Ekwador, Kolumbia, Wenezuela i Brazylia czyli w drodze na samolot do domu…

Skończył się Dakar, powoli za oknem zamiast rozległej pustyni zobaczymy potężne góry i mnóstwo zieleni. Właśnie opuściliśmy Peru i dotarliśmy do Ekwadoru. I tutaj tak naprawdę powoli zaczynamy przegrywać walkę z czasem. Przed nami jeszcze kilka tysięcy km do Rio a czas płynie nieubłaganie. Ostatnie podrygi stopa przynoszą jeszcze efekt ale to tylko w Ekwadorze. Udaje się złapać ciężarówkę na całą nocą,  którą z granicy z Peru  docieramy do samej stolicy Ekwadoru – Quito. Tutaj zatrzymujemy się na noc u jednego z chłopaków który zabrał nas na stopa. Opowiada nam trochę o tym pozytywnym kraju (to tutaj mieszkają jedni z fajniejszych ludzi w całej Ameryce) a także zabiera do centrum miasta. Niestety dla nas, pogoda nam nie sprzyja a spacer w deszczu sprawia że miasto wygląda mało atrakcyjnie. Jedynie dzielnica rozrywkowa pokazuje jak tu fajnie, jak wesoło i że dużo się dzieje.

Z Quito przez kolejne góry ruszamy w kierunku Kolumbii. Ciągle próbujemy stopa ale jest co raz trudniej, ludzie sprawiają wrażenie jakby w ogóle z czymś takim się wcześniej nie spotkali a my już chyba mocno zmęczeni marzymy tylko o tym by jak najszybciej pokonać kolejne tysiące kilometrów. Co raz częściej zmuszeni jesteśmy wspomagać się autobusami, gdy kilka godzin stania przy drodze nie przynosi żadnego efektu. I tak będąc już w Kolumbii przytrafia nam się dość dziwna historia ale ukazująca poniekąd to z czego głównie ten kraj słynie, szczególnie gdy słyszy się o nim w mediach. Wszystko dzieje się późnym wieczorem w małej miejscowości Chachagui, kiedy to próbujemy złapać jeszcze jakiś stop na noc. Wtedy do skrzyżowania koło którego stoimy podjeżdża pick – up, a w środku siedzi 4 mężczyzn.  Podchodzimy do nich zapytać o stopa lecz Ci szybko nas spławiają jednak na owej krzyżówce stoją jeszcze dobre 15-20min. Wszystkie auta omijają ich nawet nie próbując zatrąbić co wydaje się być logiczne kiedy dojrzy się czym akurat przez ten czas owa czwórka się zajmują. A mianowicie pochłania ich rozkładanie broni… Gdy już ruszają dalej zatrzymują się na naszej wysokości a w aucie otwierają się szyby natomiast facet trzymający gnata w ręku wita nas słowami: „ You fucking me?” , ku ich zdziwieniu ( i chyba ku zdziwieniu samemu sobie) nie uciekamy, nie jesteśmy przerażeni a wręcz przeciwnie z uśmiechem na twarzy, rękoma w kieszeni w ich kierunku leci równie sowita wiązanka tyle że z ust Tomka. „Gangsterzy” chyba będąc w dużym szoku a może po prostu oprócz 3 wypowiedzianych słów z angielskim będąc mocno na bakier, zastygają na dłuższą chwilę po czym odjeżdżają bez słowa a my cieszymy się że nie musieliśmy się zaprzyjaźniać z żadną z kul obecnych w tej spluwie… Teraz wpadamy do Bogoty, którą zwiedzamy w jedną ze słonecznych niedzieli. Udaje nam się odwiedzić kilka muzeów i choć z natury po muzeach nie chodzimy to jedno o policji było naprawdę ciekawe. Szczególnie piętro poświęcone Pablo Escobarowi gdzie można było zobaczyć m.in. jego Harleya czy srebrne pistolety, jak również posłuchać trochę historii o jego życiu.

Z Bogoty ruszyliśmy w kierunku Wenezueli. Odwiedziliśmy tam m.in. Caracas i Bolivar. Miasteczka całkiem przyjemne, jednak Wenezuele będziemy zawsze pamiętać jako kraj pięknych kobiet i wielkich taksówek. Niestety brakło nam tu czasu żeby odwiedzić m.in. najwyższy wodospad świata – Angel, no ale co zrobić podczas tak długiej podróży nie da się zobaczyć wszystkiego. Z Wenezueli ruszamy do Brazylii i trzeba przyznać, że to dość zimna podróż bo mimo że za oknem upał to w nocy w autobusach chodzi klimatyzacja która powoduję wręcz niewyobrażalne jego wychłodzenie.

W końcu udaje się dotrzeć do Brazylii, czyli ostatniego z zaplanowanych krajów a to oznacza że do domu co raz bliżej. Tutaj na początku nawet udaje się złapać kilka stopów a niektórzy ludzie zafascynowani naszą podróżą zabierają nas na obiady czy kolacje. Jednak od Boa Visty podróżujemy już tylko autobusami ma na to wpływ nie tylko czas ale i historia z jednym z tirów jaka nam się przytrafia. Tir którego kierowca okazuje się być pijany a który zabiera nas na stopa już po ok. 4km wypada z drogi i tylko cudem unikamy zderzenia z drzewami rosnącymi na poboczu. Jest to na tyle drastyczne doświadczenia że na kilka dni przed powrotem do domu nikt nie zamierza igrać ze śmiercią i przesiadamy się w autobusy. Docieramy tak do Manaus czyli środka Brazylii miasta pośrodku Amazonii gdzie korzystamy z gościnności polskich księży misjonarzy – ks. Grzegorza i ks. Jarosława ( a do których namiary dostaliśmy  od ks. Marcina z wspaniałej ekipy dakarowej). Spędzamy tutaj 3 dni w oczekiwaniu na łódkę do Porto Velho. Mamy okazję troszkę odpocząć i dobrze pojeść bo księża co chwile zabierają nas na pyszne kolacje i obiady. Hitem staje się pyszny deser – asai z amazońskich jagód czy pizzernia gdzie płaci się za wejście i przez cały wieczór przynoszonych jest ok. 30 rodzajów pizzy z takimi fantazjami jak np. pizza z białą czekoladą 😉  Po 3 dniach możemy podziękować za niesamowitą gościnność i ruszać dalej.

Łódka z Manaus do Porto Velho płynie 5 dni. Obowiązkiem każdego jest posiadanie hamaka na którym spędza się większość czasu. Na łódce jest ich ok. 150 adekwatnie do ilości osób. 3 posiłki dziennie, miejsce na prysznic (oczywiście woda z rzeki;p) i to chyba na tyle wygód. Ale to fajne doświadczenie, szybko łapiemy kontakt z ludźmi choć nie mówiąc po portugalsku nie jest to łatwe. Spływ rzeką jest trochę jak rejs tyle że środkiem lasu. Ciekawym miejscem jest spotkanie wód gdzie do Amazonki wpada Rio Negro i przez pewien czas dwie rzeki o różnych kolorach wody wpłyną obok siebie wyraźnie oddzielone. Czasem czas umilają delfiny skaczące obok łódki a czasem po prostu gra w karty. Po 5 dniach docieramy do Porto Vhelo, gdzie jeszcze raz staramy się złapać jakiś stop. Jednak okazuje się to dość trudne ze względu na dość rygorystyczne przepisy dla kierowców tirów. Spędzamy po 3 dni na dwóch różnych stacjach benzynowych śpiąc m.in. na pace jednego z tirów czekających na transport czy w opuszczonej chłodni. Kierownicy stacji dbają o na jak mogą (dostajemy m.in. talony na obiady ) lecz największą atrakcję stanowimy dla młodych dziewczyn tu pracujących( w Brazylii na stacjach pracują w zdecydowanej większości dziewczyny których zadaniem jest nie tylko nalewanie benzyny ale również przy okazji mycie samochodów).

W końcu zmuszeni dotrzeć do Rio bierzemy kolejny autobus tym razem z Vilheny do Sao Paulo a potem do samego Rio a na całą podróż potrzebujemy ok. 50h, więc jest czas na przemyślenia i powolne oswajanie się z myślą że już nie długo będziemy w domu. W Rio również dzięki ks. Marcinowi trafiamy do kolejnych księży misjonarzy. Ks. Jarek u którego się zatrzymujemy sprawia że te ostatnie dni podróży stają się nad wyraz atrakcyjne. Pierwszego dnia sami wybieramy się na miasto i oprócz piwkowania na Copacabanie mamy okazje przekonać się jak wygląda karnawał na ulicach tego gorącego miasta. Następnie dostajemy od księży dwa super prezenty. Pierwszy to bilety na pociąg na górę gdzie znajduje się słynna na cały świat figura Jezusa a drugi chyba najcenniejszy to bilety na Sambodrom na drugi dzień karnawału. Wybieramy się na niego razem  ciocią Sonią niesamowicie zakręcona kobietą. Wizytę na Sambodromie ciężko opisać i do czegokolwiek przyrównać. To jedno z wyjątkowych przeżyć i chyba najlepiej skwitują to słowa Maria który po wszystkim powiedział – stojąc na Sambodromie po raz pierwszy zrobiło mi się smutno, że to już koniec, że już nie będziemy jechać dalej… choć od długiego czasu każdy tak marzył by już wrócić do domu… Po imprezie zachodzimy do cioci Soni na śniadanie a o tym jak niezwykła jest to kobieta może świadczyć lista jej znajomych w telefonie. A widnieją na niej m.in. Ronaldinho, Romario czy Ronaldo, którego jak sama mówi wychowywała bo są z tej samej dzielnicy…

W końcu przychodzi czas kiedy po raz ostatni zarzucamy plecaki, dziękujemy księżą jeszcze raz za pomoc i taksówką jedziemy na lotnisko. Ostatnie spojrzenie na Rio a potem już tylko lot. Najpierw Salvador, potem Frankfurt a na koniec Wrocław. Teraz każdy rozjeżdża się w swoją stronę, każdy jedzie do domu by zrobić niespodziankę i krzyknąć głośno wchodząc do domu – Mamuś wróciłem…!!!

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Ekwador, Kolumbia, Wenezuela i Brazylia czyli w drodze na samolot do domu…”

  1. sister Says:

    jak dobrze, że jesteś już z nami… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: