Archiwum dla mnichu

Niezwykła historia mnicha… czyli ostatnie dni w Tajlandii…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , on Marzec 17, 2011 by wstronemarzen

Mieliśmy jechać na Ko Chang jednak zaproszenie na urodziny od zaprzyjaźnionego mnicha sprawiło, że w ostatniej chwili postanowiliśmy zmienić nasze plany i udać się do Pattayi, gdzie obecnie nasz tajski przyjaciel przebywał, i gdzie wyprawiał urodzinowe party. Na mieście kupiliśmy skromny prezent w postaci bardzo wesołej czapki, po czym miejskim autobusem ruszyliśmy po za granice Bangkoku gdzie zamierzaliśmy złapać stopa do Pattayi. Autobus trochę się wlókł toteż zanim dojechaliśmy do ostatniego przystanku zdążyło zrobić się ciemno. Tam po wyjściu na drogę do Pattayi zaczęliśmy łapać stopa. Mimo iż zatrzymywało się wiele aut i przez nas na trzypasmowej drodze zrobił się korek, to nikt nie chciał nas zabrać. Aż w końcu jeden z mężczyzn jadący z pracy do domu (co prawda tylko jakieś 15km dalej) zabrał nas po czym w czasie drogi postanowił zmienić swoje plany i zawiść nas do samej Pattayi jednak stawiając jeden warunek, a mianowicie mieliśmy odwiedzić jego rodzinny dom, gdyż rodzice i żona nie za bardzo mu wierzyli. Dla nas to nie stanowiło żadnego problemu toteż wylądowaliśmy u niego w domu. Następnie ruszyliśmy razem do Pattayi a on po drodze zabrał jeszcze dwóch znajomych i powoli tajemnica wizyty w domu zaczęła się wyjaśniać. Po pewnym czasie ów mężczyzna stwierdził, że on do Pattayi nie jedzie bo jak się okazało wraz z kolegami wybierał się na nocne igraszki do jednego z przydrożnych burdeli, a my stanowiliśmy tylko przykrywkę dla rodziny. Jednak nas tak łatwo nie da się robić w balona i pod wpływem naszych nacisków mężczyzna postanowił, że odwiezie nas na wylotówkę z której nie tak dawno zjechał. Jednak podczas tego tak się pogubił, że w efekcie przegapił kilka zjazdów i dotarliśmy do samej Pattayi. My podziękowaliśmy grzecznie za pomoc a chłopaki pojechali robić swoje. Telefon do mnicha i już po kilku minutach pod umówione miejsce zajechał po nas samochód którym nasz przyjaciel zabrał nas do swojej posiadłości. Na miejscu okazało się, że to najlepsza dzielnica w mieście a mianowicie Paradise Hill a my trafiliśmy prawie do raju. Z mnichem mimo późnej pory spędziliśmy jeszcze dużo czasu, w którym odkrywaliśmy kolejne tajemnice. Najpierw dowiedzieliśmy się, że statuetki Rembrandta i Rubensa które stoją na komodzie to ich własnoręczne dzieła i są to jedyne egzemplarze na świecie. W pokoju wylegiwaliśmy się na skórach z niedźwiedzi polarnych i kangurów a do picia dostaliśmy Black Label. Jednak jakby tego było mało mnichu zabrał nas do spiżarni gdzie podziwialiśmy kilkadziesiąt butelek nawet 80letnich whisky i koniaków. Butelki od 4,5 lita do litra z których najmniejsza warta nawet 150tys dolarów. Po wszystkim mnichu przyniósł nam po lampce brandy i zapytał czy wolimy kupić sobie bilety do domu czy wypić lampkę tegoż trunku, bo taka była jej wartość. W końcu nie wytrzymaliśmy i zapytaliśmy czy nasz przyjaciel ma jakieś powiązania z rodziną królewską. On nie odpowiedział ani słowa a spośród licznych obraz z rodziną królewską jakie wisiały na ścianie, pokazał swój autoportret przy którym wisiał jakieś tekst. Dodał tylko iż zrobił to dla niego pewien artysta włoski. I choć tekst był w języku włoskim to wyraźnie zapisane dla księcia zostało przez nas zrozumiane i od tej pory zrozumieliśmy, że nasz przyjaciel to nie tylko mnichu. Po długiej rozmowie okazało się, że mnichu 8 lat wcześniej zrzekł się prawa dziedziczenia tronu Tajlandii, gdyż nie mógł już znieść ciągłej eskorty i ochrony która nie pozwalała nikomu się do niego zbliżać. Od tamtej pory pozostał mu tylko tytuł księcia, który uciekł od blasku fleszy a my jesteśmy pierwszymi ludźmi którzy mają możliwość gościć w jego domu gdyż do tej pory dla gości przewidziany był osobny budynek. Po tym wszystkim poszliśmy spać ale jeszcze długo nie mogliśmy zasnąć po dawce wiadomości jakie do nas dotarły. Następnego dnia mieliśmy pomóc przygotować imprezę urodzinową i tak też się stało ale zanim do tego doszło na śniadanie wybraliśmy się do jego drugiej posiadłości w Paradise Hill gdzie oprócz wielkiego baru (tu jadaliśmy posiłki) do dyspozycji dostaliśmy piękny basen, w którym spędzaliśmy większość czasu. Wieczorem po przygotowaniach odbyło się party na które przyszło wiele znajomych. Na imprezie nie zabrakł niczego zaczynając od pieczonego prosiaka i innych smakowitych rzeczy, poprzez piwo, whisky i inne trunki po sam pyszny tort czekoladowy. Książe na imprezie pojawił się w królewskim kostiumie który ozdabiały liczne broszki i łańcuchy z wizerunkami królowej i króla. Impreza nie trwała zbyt długo a my jeszcze przez kilka godzin gawędziliśmy z księciem na tarasie w jego posiadłości. Następnego dnia wybraliśmy się na wyspę Ko Same, na którą odwiózł nas własny ochroniarz księcia. Książe na drogę wręczył nam dużą butelkę dobrego whisky i trochę kieszonkowego po czym obiecał, że jeśli znajdzie trochę czasu to do nas dołączy (jak się później okazało interesy mu na to jednak nie pozwoliły). Na wyspie a w zasadzie w drodze na nią poznaliśmy 6 uroczych Polek (Gosia, Agata, Natalia, Magda, Grażyna, Marzena) które serdecznie pozdrawiamy, a z którymi już pierwszej nocy urządziliśmy sobie prawdziwe polskie party na plaży, gawędząc całą noc. Następnie resztę nocy spędziliśmy smacznie śpiąc na leżakach, które „pożyczyliśmy” sobie z jednej z knajp. Następnego dnia pożegnaliśmy nasze polskie koleżanki po czym przez cały dzień wypoczywaliśmy na plaży rozkoszując się biały piaskiem i czyściutką wodą. Widoki jakie rozpościerały się na tej pięknej wyspie jeszcze na długo zapadły nam w pamięci. Oprócz wylegiwania i pływania próbowaliśmy też łowić ryby (szczególnie cierpliwy był Tomek) a wieczorem odwiedziliśmy jedną z plażowych imprez. Następnego dnia zmuszeni byliśmy już wracać do Bangkoku. W drodze na statek skosztowaliśmy jeszcze pysznych bananów w cieście z różnymi dodatkami po czym po powrocie na ląd oczywiście stopem udaliśmy się do stolicy. Tam spędziliśmy jeszcze dwa dni w ciągu których załatwiliśmy ostatnie nagłe sprawy po czym samolotem udaliśmy się do Medan, gdzie czekały nas kolejne niezwykłe przygody… W Tajlandii spędziliśmy dużo czasu, tutaj również byliśmy w czasie świąt i nowego roku. Najpiękniejsze plaże, historia księcio-mnicha czy mieszkanie w naszym kurniku to tylko niektóre z historii które nas tu spotkały. Tutaj też niezwykle łatwo podróżowało się stopem. Czy kiedyś tu jeszcze wrócimy? Jest miejsce na pewno warte polecenia i jeśli ktoś chciałby wypocząć na pięknej plaży to z pewnością może śmiało tu przyjechać. My też tu jeszcze kiedyś wrócimy:)

droga ku Kambodzy…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Bangkok powoli stawał się zbyt monotonnym miejscem a że bilety lotnicze do Indonezji wystawione są na 12 lutego postanowiliśmy wyruszyć w miesięczną wyprawę przez Kambodżę, Wietnam i Laos…

W naszej przytulnej chacie w Bangkoku zostawiliśmy sporo rzeczy a w plecaki spakowaliśmy tylko to co uznaliśmy za niezbędne podczas tego krótkie wyjazdu. A zatem ruszamy w drogę, a zacząć trzeba od wydostania się z miasta na jakąś wylotówkę w czym niezwykle pomocne są tanie miejskie autobusy. Stamtąd już uskuteczniamy autostop i kolejnymi autami mkniemy w kierunku granicy z Kambodżą. W pewnym momencie spod jednego sklepu zabiera nas mnich. Okazuje się być bardzo gościnną osobą a że jest już około godziny 16.00 (granica otwarta jest tylko do 17.00) a nam do celu zostało jeszcze jakieś 150km postanawiamy skorzystać z gościnności i udajemy się do jego posiadłości gdzie mamy spędzić najbliższą noc. Do dyspozycji dostajemy niezwykle klimatyczny domek a czas do kolacji spędzamy na małym raftingu w pobliskiej rzece spływając na traktorowych dętkach. Następnie szybki prysznic i mnich zaprasza nas na kolację do swojej rezydencji. Bogato zastawiony stół na którym oprócz kurczaka i innych tajskich przysmaków można znaleźć jeszcze nepalskie rarytasy (to wszystko ze względu na częste podróże mnicha do swojego mastera który właśnie urzęduje w Tybecie) jakie mieliśmy okazję jeść kilka miesięcy temu. Po kolacji obserwujemy jak w rytualny sposób parzy się herbatę, i mamy nawet okazję kosztować trunku który sprzedawany jest tylko i wyłącznie mnichom. Po wszystkim wdajemy się w dyskusję z naszym dobrodziejem, który okazuje się być zafascynowany archeologią a w domu posiada niezłą kolekcję własnych znalezisk. Po pewnym czasie z wielkiego sejfu wyciąga kolejne szkatuły z drogocennymi monetami, naszyjnikami czy pierścieniami. Jak się okazuje jesteśmy pierwszymi osobami spoza Tajlandii, które mają możliwość ujrzenia tego na własne oczy. W zależności o tego co oglądamy są to przedmioty nawet sprzed paru tysięcy lat których wartość rynkowa zaczyna się od 800tys dolarów. Kiedy przeglądamy książki historyczne leżące na stole, mnichu wyciąga kolejne kolekcje pokazując rzeczy dokładnie takiej jak na obrazkach. Są to zbiory których nie można ujrzeć w żadnym muzeum bo są unikatowe a wszystkie posiada właśnie on. Na koniec na strychu oglądamy znaleziska z epoki kamienia łupanego, po czym zafascynowani tym co nas spotkało idziemy spać do naszej chatki. Na pamiątkę mnichu wręcza nam monety z feniksem, których pochodzenie datuje się na ok. tysięczny rok. Następnego dnia pracownik mnicha wywozi nas na wylotówkę gdzie już po chwili łapiemy pierwszego stopa. Dwie urocze siostry z córeczkami specjalnie zawracają by nas zabrać. Okazuje się że jadą tylko 50km dalej ale ostateczni jadą z nami 150km i tak jesteśmy już na granicy. Ten stop był naprawdę wyjątkowy, a my przez całą drogę dręczeni byliśmy przez małe dziewczynki co akurat sprawiało nam wiele radości… Na granicy stek formalności, załatwianie wizy i już po chwili znaleźliśmy się w kolejnym już 7 nowym kraju w Azji…