Archiwum dla Mount

A jednak znowu maszerujemy z plecakami…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , on Listopad 23, 2010 by wstronemarzen

Poranek okazał się niezbyt optymistyczny. Mimo że na niebie świtało słonko, a raczej próbowało przedrzeć się przez chmury i pogoda nie była tragiczna, to latały tylko helikoptery za które ludzie (szczególnie Japończycy) płacili krocie, nakręcając nieuczciwy biznes. Nas obudziła zaprzyjaźniona dzień wcześniej grupa Polaków w składzie Maciej, Jacek, Robert i Mariusz (pozdrowienia dla chłopaków!!!) i poinformowali nas, że ruszają w drogę do Jiri i chcieliby zaczerpnąć jakiś informacji. My postanowiliśmy nie siedzieć bezczynnie i po tym jak udało się anulować nasze bilety lotnicze i otrzymać zwrot pieniędzy, postanowiliśmy że ruszamy z chłopakami, czując że to najlepsza z możliwych opcji ( jak się później okazało była to najlepsza z możliwych decyzji ze względu na aferę z lotami w Lukli, którą komentowano nawet w polskich mediach). Tuż przed 14.00 dzięki Tomkowi któremu udało się sprowadzić porterów (tragarzy, którzy stali się hitem wędrówki) ruszyliśmy w drogę. Pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w Bupsie jednak ze względu na późne wyjście z Lukli zdołaliśmy dotrzeć tylko do Paiyii. Jak się okazało nasi porterzy po drodze trochę zapili a jeden z nich nawet stoczył się ze skarpy i dopiero pomoc miejscowego żula pozwoliła dotrzeć mu na miejsce, gdzie szczęśliwy przy piecu wraz z kompanami rozkoszował się roksi (miejscowy alkohol  najohydniejszy na świecie!!!). Drugi dzień to wędrówka do Nunthale. Droga jak zwykle wesoła bo z chłopakami nie da się nudzić, szkoda tylko że widoki zasłaniały nam chmury ale co zrobić. Po drodze zatrzymujemy się na obiad gdzie w oczekiwaniu na podanie posiłku zajadamy się miejscowymi ogórkami (wielkie jak arbuzy) i owocami. Spokoju nie daje nam koza która ciągle zjada nam wszelkie pozostałości. Jej natrętność w pewnym momencie zaczyna być na tyle męcząca że spławiamy ją kawałkiem ogórka zamoczonego w ostrym chilli… koza odchodzi głośno becząc… Do Nunthale prowadzi spore podejście toteż na miejsce docieramy w różnych grupach i o różnej porze. Jak się okazuje jedynymi którzy się nie zjawiają są nasi porterzy toteż chłopaki cała noc spędzają w nerwach i z myślami co stało się z ich bagażami. Na szczęście z samego rana nasze żulki meldują się z bagażami twierdząc że dzień wcześniej nie dali rady dojść (pewnie zapili). Chłopaki postanawiają wynając jeszcze jednego młodego portera który od tej pory ma być ich szefem i czuwać aby wszystko szło jak należy. Ten dzień zaczyna się mocnym podejściem na Taksinda La, na którego szczycie spotykamy kolejną grupę Polaków. Okazuję się że bardzo miłe panie, które pierwszy raz w Himalajach były już w 1983 roku (nas jeszcze przecież w planach nie było ;p ;D ). Ciekawa konwersacja kończy się wymianą adresów, toteż jeśli Panie nas czytają to serdecznie teraz pozdrawiamy. Po drodze w dół spotykamy jeszcze inne osoby z Polski by w końcu dotrzeć do Junbesi gdzie zaplanowaliśmy kolejny nocleg. Bardzo przyjemna droga na koniec dnia powoduje że wszyscy docierają na czas i bez żadnych problemów. Tutaj przy gorącym piecyku rozkoszujemy się ciepłem i gorącymi napojami. Również noc spędzamy w dinning room bo tam o wiele cieplej niż w pokojach. Na zajutrz czeka nas mocne podejście na Lamjura La (3600m n.p.m.) które pokonujemy z różnym szczęściem, gdyż niektórych dopadły małe problemy żołądkowe. Na szczęście po drugiej stronie góry już tylko długie zejście do Kinji, które początkowo pokonujemy w gęstych chmurach. Do samego miasteczka docieramy bardzo zmęczeni ale miły relaks na tarasie regeneruje nasze siły. Tutaj spotykamy również Mariusza który wędruje w przeciwnym kierunku. Jego opowieści o miejscach które zwiedził inspirują nas na kolejne podróże, ale już po powrocie z tej (gdzie to na razie nie zdradzimy). Kolejny dzień ma być końcem naszej wędrówki. Bhandar skąd jeżdżą już autobusy to miejsce do którego musimy dotrzeć. Jako pierwszy rusza Mario (który zwany już Speedy Gonzales) ma szybciej dotrzeć na miejsce by zarezerwować bilety na autobus. Droga mija szybko ale wolnych miejsc w autobusie pozostaje już tylko 4 jednak guest house pod samym przystankiem zapewnia nam to, że rano otrzymamy miejsca stojące. Ostatni wieczór spędzamy na długich rozmowach i w pełni radości z powrotu do Kathmandu rozkoszujemy się ostatnimi widokami gór i whisky którą na którą w końcu było nas stać. Pobudka o 5.00 okazuje się trafna i wszyscy załapujemy się na autobus do „domu”. Po godzinie jazdy okazuje się jednak że nasz kierowca (bardzo dobry trzeba zaznaczyć) który wyczyniał cuda na stromych i niezwykle falistych górskich drogach utknął swoim pojazdem w błocie. Dopiero po kilku próbach i prawie godzinie czasu udaje się ruszyć dalej. Od tej pory nasza trójka przenosi się na dach pojazdu gdzie przeżywa niesamowite chwile, kiedy to raz po raz autobus buja się nad przepaściami…(spadnie, nie spadnie, spadnie, nie spadnie i tak dalej…a raczej przez 4h). Podróż trwa bardzo długo i dopiero koło 20.00 docieramy na miejsce. Wieczór ten spędzamy jednak wspólnie z naszą wspaniałą ekipą z Polski i dopiero nad ranem wracamy do naszego przyszywanego domu. I tak kończy się nasza historia o Himalajach i naszej niezwykłej wędrówce. Chcielibyśmy również w tym miejscu podziękować całej ekipie ( Maciej, Jacek, Robert, Mariusz i Paweł – bohater z Lukli, który dołączył do nas w Kathmandu) za bardzo mile spędzony czas i towarzystwo podczas wędrówki. Mamy nadzieje że się jeszcze spotkamy na szlaku. Pozdro chłopaki!!!

Reklamy