Archiwum dla Ocean

Pożegnanie z Australią… lecz tylko na chwilę…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Maj 30, 2011 by wstronemarzen

Czas naszego pobytu w Australii właśnie dobiegł końca, a raczej skończyła się nasza pierwsza przygoda z tym krajem bo za miesiąc znów tu wrócimy. Ale za nim to się stanie opowiemy o tym co jeszcze spotkało nas w tym kangurowym świecie. Jak już wcześniej wspominaliśmy często na weekendy jeździliśmy do Middleton gdzie z reguły czas spędzaliśmy na plaży, czy też na wycieczkach rowerowych. Jednak raz wybraliśmy się do Victor Harbor gdzie znajduje się piękna Granitowa wyspa na którą kiedyś jeździł konny tramwaj a na której można zobaczyć pingwiny i foki. My mieliśmy okazję podziwiać tam piękny zachód słońca i nawet widzieliśmy jednego pingwina. Jest to o tyle trudne porą zimową że pingwiny maszerują już o zmroku a naszego okaza dopadliśmy dopiero schowanego w norze;) Innym razem wybraliśmy się do Goolwa gdzie wraz z Czesiem szaleliśmy autem po plaży i podziwialiśmy ujście jeden z największych australijskich rzek. Czas leciał a my dalej poszukiwaliśmy jakiejś pracy. Co raz częściej zaglądaliśmy do Roberta i Ani i tam spędzaliśmy sporo czasu – to oglądając trochę polskiej telewizji czy grając na wielkim ekranie w jedną z tysiąca gier. Zajęliśmy się również ogródkiem gdzie przycięliśmy kilka sporych palm. Ania z Robertem często robili nam niespodzianki a pierwsza z nich dotyczyła wyjazdu do Gorge Wildlife Park. Tam mogliśmy podziwiać wiele gatunków zwierząt żyjących w Australii. Diabeł tasmański, pies dingo, papugi, to zwierzęta które ciężko spotkać gdzie indziej jednak największą frajdę sprawiło nam trzymanie miśka koali na rękach czy zabawa z kangurami. Ten pierwszy mięciutki w dotyku, ci drudzy napaleni na nasze herbatniki. Próby wyciągnięcia małego kangura z worka czy zrobienia zdjęcia wnętrza torby to tylko jedne z wesołych przygód. Kangury choć bardzo miłe to czasem naprawdę olbrzymie i stawiające opór. Jeden nawet wyskoczył na przysłowiowe „solo” z Mariem i mimo że był z kolegami to musiał się poddać. Ale ta wizyta jeszcze na długo zapadnie nam w pamięci. Innym razem Robert z Anią postanawiają zabrać nas do Melbourne gdzie wyruszamy na 3 dni w środku tygodnia. Podróż nocą a od rana zwiedzanie. Najpierw wizyta na Eureka Tower najwyższym budynku w Australii gdzie dodatkowo w specjalnej kładce na wysokości 285m metrów zostajemy wypuszczeni nad ziemię. Tam stoimy w szklanym pudle gdzie szyby są jakby mleczne. Dopiero po dźwięku tłuczonego szkła mleczne zabarwienie znika a naszym oczom ukazuje się przezrocze co ze szklaną podłogą na wysokości 285m nad ziemią robi naprawdę duże wrażenie. Następnie wybieramy się trochę pozwiedzać miasto gdzie odwiedzamy m.in. Katedrę św. Pawła czy Royal Exhibition Building. Na koniec dnia spotyka nas miła niespodzianka a mianowicie wizyta w Crown Casino. To jedno z największych kasyn w Australii a zabawa tutaj to naprawdę dużo frajda. Jak już zostało wspomniane zabawa a nie poważna gra toteż tej nocy milionerami nie zostajemy. Do domu, do Adelaidy wracamy Great Ocean Road która ukazuje nam piękno australijskiego wybrzeża. Widoki są naprawdę niesamowite a wisienkę na torcie stanowi wizyta na 12 apostołach, w miejscu które często nazywane jest również cmentarzyskiem statków. Choć pogada trochę nie sprzyja (wieje strasznie mocny wiatr a i słonko nie może się przebić zza chmur) to z pełną odpowiedzialnością możemy powiedzieć że to najpiękniejsze miejsce jakie do tej pory widzieliśmy w Australii. Dużo czasu spędzamy na poszukiwaniu jakiejś pracy co jednak nie jest w cale takie łatwe. Bez wiz nikt nas nie chce a wiza z pozwoleniem na pracę Polakom nie przysługuje. W wolnych chwilach gramy w tenisa, czasem w środy jeździmy na treningi polskiej, miejscowej drużyny amatorów w piłce nożnej. I tak nam prawie zleciały kolejne tygodnie. W końcu udało się coś złapać. Jeździmy przez kilka dni do Hahndorfu gdzie na zlecenie pewnej pani ścinamy wielkie drzewo. (Piękne miasto w zasadzie zamieszakne w większości przez Niemców i taki też styl reprezentujące) Praca dość nie typowa bo drzewo ma grubo ponad 10m wysokości a my do dyspozycji mam tylko piłki ręczne ze względu na brak zezwolenia na jego ścięcie. Jednak robota przynosi nam dużo frajdy i choć czasem jest dość niebezpiecznie a na drzewo, na duże wysokości trzeba się wspinać sposobem na misia koalę, to w szybkim tempie kolejne gałęzie i konary lądują na ziemi. Nie było chętnych na podjęcie tej pracy szczególnie że kilka konarów sterczy nad dachem jednak my nie dość że się tego podejmujemy to jeszcze po skończonej pracy możemy się pochwalić że dom i jego dach stoi dalej w stanie nienaruszonym. Niestety przytrafia nam się raz felerny dzień w którym to podczas powrotu z pracy w naszym aucie psuje się sprzęgło… Od tej pory czołg jest niesprawny a my przecież musimy go sprzedać. Sytuacja wręcz dramatyczna i przez chwilę do głów przychodzi nam nawet myśl oddania go na złom. Jednak ta podróż udowadnia że okazywana innym ludziom dobroć odpłacana jest podwójnym szczęściem toteż czołg zostaje ostatecznie sprzedany i to za nie wiele mniejszą sumę niż ta za jaką został kupiony. A patrząc na to że udaje się go sprzedać niesprawnego (spalone sprzęgło) to sukces tym większy. Ostatnie dni spędzamy na przesiadywaniu w domu bo więcej pracy nie ma. Czasem Wojtek tylko z Robertem jeździ do pracy i trochę dorabia. Trochę intensywniej jest w ostatni weekend. Najpierw zostajemy zaproszeni na pyszna kolację gdzie w menu króluje krokodyl i kangur. Później rozrywka w największym kasynie w Adelaidzie a na koniec impreza do białego rana w jednym z miejscowych klubów o pięknej nazwie Dog&Duck. W niedziele natomiast trafiamy na mecz Polonii w której udaje się zadebiutować Mariowi. I choć gra tylko kilka minut i nie jest zbytnio zadowolony ze swojej gry to udaje mu się zdobyć bramkę którą dedykuje wszystkim chłopakom ze swojej kochanej Sparty Parszowice!!! Oczywiście miłym akcentem tego weekendu jest zwycięstwo Barcelony w finale ligi mistrzów i choć to tylko była formalność to mimo wszystko finał mógł się bardzo podobać. My natomiast już jutro wyruszamy do Sydney by 1 czerwca udać się do krainy która zawsze była naszym największym marzeniem – do Nowej Zelandii. Dopiero teraz tak naprawdę czujemy że udało się spełnić to o czym każdy z nas marzył od zawsze. To przekonuje nas tylko i wyłącznie w twierdzeniu że czasem warto, naprawdę warto zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę i zrobić w życiu wszystko aby te największe marzenia stały się rzeczywistością. Jednak z Australią nie żegnamy się na zawsze. Ba… nie żegnamy się nawet na zbyt długo, gdyż po 25 dniach w Nowej Zelandii znów zawitamy do krainy kangurów lecz tym razem będzie to już nasza ostatnia wizyta w tym cudownym kraju…

Reklamy

W krainie kangurów – Australia po raz pierwszy ;)

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Maj 17, 2011 by wstronemarzen

Australia dla niektórych koniec świata i dla nas chyba też… po 5 miesiącach spędzonych w Azji teraz przychodzi czas na powrót do rzeczywistości. Lądujemy w Darwin i z wielkim uśmiechem wysiadamy w samolotu, słychać głośne „jesteśmy”, w końcu dotarliśmy do krainy kangurów. Jeszcze kontrola celna, Mario nieświadomie przewozi nasiona z Azji za co mogła spotkać go dotkliwa kara, na szczęście psy(zwierzęta) obwąchujące jego plecak nic nie znajdują. Na lotnisku po raz pierwszy odczuwamy wartość dolara australijskiego. Wszyscy mówili że będzie drogo, sami byliśmy na to przyszykowani ale nie spodziewaliśmy się że aż tak… Musimy dostać się do Adelaidy gdzie mamy spotkać się ze znajomymi Wojtka rodziców, którzy zaoferowali nam pomoc. Pytamy w centrum informacji o ceny biletu autobusowego – 670$ za osobę, tego nie było w najgorszych scenariuszach no ale nie ma co się załamywać, pociąg kosztuje podobnie więc zabieramy plecaki i ruszamy łapać stopa. Hehe jak to ładnie brzmi. Do przejechania mamy ponad 3tys km a ludzie chyba nie bardzo wiedzą co to stop. Stoimy przy drodze i próbujemy coś zatrzymać lecz kierowcy tylko uśmiechają się i nam odmachują… Do tego łapie nas cholerna ulewa, wszystko przemoczone… wracamy na lotnisko i kupujemy najtańsze bilety lotnicze do Melbourne które kosztują i tak mniej niż bilet autobusowy dla jednej osoby. Jeszcze zakupy w markecie, nocka na lotnisku i następnego dnia już jesteśmy w Melbourne. Stąd kupujemy bilety na pociąg do Adelaidy, a że mamy go dopiero jutro rano idziemy pozwiedzać miasto. Melbourne robi wrażenie, pełno wielkich budynków, mnóstwo ludzi, tutaj czujemy się jak w Europie. W końcu trochę cywilizacji, chodzimy, oglądamy, aż docieramy na korty Australian Open. Tutaj dostajemy się do Rod Laver Arena, gdzie zwiedzamy miejsca raczej nie dostępne dla kibiców. Dopiero po pół godzinie ktoś zwraca nam uwagę i każe wyjść (wszystko przez jakąś imprezę zamkniętą odbywającą się w klubowej restauracji). I tak widzieliśmy więcej niż mogliśmy. Przechadzamy się po kolejnych stadionach i prawie udaje nam się wejść na mecz rugby. Ochroniarze chcą nas wpuścić lecz jakiś jeden „elegancik w garniturze” wszystko psuje. Dopiero drugie wejście okazuje się zbawienne lecz tylko dla Tomka, który widząc że jest sam rzuca tylko okiem na płytę boiska po czym wychodzi. W mieście trafiamy jeszcze na wielkie wesołe miasteczko i oglądamy pokazy narciarzy wodnych organizowane na rzece. Po wszystkim wracamy na stację gdzie przesypiamy noc by rano pociągiem udać się do Adelaidy. Po drodze która trwa jakieś 10h oglądamy rozległe tereny Australii a Mariowi i Wojtkowi udaje się nawet zobaczyć kangury. Tomek przesypia ten moment dlatego na widok pierwszego kangura będzie musiał jeszcze trochę poczekać. W Adelaide odbiera nas Sławek i Ewa. To właśnie oni dają nam dach nad głową i pomagają się ogarnąć w nowej rzeczywistości. Od tamtej pory zamieszkujemy u nich. Jest jeszcze Oliwia i Natalia (ich córki) które szybko nas polubiły. Naszym pierwszym celem w Australii jest znalezienie pracy lecz to nie takie proste. Przez pierwsze 2 tygodni nic się nie udaje. Czasem Sławek zabiera nas by mu pomóc przy jakiejś robocie. A tak to szukając pracy, gotujemy obiady i plewimy ogródek. Na weekendy jeździmy do Middleton, gdzie nasi gospodarze wybudowali drugi dom. 300m do oceanu, plaża surferów i niezwykłe widoki to, to co przychodzi nam oglądać. Okolice często podziwiamy jeżdżąc na rowerach a wieczorami zasiadamy do barbi robionego przez prezesa. Jest super tylko ciągle brak tej pracy aż w końcu Ewa daje nam namiary na jednego z farmerów. Jedziemy jakieś 70km, gdzie w Nuriooptcie dostajemy pracę przy zrywaniu winogron. Mark który organizuje robotę daje też zakwaterowanie. Najpierw mieszkamy sami, potem dołącza 5 Włochów, a następnie para z Estonii, Irlandczyk, Walijczyk, Australijczyk i dwie osoby a Anglii. Na koniec towarzystwo staje się jeszcze bardziej międzynarodowe. My najlepszy kontakt łapiemy z Włochami, z którymi bawimy się doskonale. Praca też jest wesoła, a czas szybko leci. Udaje nam się zobaczyć kolejne dzikie kangury, jednego nawet gonimy a Mario dopada go, gdy ten zaplątuje się w płocie. Po pierwszej wypłacie kupujemy naszego Land Rovera. To czołg bo tak wygląda ale nic dziwnego bo jest z 1975roku. Jazda nim jest na maxa wesoła, szczególnie że 80km/h to można pojechać ale z dobrej górki. Dwa razy udaje się nawet wygrać start na światłach Raz zatrzymuje nas nawet policja. Tylko Mario ma przy sobie polskie prawo jazdy toteż on z reguły prowadzi, lecz prawda jest taka że i na nim nie można tu jeździć ale przydało się po to by zarejestrować auto. Tutaj potrzebne jest prawo jazdy międzynarodowe, a takiego nikt nie posiada. Policjant pyta nas o to czy mamy prawo jazdy przetłumaczone na angielski, nasza wymigująca odpowiedz brzmi – „raczej tak”, on wierzy nam na słowo i puszcza wolno. A wszystko dlatego że nasz czołg bardzo zwraca na siebie uwagę. Na początku mieliśmy plany objechania nim całej Australii jednak samo auto szybko wyleczą nas z tego pomysłu. Na razie jeździmy nim do pracy a później wymienimy na coś innego, szczególnie, że będziemy potrzebować auta na gaz by taniej pokonywać te tysiące kilometrów. Praca u Marka kończy się po 10 dniach. Później trafiamy do pracy pod skrzydłami pewnego Wietnamczyka. I właśnie na jednej z górskich winnic udaje nam się zobaczyć pierwszego koalę. I choć śpi twardo na drzewie i nawet się nie rusza to uśmiech jeszcze długo nie schodzi nam z twarzy. Niestety pracujemy tam raptem 6 dni a wypłatę dostajemy ledwo za cztery. Niestety ale chyba Wietnam i jego mieszkańcy to nasze przekleństwo. Nasz pracodawca znika nie płacąc nam za dwa dni pracy i chyba lepiej będzie jak już nas nigdy nie spotka – przynajmniej dla niego. Po tym wydarzeniu dalej zostajemy bez pracy lecz poznajemy co raz to większe grono Polaków. Sąsiadka Dorota pomaga jak może, jej mąż Czesiu zabiera nas na mecze Polonii, drużyny polskich amatorów, raz nawet sami wybieramy się na trening a wkrótce może nawet uda się zagrać w jakimś meczu. Ich córka Karolina zabiera nas do pubów itp. Tam poznajemy kolejnych ludzi między innymi Sarę – dziewczynę o korzeniach hindusko – cypryjskich. Poznajemy również wiele osób związanych z Polonią zwłaszcza zawodników. Mijają kolejne tygodnie a my wciąż czekamy na jakąś pracę by zarobić na dalszą podróż. W międzyczasie odwiedzamy polska szkołę, gdzie bierzemy udział w jednej z lekcji. W wolnych chwilach chodzimy też pograć w tenisa albo pobiegać, żeby kilogramów nie przybyło za dużo;) 22 kwietnia obchodzimy 25 urodzinki Tomka. Imprezujemy najpierw w Adelaide a dzień później w Middleton, gdzie dość intensywnie opijamy ćwierćwiecze. Impreza w stu procentach godna urodzin Polaka podróżnika. W tym okresie poznajemy również Roberta i Anie, dzięki którym nasz pobyt w Australii nabierze troszkę innego kolorytu, ale o tym dopiero w następnej opowieści o kangurolandii.