Archiwum dla strone

Laos…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Marzec 8, 2011 by wstronemarzen

Laos to kraj o którym sporo wcześniej nam opowiadano, toteż byliśmy pełni nadziei na kolejną niezwykłą przygodę, no ale zacznijmy od początku. Wydostać się z Wietnamu to nie taka łatwa sprawa. Jest 5.00 a my w deszczu stoimy i wykłócamy się o dolary jakie trzeba zapłacić za każdy stempel wbijany do paszportu. Niestety tym razem z braku czasu zmuszeni jesteśmy odpuścić a może nie tyle z brak czasu co chęć opuszczenia tego kraju w którym wszyscy traktują Cię jak chodzący ATM (bankomat). Pierwsza zmiana widoczna jest już po przejechaniu ok. 5km, kiedy to na niebie zamiast deszczowych chmur pojawia się piękne słońce a my z chęcią ściągamy ciepłe ciuchy. Laos od razu przypada nam do gustu, jest zielono, wzdłuż drogi ciągną się liczne wzniesienia a ludzie traktują Cię jak przyjaciela a nie jak bankomat. My swój pobyt w Laosie zaczynamy od wizyty w Vientiene czyli stolicy kraju. Na miejsce przybywamy dość późno a w dodatku okazuje się, że nasz couchsurfer musiał gdzieś pilnie wyjechać a więc pierwszą noc spędzamy w tanim hostelu. Następny dzień rozpoczynamy od wizyty w ambasadzie Tajlandii i tutaj pojawia się pierwszy problem. Okazuje się bowiem, że spóźniliśmy się o 3minuty i zamiast otrzymać wizę następnego dnia będziemy musieli poczekać na nią aż 4 dni co dla nas oznacza dużą zmianę wcześniejszego planu. No cóż nic nam nie pozostaje jak wyrwać się na te kilka dni z miasta a wybór nie może być inny jak Vang Vieng gdzie odbywa się tzw. tubing, o którym tyle już słyszeliśmy. A zatem gdy tylko składamy paszporty ruszamy na stację publicznych busów skąd dostajemy się do wspomnianego miasteczka. Na miejscu od razu widać, że to najbardziej rozrywkowe miejsce w jakim mieliśmy do tej pory okazję być a zarazem miejsce gdzie przebywa najwięcej „białych”. Tutaj w cenie pokoju dostajemy własny dom w którym mamy wszystko co nam do szczęścia potrzebne. Pierwszy dzień przeznaczamy na zapoznanie się z klimatem miasteczka, jednak już następnego dnia ruszamy na tubing, czyli spływ rzeką na traktorowych dętkach. Najpierw każdy wypożycza dętkę dla siebie, a następnie cała ekipa wywożona jest 4km za miasto skąd rozpoczyna się spływ, którego długość wynosi właśnie 4km. Jednak sam spływ ma coś w sobie jeszcze. Otóż po obu brzegach rzeki co kilkadziesiąt metrów znajdują się bary, gdzie każdy może dostać coś rozweselającego. Z każdego baru, przez młodych chłopaków wyrzucane są liny z przywiązanymi na końcu butelkami za pomocą których delikwent wyciągany jest na brzeg, gdzie korzystać może z pełnego asortymentu baru. Pierwszy bar jest specjalny, tam też oprócz free shotów każdy ma okazję wpisać się na wielki baner i zostaje nakręcony o nim krótki filmik który trafia do kronik. Kolejne bary to również możliwość picia free shotów jednak preferowane są drinki z litrowych bądź dwulitrowych wiaderek. Z reguły gdy zamawiasz jedno drugie dostajesz gratis. Każdy bar posiada również drugie menu na którym do specjałów należą koktajle grzybowe, jointy, itp. Sam spływ to jeden wielki chillout, w którym pomaga również muzyka dochodząca z każdego baru. Niezwykłą atrakcją są również skoki do wody z dużych wysokości. My mamy okazję skakać z jednej z huśtawek. Nad wieżyczką o wysokości jakiś 10metrów znajduje się metalowa rampa wypuszczona nad rzekę do której przymocowany jest drążek a linie. Każdy startuje z wieży i w dowolnym punkcie nad wodą puszcza się, co z reguły oznacza jakiś 7metrowy lot do wody. Zabawa jest naprawdę bardzo pozytywna i dostarcza dużo emocji. I tak mniej więcej można w skrócie opisać tubing który kończy się w wiosce. My oczywiście kończymy go w ostatnim z barów wylegując się w wygodnych hamakach. W Vang Vieng spędzamy dwie noce po czym wracamy do stolicy gdzie w oczekiwaniu na paszporty zwiedzamy miasto, oglądając między innymi złotą świątynię. Mario z Tomkiem wybierają się również za miasto na rowerach do oddalonego o jakieś 30km Garden Budda w którym znajduję się 100posągów Buddy w różnych pozycjach. Tam również spotykamy 6 osobową grupę Polaków wraz z przewodnikiem Marcinem (pozdrawiamy całą ekipę). W drodze powrotnej wstępujemy jeszcze do rozlewni piwa Leo i mimo że jest święto (niedziela) i tego dnia nie ma możliwości zwiedzania browaru i degustacji, my przekonujemy strażników by Ci wynieśli nam po jednym dużym zimnym piwie i choć początkowo sceptycznie podchodzą do tego pomysłu w końcu udaję się ich przekonać a my pokrzepieni złotym trunkiem pedałujemy teraz dwa razy szybciej w kierunku miasta. Następnego dnia gdy tylko odbieramy paszporty ruszamy na wylotówkę by złapać stopa do Luang Prabang. Jednak szybko przekonujemy się że w kraju który ma zaledwie 14tys km dróg z czego tylko 20% posiada asfalt łapanie stopa jest rzeczą arcytrudną. Toteż po dwóch pierwszych stopach na których tracimy mnóstwo czasu rezygnujemy z tej formy podróży i podobnie jak wszyscy zaczynamy korzystać z publicznych autobusów. Luang Prabang to bardzo klimatyczne miasteczko, które chętnie zwiedzamy, mając okazję oglądać piękny zachód słońca nad Mekongiem, czy podziwiać wyroby na straganach ustawianych wieczorami wzdłuż głównej drogi, która w tym czasie jest zamknięta dla ruchu samochodowego. Tutaj również zaczynamy mieć sporo problemy z polskim bankiem co zmusza nas do szybszego niż planowaliśmy powrotu do Tajlandii. Chcielibyśmy jeszcze w tym miejscu podziękować Marcinowi (temu samemu co spotkaliśmy go w Garden Budda) gdyż pomógł nam niesamowicie (on wie w jaki sposób) jesteś wielki!!! Mimo chęci na trekking zmuszeni jesteśmy czym prędzej udać się na granicę którą przekraczamy na łodzi bo też w taki sposób się to tu odbywa. Podsumowując Laos to należy powiedzieć, że to naprawdę bardzo ciekawy i bardzo rozrywkowy kraj (tubing!!!), w którym żyją niezwykle przyjaźni ludzie. Każdy z nas powiedział że jeszcze kiedyś tu wróci a wtedy zrobi i zobaczy wszystko to na co tym razem niestety brakło czasu…

Reklamy

Wietnam…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , on Luty 12, 2011 by wstronemarzen

Słodkie kambodżańskie lenistwo już za nami, a więc mkniemy na granicę z Wietnamem. Mkniemy to może przesada bo nasz stop ledwo się porusza do przodu no ale co zrobić. Wieczorem docieramy w końcu na granicę gdzie widać pierwsze oznaki komunizmu. Na granicy walczymy ostro toteż udaje nam się dość szybko ją opuścić. Kolej na pierwszy wietnamski obiad i pierwszego stopa. Jest ciemno więc sytuacja trochę mało komfortowa ale udaje się zatrzymać wielkiego tira, w którym w kabinie można by było zrobić niezłą imprezę. Docieramy na przedmieście Ho-Ch-Minh-City gdzie po raz pierwszy słyszymy „many, many” na co oczywiście pokazujemy pusty portfe, bo za stopa płacić nie zamierzamyl. Łapiemy taksówkę która zawozi nas prosto do couchsurfera. Nasz artysta ( m.in. brał udział w Idolu oraz maluje obrazy) zabiera nas na pierwszą imprezę w Wietnamie. Na początku poznajemy jego kompana, którym jest hiszpański showman Banga Banga po czym ruszamy do klubu. Tutaj poznajemy 3 Polki które właśnie Saigon wybrały na swoje miejsce pracy. Z imprezy wychodzimy nad ranem, a po drodze do domu dochodzi do przykrej sytuacji kiedy Marcie zostaje wyrwana torebka przez szaleńca na motorze. To pierwszy znak że Wietnam to niezbyt przyjazne miejsce. W Ho-Chi-Minh-City spędzamy 3dni. Wesoła sytuacja przytrafia się nam z naszym couchsurferem, który jak poszedł w tany pierwszej nocy tak jeszcze nie wrócił toteż podczas wyjazdu żegna nas jego babcia, która na drogę wręcza każdemu z nas po dolarze. Z miasta wydostajemy się lokalnym busem, w którym dochodzi po raz pierwszy do poważnej kłótni (o bagaże), która o mało co nie zakończyła się bójką Maria z jakimś kurduplem sprzedającym bilety. Odkąd wyruszyliśmy z Saigonu (druga nazwa Ho-Chi-Minh-City) mkniemy w kierunku zabytkowego miasta Hoi An. Po drodze odwiedzamy jeszcze między innymi Nha Trang, gdzie udajemy się na pola solne (miejsce gdzie ze słonej wody uzyskuje się sól) i oglądamy wielkiego białego Buddę. Trzeba również przyznać że Wietnam ma piękne wybrzeże w którego krajobraz wpisują się zarówno góry jak i morze. Nam jednak coraz mniej zaczyna się tu podobać. Stop praktycznie nie funkcjonuje, gdyż wszyscy żądają zapłaty, toteż zmuszeni jesteśmy przerzucić się na autobusy a w dodatku im bardziej na północ tym gorsza pogoda i co raz częściej pada. Na szczęście same podróże autobusami są całkiem przyjemne ze względu na to iż każdy z nocnych autobusów wypełniony jest tylko i wyłącznie łóżkami. Po przejechaniu około tysiąca kilometrów w końcu docieramy do Hoi An. Na miejscu okazuje się, że jednak spóźniliśmy się o jeden dzień na specjalne święto odbywające się w czasie pełni a związane z puszczaniem lampionów na rzece. No cóż czasem tak bywa, wypożyczamy zatem rowery by zwiedzić to klimatyczne i zabytkowe miasteczko, po czym ruszamy dalej do Hue. Tutaj zostajemy jedną noc. Z samego rana zwiedzamy zabytkową cytadelę, która jest niezwykle interesującym miejscem jednak mało zadbanym toteż jej wartość znacznie spada, szczególnie pod kątem wizualnym. My jednak znajdujemy coś dla siebie a mianowicie słonia chodzącego po jakiejś łące znajdującej się przy jednej z budowli. Oczywiście przeskakując przez mały rów z wodą staramy się zbliżyć jak najbardziej by zrobić kilka fotek, jednak zostajemy przegonieni przez służby porządkowe. No nic, trudno może następnym razem nikt nas nie zauważy. Niedaleko cytadeli oglądamy również czołgi z okresu wojny. Na wieczór ruszamy do Ha Noi skąd planujemy udać się na Ha Long Bay.

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , on Luty 12, 2011 by wstronemarzen

Ha Noi i Ha Long Bay…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , , on Luty 12, 2011 by wstronemarzen

Droga przebiega dość spokojnie jednak niepokojące objawy pojawiają się ciągle na niebie, wśród których do najważniejszych należą chmury i brak słońca. Do miasta docieramy popołudniu i zatrzymujemy się w poleconym hotelu. Cena jest naprawdę przyzwoita a w dodatku wliczone jest śniadanie, które przybiera formę szwedzkiego stołu – to dla nas prawdziwa uczta ;p. Tutaj również wykupujemy wycieczkę na Ha Long Bay. Wybieramy opcję 3 dniową z jedną nocą na łódce a drugą na wyspie. Z rana przyjeżdża po nas specjalny bus którym mamy dojechać na miejsce. Dostajemy też opiekę przewodnika, którym okazuje się być młoda i jeszcze mało doświadczona Wietnamka, toteż po wyjeździe z nami jej doświadczenie wzrasta trzykrotnie. Po drodze zajeżdżamy jeszcze do wytwórni glinianych garów i wyszywanych obrazów, gdzie można również kupić różnego rodzaju alkohole które w butelce schowane mają m.in. węże, skorpiony, legwany czy koniki morskie. Tutaj po raz kolejny spotykamy Agnieszkę i Rafała, których wcześniej widzieliśmy w Kuala Lumpur śpiąc u Rosjanki Olgi. Koło południa docieramy na miejsce gdzie czeka na nas już łódka. Okazuje się że cała ekipa liczyć będzie 14 osób a o prócz nas będą jeszcze dwie Francuzki, jakiś starszy dziadek (który jednak wysiada już pierwszego dnia) oraz 5 osób z Holandii i jeszcze jedna para Francuzek lecz tym razem z Hiszpanem Migelem. W pierwszy dzień udajemy się między innymi do Floating Market czy do jaskini która naprawdę robi duże wrażenie. Na łódce jemy również obiad i kolację a na noc stajemy na kotwicy koło jednej z wysp. Nasza pani przewodnik organizuje karaoke które rozpoczyna jeden z Wietnamczyków lecz nie jest w tym nawet trochę dobry, więc swoim talentem skutecznie wyprasza wszystkich z głównego pokładu. My drinkujemy z Francuzkami które uczą nas ciekawych gier w karty. Wieczorem cała ekipa z łódki przejmuje mikrofon i karaoke zaczyna przypominać namiastkę tego co widywaliśmy chodząc na tego typu imprezy w Polsce. Impreza trwa do późnych godzin nocnych toteż poranna pobudka staje się katorgą dla organizmu. Oprócz nas nikt na łódce nie wykupił wycieczki 3dniowej, a zatem na wyspie trafiamy na nową ekipę z Holendrem „blondyną” na czele. Tutaj odwiedzamy między innymi park narodowy, w którym wchodzimy na jeden ze szczytów niestety całe piękne tego miejsca ponownie porywają chmury. Mimo sama droga na szczyt jest miłą odmianą, gdyż w końcu możemy poczuć namiastkę dżungli, co skrzętnie wykorzystujemy latając na lianach. Na wyspie po raz pierwszy dopisuje nam szczęście. Hotel trafiamy nad samą zatoką a w dodatku nasz pokój jest na 6 piętrze toteż widoki z niego są niesamowite. Tutaj organizujemy sobie małe przechadzki toteż czas upływa nam bardzo szybko i jeszcze się dobrze nie obejrzymy a już musimy wracać do domu. Gdy trafiamy z powrotem na naszą łódź zastajemy nową ekipę wśród której jest między innymi Paweł z Polski. Tego dnia dopisuje nam lepsza widoczność dlatego wykorzystujemy to nadrabiając braki w zdjęciach. Na noc wracamy do naszego hotelu, a próbując zabukować bilety autobusowe do Vientiane (stolicy Laosu) po raz kolejny spotykamy Agnieszkę i Rafała – ciekawe czy ta sztuka uda nam się w Australii albo Nowej Zelandii. W dzień wyjazdu do Laosu załatwiamy jeszcze wizy do tego kraju po czym pełni radości z faktu opuszczania Wietnamu udajemy się na stację busów. Oczywiście opuszczenie Wietnamu nie jest takie miłe i po raz kolejne mamy spięcie najpierw w punkcie sprzedaży biletów, później w taksówce a na końcu w autobusie. Jak zwykle nie wiele brakuje aby rozpętała się niezła bójka lecz na szczęście (oczywiście dla Wietnamczyków) udaje się tego uniknąć. W autobusie poznajemy m.in. śmiesznego Francuza z którym okupujemy cały tył oraz Brytyjczyka niemotę który dla bezpieczeństwa słodkości je w rękawiczkach. Na granicę docieramy z samego rana i wita nas niezła ulewa. W punkcie granicznym oczywiście po raz kolejny prowadzimy wojnę z celnikami którzy żądają pieniędzy za każdy stempel co wbijają. Mimo długiej walki jesteśmy zmuszeni się poddać a w nagrodę zostajemy jeszcze dokładniej sprawdzeni… Podsumowując Wietnam należy powiedzieć że jest to kraj o cudownych widokach oraz z magicznym Ha Long Bay. Niestety pazerność ludzi którzy nawet gdy otrzymują żądane pieniądze dalej chcą Cię oszukać na każdym kroku sprawia, że szybko można się zniechęcić do dalszej podróży. To chyba najgorszy kraj w jakim do tej pory byliśmy a w dodatku trafiliśmy jeszcze na kiepską pogodę toteż na Ha Long Bay pojechaliśmy w trekach i grubych ciuchach. Mimo wielkich oczekiwań musieliśmy obejść się smakiem a nasze nastawienie do tego kraju po tym co przeżyliśmy diametralnie się zmieniło…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , on Luty 12, 2011 by wstronemarzen

urodzinowe plażowanie…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Z Phnom Penh udajemy się na południe by spędzić kilka dni w Sihanoukville Oczywiście na miejsce zamierzamy dotrzeć stopem, lecz wcześniej czeka nas długi marsz za miasto by coś złapać. Po drodze na jakimś rumowisku widzimy zgraję ludzi, przystajemy więc by zobaczyć czym zainteresował się ten tłum gapi, po czym okazuję się że obserwują pokaz, w którym jakiś uliczny artysta bawi się z kobrami. Węże swobodnie pełzają po placu, stanowiąc duże zagrożenie nie tylko dla samego artysty (który pokazuje w międzyczasie liczne rany na nogach i rękach po kolejnych ugryzieniach) ale też dla wszystkich obserwujących to widowisko. My przystajemy na chwilę ale zaraz ruszamy dalej bo zaczyna się ściemniać a my musimy złapać jakiego stopa. Nie jest to zbyt proste zadanie ale wykorzystując światło ulicznych latarni udaje nam się złapać pick-up który zabiera nas prosto do celu. Tutaj wysiadamy pod jedną z plaż po czym udajemy się nad wodę by znaleźć jakiś bar który mógłby stać się naszym domem na kilka kolejnych dni. Jedna rundka i po chwili mamy już wybrańca. Zamawiamy piwo a po kilkunastu minutach mamy już zapewniony nocleg na wygodnych fotelach… sama plaża w Kambodży robi na nas niesamowite wrażenie. Mnóstwo barów, zabawa na całego, fajerwerki, muzyka, ognisko a co istotne piwo za ćwierć dolara;p. To chyba najbardziej rozrywkowa plaża naszej wyprawy na jakiej na razie mieliśmy okazję przebywać. W Sihanoukville zostajemy 4 noce. Tutaj też odbywają się urodziny – ćwierćwiecze Maria i jak łatwo się domyślić impreza trwa całe 5 dni. Podczas tego czasu na dobre zżyliśmy się z obsługą baru. Właścicielami są młody i stary Anglik oraz jakiś ciemnoskóry miejscowy nazywany lazy boy. Obsługę natomiast stanowi „Marysia” i trzech młodych chłopaków. My do dyspozycji mamy wygodne łóżka, plecaki przechowujemy w specjalnym pomieszczeniu a w wolnym czasie gramy w bilard, kąpiemy się w morzu, opalamy, pijemy piwo, czy też jemy ananasy albo wielkie homary. Urodziny Maria to oczywiście najgrubsza impreza tego pobytu a rozpoczyna je seria fajerwerków. Oczywiście wedle umowy Wojtek i Tomek golą mu głowę zostawiając irokeza, którego dogalają następnego dnia. Nie brakuje również tortu który przybiera wyjątkową formę a mianowicie zrobiony jest na biszkoptowej podstawie wypełniony masą ananasowo – cytrynową i czymś na wzór bitej śmietany. Jednym słowem pychota a ten smak chodzi za nami do dziś. Podczas pobytu zostajemy również zaproszeni na bankiet z okazji promocji dobrego koniaka. Co prawda jesteśmy jedynymi osobami którzy nie posiadają własnego baru na plaży a mogą uczestniczyć w tej imprezie, za to szwedzki stół i darmowe drinki wydają się nie mieć końca. Kambodżańskie plaże robią na nas naprawdę duże wrażenie a klimat jaki tu panuje jest godny uwagi. Radość z jaką miejscowi podchodzą do turystów jest niesamowita, a sama okolica wzbogacona o liczne skałki rozsiane w wodzie jest naprawdę urokliwa. My ze smutkiem żegnamy się z naszymi nowymi znajomymi dziękując zarazem za okazaną gościnności i niezwykle urodziny jakie mogliśmy zorganizować Mariowi. Ruszamy zatem dalej tym razem w stronę granicy z Wietnamem. Oczywiście dalej realizujemy autostop podróżując między innymi na workach z cementem przewożonych przez jednego z tirów. W drodze na granicę spędzamy jeszcze jeden dzień w stolicy, lecz już następnego dnia docieramy na samo przejście.

Musimy przyznać że jak na razie Kambodża była najlepszym krajem w jakim mieliśmy okazję być. Niezwykłość miejsc oraz niesamowicie pozytywna energia jaką swoim uśmiechem rozsyłają ludzie mieszkający z tym kraju sprawia że każdy z chęcią kiedyś by tu jeszcze wrócił…

Kambodża…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , , , , , , , , , on Luty 6, 2011 by wstronemarzen

Kambodża zaskakuje nas od samego początku. Gdy tylko przekraczamy granicę czeka na nas darmowy autobus do centrum turystycznego znajdującego się jakieś 30km dalej. Oczywiście korzystamy z tej okazji bo to świetny sposób przedostania się na wylotówkę. Na miejscu wywołujemy nie lada szok, gdy zamiast kupić bilety na autobus (bo po to nas tu przywieziono) idziemy łapać stopa tuż za bramę. Wszyscy mówią że to nie możliwe, dlatego tym większe jest ich zdziwienie kiedy już po chwili zabiera nas rodzinka podróżująca pick-upem. My wraz z czworgiem dzieci na pace mkniemy wśród kambodżańskich krajobrazów do pierwszej większej miejscowości. Tutaj kolejny stop i po niedługim czasie jesteśmy już w Siem Reap, gdzie czeka na nas couchsurfer. Tym razem trafiamy do nauczyciela angielskiego a naszym domem staje się szkoła. Pobyt w Siem Reap to przede wszystkim wizyta w Angkorze. Jednak pierwszego dnia jest już zbyt późno by się tam udać a zatem ruszamy z Rure – bo tak ma na imię nasz nauczyciel, do miasta gdzie spędzamy trochę czasu kosztując po raz pierwszy w życiu pieczonego węża. Angor znajduje się jakieś 6km od centrum miasta a że my mieszkamy trochę na peryferiach to nasza droga wydłuż się o jakieś kolejne 10km. Świątynie najlepiej zwiedzać na rowerach a że jest weekend i szkoła ma wolne to właśnie stąd pożyczamy nasze jednoślady. Pierwszym miły akcentem w Angkorze są bilety, gdyż każdy kto je kupuje jest fotografowany po czym otrzymuje bilet z własnym zdjęciem, co jest miłą pamiątką. Angor Wat to pierwsza a zarazem największa świątynia z całego kompleksu. Jej zwiedzanie zajmuje sporo czasu jednak sam widok jest niesamowity. Tutaj też uświadczamy zabaw z małpami które są po prostu wszędzie. Kolejną świątynią jak odwiedzamy jest Bayone, w której niesamowite wrażenie robią ryty wykłute w kamiennych ścianach. Cały kompleks Angor obejmuje kilkanaście świątyń my jednak postanawiamy zwiedzić tylko te najważniejsze i najbardziej atrakcyjne. Do nich z pewnością zaliczyć trzeba Ta Prom , która charakteryzuje się tym iż budowle pokrywają liczne drzewa które wrosły się w ściany. Widok jest naprawdę piorunujące jedyne co nam przeszkadza w spokojnym zwiedzaniu tego miejsca to gromada Chińczyków, których nie dość że jest mnóstwo to jeszcze ciągle krzyczą. No ale nic na to nie możemy poradzić. W Angkorze spędzamy cały dzień a w drogę powrotną wybieramy się już po zachodzie słońca, który niestety popsuły nam chmury, choć przez cały dzień grzało niesamowicie. Podróż do domu która miała być szybką przejażdżką zamienia się w długi proces holowania kiedy to w Tomka rowerze urywa się łańcuch. Niestety dzieje się to aż na ponad 15km od domu. Mario korzysta ze swojego paska w spodniach robi hol i w ten sposób trzymając go za jeden koniec a drugi dając Tomkowi ciągnie go w kierunku domu. Po drodze przystajemy jeszcze na chwilę widząc chłopców grających w siatkówkę. Oczywiście silna trzyosobowa reprezentacja z AWF-u nie daje szans grającym po drugiej stronie siatki 7 Khmerom i w szybkim tempie inkasuje komplet punktów, po czym rusza w dalszą drogę. Nasze holowanie ze względu na krótki pasek jest trochę utrudnione toteż do domu docieramy w zupełnych ciemnościach nie widząc nawet drogi którą jedziemy. Kompleks świątyń Angkor to wyjątkowe miejsce a budowle które tam się znajdują są naprawdę warte zobaczenia. Było to z pewnością kolejne magiczne miejsce w jakim mieliśmy okazje być podczas naszej podróży. Z Siem Reap kolejnego dnia ruszamy w dalszą drogę tym razem łapiąc stopa do Phnom Penh gdzie docieramy o zmroku. Ze względu na brak couchsurferów zmuszeni jesteśmy spać w guest housie na szczęście ceny są bardzo niskie więc nie jest to najgorsze wyjście. W stolicy spędzamy 2 noce załatwiając między innymi wizy do Wietnamu. Same miasto to bardzo żywe miejsce. Pełno tu ludzi którzy ciągle się bawią, na wielkich placach ulicznych grając w piłkę czy badmintona, a wieczorami przy akompaniamencie muzycznym i pod okiem instruktora korzystają z darmowego aerobiku, w którym uczestniczą setki ludzi. W Phnom Penh rozgrywamy też kolejny mecz tym razem na boso na placu przed pałacem królewskim. Gramy w futbol piłką zrobioną z czegoś przypominającego wiklinę i oczywiście rozbijamy miejscowych aż 7:2. Tutaj również mamy okazję skosztować wędzonego węża, żabę, jakieś larwy, wielkiego chrząszcza, konika polnego czy wielkiego pieczonego pająka. Nie było to najsmaczniejsze a zarazem musimy przyznać że były to nasze jedyne dwa raz w życiu kiedy to zjedliśmy – pierwszy i ostatni!!! Korzystając z wolnego czasu zwiedzamy też miasto a podczas wieczornego powrotu do domu sprawdzamy czy da się jechać w 4 osoby na skuterze co kończy się niezłą glebą. Mili okazują się tutaj tuk-tukarze, którzy wieczorami zbierają się w grupy by trochę podrinkować, a gdy tylko nas widzą wołają i częstują piwem. Jedynym wielkim minusem jest tutaj to że wszyscy piją piwo z lodem…L no ale to akurat ułomność całej południowo-wschodzinej Azji, a przynajmniej tej w której my mieliśmy okazję być…