Archiwum dla Kambodża

urodzinowe plażowanie…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Z Phnom Penh udajemy się na południe by spędzić kilka dni w Sihanoukville Oczywiście na miejsce zamierzamy dotrzeć stopem, lecz wcześniej czeka nas długi marsz za miasto by coś złapać. Po drodze na jakimś rumowisku widzimy zgraję ludzi, przystajemy więc by zobaczyć czym zainteresował się ten tłum gapi, po czym okazuję się że obserwują pokaz, w którym jakiś uliczny artysta bawi się z kobrami. Węże swobodnie pełzają po placu, stanowiąc duże zagrożenie nie tylko dla samego artysty (który pokazuje w międzyczasie liczne rany na nogach i rękach po kolejnych ugryzieniach) ale też dla wszystkich obserwujących to widowisko. My przystajemy na chwilę ale zaraz ruszamy dalej bo zaczyna się ściemniać a my musimy złapać jakiego stopa. Nie jest to zbyt proste zadanie ale wykorzystując światło ulicznych latarni udaje nam się złapać pick-up który zabiera nas prosto do celu. Tutaj wysiadamy pod jedną z plaż po czym udajemy się nad wodę by znaleźć jakiś bar który mógłby stać się naszym domem na kilka kolejnych dni. Jedna rundka i po chwili mamy już wybrańca. Zamawiamy piwo a po kilkunastu minutach mamy już zapewniony nocleg na wygodnych fotelach… sama plaża w Kambodży robi na nas niesamowite wrażenie. Mnóstwo barów, zabawa na całego, fajerwerki, muzyka, ognisko a co istotne piwo za ćwierć dolara;p. To chyba najbardziej rozrywkowa plaża naszej wyprawy na jakiej na razie mieliśmy okazję przebywać. W Sihanoukville zostajemy 4 noce. Tutaj też odbywają się urodziny – ćwierćwiecze Maria i jak łatwo się domyślić impreza trwa całe 5 dni. Podczas tego czasu na dobre zżyliśmy się z obsługą baru. Właścicielami są młody i stary Anglik oraz jakiś ciemnoskóry miejscowy nazywany lazy boy. Obsługę natomiast stanowi „Marysia” i trzech młodych chłopaków. My do dyspozycji mamy wygodne łóżka, plecaki przechowujemy w specjalnym pomieszczeniu a w wolnym czasie gramy w bilard, kąpiemy się w morzu, opalamy, pijemy piwo, czy też jemy ananasy albo wielkie homary. Urodziny Maria to oczywiście najgrubsza impreza tego pobytu a rozpoczyna je seria fajerwerków. Oczywiście wedle umowy Wojtek i Tomek golą mu głowę zostawiając irokeza, którego dogalają następnego dnia. Nie brakuje również tortu który przybiera wyjątkową formę a mianowicie zrobiony jest na biszkoptowej podstawie wypełniony masą ananasowo – cytrynową i czymś na wzór bitej śmietany. Jednym słowem pychota a ten smak chodzi za nami do dziś. Podczas pobytu zostajemy również zaproszeni na bankiet z okazji promocji dobrego koniaka. Co prawda jesteśmy jedynymi osobami którzy nie posiadają własnego baru na plaży a mogą uczestniczyć w tej imprezie, za to szwedzki stół i darmowe drinki wydają się nie mieć końca. Kambodżańskie plaże robią na nas naprawdę duże wrażenie a klimat jaki tu panuje jest godny uwagi. Radość z jaką miejscowi podchodzą do turystów jest niesamowita, a sama okolica wzbogacona o liczne skałki rozsiane w wodzie jest naprawdę urokliwa. My ze smutkiem żegnamy się z naszymi nowymi znajomymi dziękując zarazem za okazaną gościnności i niezwykle urodziny jakie mogliśmy zorganizować Mariowi. Ruszamy zatem dalej tym razem w stronę granicy z Wietnamem. Oczywiście dalej realizujemy autostop podróżując między innymi na workach z cementem przewożonych przez jednego z tirów. W drodze na granicę spędzamy jeszcze jeden dzień w stolicy, lecz już następnego dnia docieramy na samo przejście.

Musimy przyznać że jak na razie Kambodża była najlepszym krajem w jakim mieliśmy okazję być. Niezwykłość miejsc oraz niesamowicie pozytywna energia jaką swoim uśmiechem rozsyłają ludzie mieszkający z tym kraju sprawia że każdy z chęcią kiedyś by tu jeszcze wrócił…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

droga ku Kambodzy…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Bangkok powoli stawał się zbyt monotonnym miejscem a że bilety lotnicze do Indonezji wystawione są na 12 lutego postanowiliśmy wyruszyć w miesięczną wyprawę przez Kambodżę, Wietnam i Laos…

W naszej przytulnej chacie w Bangkoku zostawiliśmy sporo rzeczy a w plecaki spakowaliśmy tylko to co uznaliśmy za niezbędne podczas tego krótkie wyjazdu. A zatem ruszamy w drogę, a zacząć trzeba od wydostania się z miasta na jakąś wylotówkę w czym niezwykle pomocne są tanie miejskie autobusy. Stamtąd już uskuteczniamy autostop i kolejnymi autami mkniemy w kierunku granicy z Kambodżą. W pewnym momencie spod jednego sklepu zabiera nas mnich. Okazuje się być bardzo gościnną osobą a że jest już około godziny 16.00 (granica otwarta jest tylko do 17.00) a nam do celu zostało jeszcze jakieś 150km postanawiamy skorzystać z gościnności i udajemy się do jego posiadłości gdzie mamy spędzić najbliższą noc. Do dyspozycji dostajemy niezwykle klimatyczny domek a czas do kolacji spędzamy na małym raftingu w pobliskiej rzece spływając na traktorowych dętkach. Następnie szybki prysznic i mnich zaprasza nas na kolację do swojej rezydencji. Bogato zastawiony stół na którym oprócz kurczaka i innych tajskich przysmaków można znaleźć jeszcze nepalskie rarytasy (to wszystko ze względu na częste podróże mnicha do swojego mastera który właśnie urzęduje w Tybecie) jakie mieliśmy okazję jeść kilka miesięcy temu. Po kolacji obserwujemy jak w rytualny sposób parzy się herbatę, i mamy nawet okazję kosztować trunku który sprzedawany jest tylko i wyłącznie mnichom. Po wszystkim wdajemy się w dyskusję z naszym dobrodziejem, który okazuje się być zafascynowany archeologią a w domu posiada niezłą kolekcję własnych znalezisk. Po pewnym czasie z wielkiego sejfu wyciąga kolejne szkatuły z drogocennymi monetami, naszyjnikami czy pierścieniami. Jak się okazuje jesteśmy pierwszymi osobami spoza Tajlandii, które mają możliwość ujrzenia tego na własne oczy. W zależności o tego co oglądamy są to przedmioty nawet sprzed paru tysięcy lat których wartość rynkowa zaczyna się od 800tys dolarów. Kiedy przeglądamy książki historyczne leżące na stole, mnichu wyciąga kolejne kolekcje pokazując rzeczy dokładnie takiej jak na obrazkach. Są to zbiory których nie można ujrzeć w żadnym muzeum bo są unikatowe a wszystkie posiada właśnie on. Na koniec na strychu oglądamy znaleziska z epoki kamienia łupanego, po czym zafascynowani tym co nas spotkało idziemy spać do naszej chatki. Na pamiątkę mnichu wręcza nam monety z feniksem, których pochodzenie datuje się na ok. tysięczny rok. Następnego dnia pracownik mnicha wywozi nas na wylotówkę gdzie już po chwili łapiemy pierwszego stopa. Dwie urocze siostry z córeczkami specjalnie zawracają by nas zabrać. Okazuje się że jadą tylko 50km dalej ale ostateczni jadą z nami 150km i tak jesteśmy już na granicy. Ten stop był naprawdę wyjątkowy, a my przez całą drogę dręczeni byliśmy przez małe dziewczynki co akurat sprawiało nam wiele radości… Na granicy stek formalności, załatwianie wizy i już po chwili znaleźliśmy się w kolejnym już 7 nowym kraju w Azji…