy się małą maskotką i otrzymujemy wszystko co chcemy. Na początku mamy spać na ławkach przy budce posterunkowej, później w samej budce aż w końcu w jakimś służbowym pomieszczeniu. Jak się jednak okazuje są tam cele a w nich jacyś aresztowani więc rozkładamy sobie moskitierę pod daszkiem na stołówce, na świeżym powietrzu i tu chcemy na karimatach spędzić noc. Wszystko byłoby dobrze, gdyby w nocy nie przyszła największa jak do tej pory ulewa w naszej podróży, a ze względu na błędy w konstrukcji w nocy przez karimaty przelewa nam się rzeka wody, toteż budzimy się cali mokrzy. Widocznie monsun nas polubił bo jak i w nocy tak i w dzień dopadają nas ulewy. Wesoła sytuacja ma miejsce podczas pierwszego stopa tego dnia kiedy 3 mężczyzn jadących pick-upem zatrzymuje się i z chęcią nas zabiera. Wrzucamy plecaki na pakę po czym Tomek otwiera jedne drzwi a widząc że wiszą tam koszulę mówi do Maria by spróbował z drugiej strony. Ten robi to samo lecz z jego strony siedzi wielki gruby koleś który wyraźnym gestem pokazuje że nasze miejsce jest na pace. Hehe Mario uśmiecha się szczerze po czym po chwili cała trójka siedzi już na pace. Nasz kierowca gna niesamowicie wyprzedzając wszystkie inne auta toteż padający deszcze nas omija, ponieważ siedzimy schowani za kabiną a pęd powietrza zabiera wszystko nad nami. I tak przejeżdżamy 200km a kiedy za chwilę mamy wysiąść trafiają się 3 czerwone światły na których pół minutowy postój moczy nas zupełnie. Panowie odwożą nas na stację autobusów skąd wyruszamy za miasto do mniejszej miejscowości. Pech chce że Tomek zostawia softshella w autobusie. Jednak sprawna akcja policjanta którego spotykamy sprawia że po pewnym czasie zguba zostaje odzyskana. Stąd łapiemy ciężarówkę do kolejnego większego miasta. O dziwo szybko pokonujemy trasę wschodniego wybrzeża mimo że monsun nie zamierza nam nic ułatwiać. Stacja do której docieramy okazuje się magiczna bo udaje nam się tu (co prawda już o z mroku) złapać ciężarówkę, która jak do tej pory okazuje się być najdłuższym stopem podczas naszej podróży. Trzech mężczyzn którzy nią podróżują bez chwili zawahania zapraszają nas do środka, a my gdy tylko wrzucamy plecaki na pakę wsiadamy do kabiny. Sześć osób to naprawdę jest ciasnota ale czego nie robi się by za jednym razem pokonać ponad 900km bo właśnie tyle udaje nam się przejechać tym stopem. Podróżujemy całą noc, zatrzymując się w różnych miejscowościach na rozładunek towaru. W nocy też dwójka kompanów kierowcy przenosi się na pakę by tam kontynuować podróż, dzięki czemu my mamy dużo więcej miejsca dla siebie w środku. Zabawny jest kierowca, który czasem przysypia a gdy skręca sobie papierosy to jedzie zygzakiem mimo to dzielnie znosi całą noc za kierownicą a w dodatku prowadzi dość pewnie. Gdy zbliżamy się do Bangkoku wysiadamy na jednej z krzyżówek skąd możemy udać się do Kanchanaburi. Muszę jeszcze wspomnieć, że jadąc tu bardzo się spieszyliśmy ponieważ chcieliśmy spędzić święta w Świątyni Tygrysów a czasu nie mieliśmy za wiele. W samym Kanchanaburi odwiedziliśmy między innymi most na rzece Kwai, który podczas wojny był wiele razy niszczony i ponownie odbudowywany. Jak się po raz kolejny okazuje łapanie stopa w Tajlandii jest tak proste że aż szkoda jeździć czymś innym. Momentami nie zdążymy wysiąść z jednego samochodu, gdy już stoi następny który chce nas zabrać dalej. Sama podróż do Temple Tigers mija bardzo szybko a my podróżujemy to krótszymi to dłuższymi stopami poznając przy tym ciekawych ludzi. Gdy docieramy na miejsce wejście jest już nieczynne a ostatni turyści opuszczają właśnie świątynie. Stoi mnóstwo taksówek i pojazdów grup zorganizowanych toteż wielkie jest ich zdziwienie kiedy my docieramy tam stopem (tym bardziej że trzeba zjechać kawałek z głównej drogi) i wyrzucamy z paki nasze wielkie bagaże. Po czym rozsiadamy się na wielkich wygodnych fotelach obsługi i czekamy na jakiegoś mnicha z który moglibyśmy porozmawiać o ewentualnym pozostaniu na kilka dni w świątyni. Trochę martwi nas że to miejsce wygląda na dość skomercjalizowane, a już sama droga tutaj z wielkim rzeźbionym w skale tygrysem i budującym się hotelem świadczy że niezły interes się tu kręci. Na miejscu jest tylko mnóstwo obsługi z którą szybką łapiemy kontakt i rozgrywamy kilka meczy w ich siatko-nogę. A gdy tylko dobrze się rozgrzejemy nasza trójka staje się teamem nie do pokonania toteż zyskujemy wielki szacunek. Udaje nam się również porozmawiać z wolontariuszami, którzy mówią że wolontariat jest możliwy ale najkrótszy trwa miesiąc a najbliższy wolny termin to marzec i zapisy dokonuje się przez internet. A zatem wizja spędzenia świat tutaj zaczyna się oddalać. Wieczorem widzimy mnicha będącego założycielem tej świątyni jednak nie udaje nam się z nim porozmawiać, jedynie jego człowiek poświęca nam chwilę. Dowiadujemy się, że tak jak przypuszczaliśmy na świta tutaj nie może liczyć a zatem pozostaje nam tylko zwiedzanie następnego dnia. Gdy oznajmiamy że rozbijemy się tutaj pod wejściem bo nie mamy pieniędzy i musimy spać w namiocie szefu daje nam pokój w hotelu dla wolontariuszy po czym zostajemy tam odwiezieni służbowym autem przez naszych wcześniejszych sparing partnerów. Noc na wygodniutkich łóżkach dobrze na nas działa a jeszcze lepiej poranny prysznic. Gdy już jesteśmy gotowi ruszamy łapać stopa do miasta by wybrać pieniądze na wszystkie potrzebne tego dnia atrakcje. Stopy tak jak już mówiłem to bardzo prosta rzecz więc w jedną i drugą stronę podróżujemy dość sprawnie jadąc między innymi zawsze budzącą u nas ciekawość ciężarówką z drewnianą kabiną. Gdy docieramy do świątyni kupujemy bilety i idziemy na spotkanie z wielkimi kotami. Początkowo przejście przez pastwiska, lasek gdzie biegają jakieś sarny i dziki, a następnie przejście koło wielkiej sadzawki w której leży stado przypominające bawoły. Kawałek dalej po raz pierwszy możemy ujrzeć tygrysy. Na początku trzy, może nie wielkie, przy których siedzą mnisi. Tu już robimy pierwsze zdjęcia, i po raz pierwszy dotykamy tych wielkich kotów. Uczucie jakie temu towarzysz jest niesamowite a momentami aż łzy cisną się do oczu. Radość na naszych twarzach i moc emocji jest ciężka do opisania. Następnie wędrujemy do miejsca gdzie za dodatkową opłatą ludzie mogą osobiście nakarmić i umyć tygrys. Później przechodzimy przez most umieszczony nad wybiegami gdzie po drodze widzimy jeszcze lwa i niedźwiedzie. W końcu jednak docieramy do skalnego kanionu w którym odbywa się wszystko co najciekawsze w tej świątyni. Z daleko widać kilkanaście tygrysów które na łańcuchach leżą pod parasolami odlanymi z betonu. Ludzie zupełnie za darmo (jeśli tylko posiadają własne aparaty ) mogę robić sobie z nimi zdjęcia. Oczywiście nie wszyscy na raz a procedura w jakiej to się odbywa jest ściśle określona. Wszyscy stoją w jednej kolejce, z której zabiera się po kolei po jednej osobie. Każdą osobą zajmują się dwie osoby z obsługi, przy czym dziewczyna prowadzi daną osobę za rękę a chłopak robi zdjęcia. I tak podchodzi się po kolei do każdego z wielkich kotów jakie tam się znajdują. My oczywiście już na wstępie mamy łatwiej bo większość obsługi to chłopaki którzy grali dzień wcześniej z nami w piłkę, a że dostali sromotne lanie okazują nam pełen szacunek i pomoc. Na pierwszy ogień idzie Tomek a tuż za nim Wojtek, jako ostatni na sesję z kotami udaję się Mario, dla którego właśnie spełnia się jeden z celów tej podróży i jedno z wielkich marzeń. Szkoda tylko że gdy chce się przytulić do jednego z kotków niestety nie dostaje pozwolenia no ale względy bezpieczeństwa trzeba zrozumieć, tym bardziej że największy z kotów waży ponad 200kg. Po sesji udaje nam się załapać ( za niewielką opłatą ) na specjalny pokaz. Odbywa się on tylko raz dziennie i może uczestniczyć w nim tylko 20 osób. Pierwsza część to odprowadzanie tygrysów. Każdy z uczestników spektaklu ma okazję dotknąć i iść koło wielkiego tygrysa gdy ten już bez żadnych łańcuchów i smyczy w spokoju wędruje na swój wybieg. Oczywiście uczucie i emocje jakie temu towarzyszą są niesamowite a sama chwila zostaje zapamiętana na całe życie. Następnie zostaje przyszykowane ogrodzenie z siatki o wysokości ok. 1,2m w którym znajdują się wszyscy oglądający spektakl. Tygrysy natomiast biegają wolno dookoła i z pomocą obsługi wykonują różne ewolucje. Choć czasem są leniwe to 4metrowy bambus z zawieszoną na końcu reklamówką staję się doskonałym narzędziem do zabawy z nimi. Koty skaczą do wody ze skał wykonując niesamowite ewolucje, czy też stają na dwóch łapach co pokazuje jak są potężne. Na koniec wdrapują się nawet na drzewa i to z niezwykłą zwinnością pomimo swojej wielkiej masy, a ich pazury sięgają nawet 4metrów wysokości. Po cały spektaklu udajemy się do wyjścia nie mogąc do końca jeszcze uwierzyć czego świadkami byliśmy jeszcze przed chwilą. Tutaj ze spotkaną koleżanką z Polski – Sandrą, która jest stewardessą w Qatarskich liniach, podjeżdżamy pod nasz hotel. Gdy tylko spakujemy nasze plecaki idziemy na stopa i w niespełna 2h dostajemy się do Bangkoku. Oczywiście pierwszy kierunek to kafejka internetowa, gdzie udaje nam się umówić z May u której dziś będziemy spać. Gdy czekamy na nią w umówionym miejscu, dostajemy tysiące propozycji odnoście erotycznych fantazji od taksówkarzy stojących tuż obok. Oczywiście największym hitem jest ping-pong show, którego fabuły jednak nie będę przetaczać. Ludzie nie mogą zrozumieć kiedy pytamy o drogę do miejsca gdzie można coś zjeść a nie o erotyczny masaż itp. Tutaj po prostu wszystko opiera się wyłącznie o jedne doznania. Jednak jak się później okaże to jedyna z tak ukierunkowanych dzielnic w jakich mieliśmy okazję wylądować. Gdy przyjeżdża po nas May udajemy się do jej mieszkania, po czym po krótkiej chwili jedziemy już na pierwszą imprezę w Bangkoku. Jednak ze względu na to że późno docieramy na miejsce a większość klubów otwarta jest tylko do 2.00 kończy się na przysłowiowej szklance whisky. Powrót do mieszkania okazał się niezbyt szczęśliwy bo nasze głośne zachowanie spowodowało że następnego dnia czeka nas przeprowadzka do mamy i dziadków May. Po prostu nas wyrzucili ;p Następny dzień to oczywiście wigilia więc przed przeprowadzką robimy jeszcze zakupy w tesco kupując wszystko co niezbędne na to by przygotować niezapomnianą wigilijną kolację. W sklepie oczywiście musimy jeszcze trochę nabroić toteż kradniemy z jednego stoiska mikrofon po czym Wojtek zaczyna bit-boksować na cały sklep. Oczywiście pani ze stoiska nie bardzo się to spodobało i po chwili zostajemy pozbawieni naszej nowej zabawki. Gdy tylko docieramy do domu dziadków May zabieramy się za przygotowanie kolacji. Oczywiście cała rodzina stara nam się pomóc. My dostajemy do dyspozycji wszystkie naczynia, a babcia smaży nam wszystkie potrawy rybne i frytki ;p Mario robi ciasto, które rozwałkowuje butelką po piwie. Wojtek szykuje kapustę na farsz a Tomek obiera i kroi pieczarki, po czym wszyscy lepimy uszka. Jak się okazuje wychodzą pyszne i nawet żadne nie rozpada się pod czas gotowania. Oprócz uszek, na wigilii mamy jeszcze rybę, pierogi z krabami, kulki rybne, krewetki w cieście, chleb, barszcz czerwony, sos grzybowy, pieczarki z kapustą, ciasto bananowe, opłatek, groch, fasola i frytki. Gdy wszystko jest już gotowe w trójkę zasiadamy do kolacji wcześniej dzieląc się opłatkiem i składając sobie życzenia. To chyba najtrudniejszy moment tej wyprawy i każdemu cieknie choćby mała łezka. No ale sami tak wybraliśmy. Kolacja jest pyszna a uszka smakują nam niesamowicie. Wieczorem udajemy się najpierw do kafejki by przez skype spotkać się choćby wirtualnie z rodzinami a później na miasto, gdzie smakujemy trochę życia nocnego. I tak przez kolejne dni świąteczne. Nasze mieszkanie w którym teraz przebywamy to troszkę inny styl. Śmieje się że to taki nasz kurniczek, wszystko jest na dworze a śpimy na skrzynkach drewnianych pod moskitierą. Nie zmienia to faktu że jest tu fajnie i wesoło. Babcia i mama May robią nam śniadania i pranie. Mieszka tu wesoły dziadek którego cały dzień nie ma a wieczorem na migi opowiada nam o boksie tajskim. W sumie jeśli idzie o boks to wszystkie kobiety w tym domu cały dzień siedzą przed TV i go oglądają popijając przy okazji piwo albo whisky. Zobaczyliśmy trochę nocnego życia w Bangkoku, zwiedziliśmy kilka fajnych rzeczy po czym postanowiliśmy do czasu sylwestra udać się do Pattayi a później na wyspę Koh Larn. Zabierając małe plecaki, oczywiście na stopa ruszyliśmy przed siebie. Trochę zawirowań podczas jazdy było ale w końcu przed zmrokiem udało się dotrzeć się na miejsce. Miasto typowo turystyczne, w którym roi się od salonów masażu, klubów i hoteli. My wybraliśmy noc na plaży, którą spędziliśmy na leżakach – które tutaj kosztują 2zł za dobę. Przerażający widok panuje na ulicach gdzie roi się tu od lady boys. Widok ten jest o tyle przerażający kiedy widzi się starszych napitych panów którzy korzystają z ich usług. Przerażenia jakie ogarnia ich z rana musi być nie do pozazdroszczenia. Z samego rana udaliśmy się do portu skąd złapaliśmy statek na wyspę. Tutaj wybraliśmy sobie najładniejszą plażę, na której, na środkowym pasie leżaków rozbiliśmy swój obóz, oczywiście u naszej nowej Marysi – tak nazywamy wszystkie nowe poznane Panie;) Co prawda Marysia to była osoba która wstawała pierwsza na całej plaży i każdego ranka stukała nam w namiot mówiąc że tu nie można się rozbijać, to i tak ją bardzo lubiliśmy. Ludzie na wyspę przypływali koło 9 rano a już koło 17 robiło się pusto. Oprócz nas na plaży nie pozostawał nikt. Każdego rana woda z przypływem podchodziła pod same leżaki by wieczorem cofnąć się ponad 50 metrów w morze. Piasek był biały, a woda turkusowa, mało tego miała z 30 stopni. Ludzie którzy tu przypływali to głownie Hindusi, Chińczyki i Rosjanie. Patrząc na to jak jedni kąpią się w ciuchach a drudzy robią niezwykle zabawne pozy do zdjęć (szczególnie podskoki) mieliśmy niezły ubaw. Poznaliśmy kilka miłych ludzi, a ci którzy mieszkali tutaj na stałe powoli zaczęli się do nas przyzwyczajać, jednak my uciekliśmy tuż przed sylwestrem. Spotkaliśmy również dwie miłe Rosjanki – oczywiście Marsie (tym razem to nie żart), które zapraszały nas na imprezę sylwestrową do Pattayi my jednak wybraliśmy zabawę w Bangkoku. Po powrocie do miasta załatwialiśmy ostatnie pilne rzeczy by przed upływem starego roku wiedzieć na czym stoimy. Sylwester w Bangkoku zaskoczył nas na różne sposoby. Minus to fajerwerki, które były krótkie i małą ekscytujące, ale może za rok w Rio będzie lepiej ;p Minus to również to że nigdzie nie mogliśmy kupić szampana. Sama impreza sylwestrowa była dość ciekawa lecz sposób zabawy i jej spędzenia w klubie znacznie różni się od tego jaki do tej pory przeżywaliśmy na polskich parkietach. No ale było to zapewne ciekawe doświadczenie a my mimo wszystko całkiem dobrze się bawiliśmy. Oczywiście poranne przybycie do domu spowodowało że kolejny dzień rozpoczęliśmy o godz. 17.00 Ciekawostką jest to że tutaj rozpoczął się rok 2554 a więc troszkę jesteśmy do przodu. Po sylwestrze mieliśmy znowu okazję być jeszcze na dwóch imprezach, gdzie udało nam się poznać między innymi Argentyńczyka, który już zaprosił nas do siebie i kiedy tylko będziemy w Buenos Aires to mamy koniecznie zostać u niego na trochę. Gdy w oczekiwaniu na załatwienie spraw urzędowych trochę zaczęło nam się dłużyć siedzenie w tym samym miejscu postanowiliśmy odwiedzić Ayutthaye. Miasto które jest wpisane na listę UNESCO zrobiło na nas ogromne wrażenie. Ilość zabytkowych świątyń i budowli poświęconych Buddzie jest tutaj ogromna a samo miasto umieszczone jakby na wyspie otoczone rzeką ma swój wyjątkowy klimat. My postanowiliśmy wypożyczyć sobie rowery toteż oprócz walorów kulturowych zafundowaliśmy sobie trochę rekreacji. Zwiedziliśmy między innymi Wat Chaiwattanaram czy Wat Phanan Choeng, czyli w świątynię w której znajduje się 13metrowy złoty Budda. Jego widok robi naprawdę spore wrażenie. W mieście mieliśmy też okazję zagrać krótki mecz w piłkę z miejscowymi chłopakami. Ze względu na to że mieliśmy sandały tylko Mario z Wojtkiem stanęli tym razem w szranki i ponownie wyszli z tego pojedynku zwycięsko tym razem ogrywając rywali 2:1. Oczywiście podróżując do tego wyjątkowego miejsca uskutecznialiśmy autostop choć musimy przyznać, że to nie był nasz dzień i szczególnie podczas drogi powrotnej mieliśmy sporo trudności toteż musieliśmy wspomóc się autobusem. Wracając jeszcze do spraw ogólnych związanych z Bangkokiem to jest to miasto z którego nie da się wydostać stopem. Jeśli jeździ się tuk-tukiem to można robić to za darmo lecz trzeba najpierw odwiedzić kilka sklepów by kierowca dostał talony na paliwo. Nas wożono głównie po sklepach z garniturami, lecz nasz kierowca nie był za bardzo zadowolony, ponieważ mieliśmy tam siedzieć ok. 15minut, a nas z reguły już po chwili wyrzucano z hukiem, gdy tylko mając dość natrętnych sprzedawców zaczynaliśmy sobie trochę z nich żartować. Trzeba przyznać że bardzo tanim środkiem transportu są tu taksówki (roi się tu od nich) i naprawdę opłaca się nimi przemieszczać. Ciekawą sytuację spotkaliśmy też w jednym z klubów nocnych w którym mieliśmy okazję przebywać. Kiedy na parkiecie pojawiła się naprawdę ładna dziewczyna a nie lady boy to dwóch panów zaczęło się o nią licytować i dopiero ten który wygrał miał prawo z nią tańczyć… dobrze że w Polsce tak nie ma ;p Jedliśmy tu również wiele wspaniałych potraw i przysmaków (na razie najlepsze jedzenie ze wszystkich krajów) szczególnie smakowały nam owoce morza i wszelkie kombinacji dań z bananami. W Bangkoku kupiliśmy też bilet lotniczy do Medan na Sumatrze i już 12 lutego lecimy do Indonezji. Z tego względu załatwiliśmy już wszystkie pilne sprawy i już jutro ruszamy zobaczyć Kambodżę, Wietnam i Laos by ponownie wrócić tutaj, skąd mamy lot.

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , on Styczeń 4, 2011 by wstronemarzen

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , on Styczeń 4, 2011 by wstronemarzen

Goa…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , on Październik 20, 2010 by wstronemarzen

Goa przywitalo nas deszczowa aura. Hehe to troche smieszne bo ten deszcze to jak zbawienie szczegolnie ze temperatura w sloncu wynosi ok 40 stopni a wody w morzu zbliza sie do 30. Jak tylko weszlismy na plaze otocvzylas nas grupa miejscowych kobiet probujac sprzedac przerozne korale. Jednak wsrod nich byla takze Sunita ktora bardzo polubilismy i ktora zaoferowala nam wszelaka pomoc. Nasz namiot rozbilismy pood palemka, na plazy, ktore nalezy do naszej krolowej Goa. Obok namiot mam swoje lezaczki na ktorych spedzamy wiekszosc dnia. Tiomek co prawdca narzeka na kruki ktore nie daja spokoju jednak po za tym wszystko gra. Sonko dalo nam juz popalic dlatego spieczeni unikamy go jak sie da. Czasem jeszcze opady deszczu i komary sa dokuczajce, jednak te drugie skutecznie zwalczaja zakupione repele mimo ze zdarza sie ze nas cos ugryzie. Sezon rusza tu za dwa tygodnie jednak my tak dlugo nie zostaniemy. Mimo to teraz tez dobrze sie bawimy. Jemy ananasy i rybki, kapiemy sie co chwila w morzu i pijemy od czasu do czasu piwko;p Zbieramy muszle z krabami i nawet mamy wlasna ochrone w postaci ludzi Sunity. Dzis nawet skorzystalismy z prysznica w postaci studni i wiadra wody ( Wojtek z Mariem nie mogli sie nadziwic jak mozna sie umyc we dwoch w 1/4 wiadra wody ale sie udalo, choc na poczatku mieli przeboje kiedy wiadro zerwalo im sie wstudni mimo wielu neskutecznych prob Wojtek dzieki swym rozmiarom wydobyl wiadro i mozna bylo kontynuowac prysznic;p). Dzi rowniez zrobilismy pranie a Tomcio bawil sie w krawca cerujac naderwany po podrozy Maria plecak i swoje sandaly. Mario natomiast zostal wpisany na liste sumity jako oczekujacy jej maz, troche przyjdzie mu poczekac ale dla krolowej Goa warto;p Jutro szykuje sie dobra impreza bo Wojtek obchodzi swoje 24 urodziny i z tej okazji Tomcio i Mario skladaja mu najlepsze zyczenia i wielu wrazen podczas podrozy, mamy rowniez nadzieje ze i Wy sie do tych zyczen dolaczycie. My tym czasem wracamy na nasza rajska plaze z ktorej przesylamy serdeczne pozdrowienia:) do uslyszenia w krotce…

p.s. zdjec na razie nie mamy jak dodawac i z gory przepraszamy za bledy ale nie ma polskich znawkow a i pisanie na klawiaturze ktora jest w woeku nie jest proste.\ i jeszcze wyjasnienie do muttona, gdyz nastapila pomylka zostalismy poinformowani ze to pies… naszczescie nie !!!!!!!!!!!;)