To co najpiękniejsze w Australii – ostatnia opowieść.

Udało się naprawić gaz a zatem pakujemy naszego Abo i ruszamy w dalszą drogę. Teraz czeka nas jak się okaże 10tys km podróży po wschodniej i środkowej Australii. Jednak zanim to nastąpi, swoje pierwsze kroki kierujemy do Cambery, gdzie spędzamy kilka godzin, zaliczając m.in. wizytę w australijskim parlamencie – obserwujemy nawet obrady sejmu, które notabene nie różnią się niczym od tych w Polsce.

Naszym kolejnym celem staje się Sydney, gdzie musimy załatwić wizę do Kanady dla Tomka by móc lecieć przez Pacyfik. Tam też spędzamy 4 dni, leniuchując na dwóch pięknych plażach – Bronte i Bondi Beach. Wybieramy się również na dwa dni do Blue Mountains. Pierwszego dnia całe piękno jakie tutaj można ujrzeć zabierają nam gęste chmury które zawisły nad tym miejscem. Jednak kolejny dzień to już znaczna poprawa pogody a my mamy okazją podziwiać niesamowite góry, które naprawdę mają kolor niebieski. Ich najbardziej rozpoznawalną częścią są 3 siostry, czyli skały o charakterystycznych trzech wierzchołkach. Z Blue Mountains ponownie wracamy do Sydney gdzie niestety czeka nas smutna wiadomość albowiem nie udało się załatwić wizy do Kanady. Ze względu na to że nie mamy już zbyt dużo czasu ruszamy dalej a wizę do USA postanawiamy powalczyć w Singapurze do którego już zresztą kupiliśmy bilety.

Z Sydney jedziemy na północ zaliczając kolejne większe i mniejsze miejscowości. Naszym kolejnym dłuższym przystankiem staje się Gold Coast. Tego miejsca chyba nie trzeba reklamować bo jego nazwa mówi sama za siebie. Tutaj czas spędzamy głownie na wizycie w 3 parkach rozrywki. I trzeba przyznać że to jedne z najlepszych miejsc w jakich przyszło nam się kiedykolwiek bawić. Sea World, Movie World i Wet & Wild to istny raj dla ludzi szukających adrenaliny i niesamowitych przeżyć. W pierwszym niesamowity wręcz magiczny show z delfinami, niedźwiedzie polarne, rekiny, rolercostery czy show na jet ski. W drugim adrenaliny dostarczają nam jazdy na wielkich rolecosterach w których prędkość dochodzi do ponad 100km/h oraz inne adrenalinowe wynalazki czy show samochodowe. A w ostatnim oczywiście magia wodnych ślizgawek, które przyprawiają o zawał serca a my jakby tego było mało fundujemy sobie na koniec lot na 55m huśtawce… to było coś!!! Teraz jeszcze wizyta na plaży, kąpiel w oceanie i oglądanie całego tego magicznego wybrzeża z największego budynku w tym miejscu. Z Gold Coast ruszamy przez Brisbane do Townsville skąd zaczyna się nasza przygoda z pustynią. To naprawdę niesamowite uczucie jechać drogą która nawet przez 50km może nie mieć najmniejszego zakrętu, przy której biegają strusie, wielbłądy, psy dingo, dzikie konie, krowy, owce, kangury a na której roi się od jaszczurek i to nawet takich grubo ponad metrowych.

Droga choć czasem męcząca ze względu na piekielny upał to bardzo wesoła i ciekawa. Odwiedzamy raz też jedną z wiosek Aborygeńskich w poszukiwaniu stacji jednak na nasze szczęście nie jesteśmy na tyle w potrzebie by musieć się tam zatrzymać, bo moglibyście już o nas nigdy nie usłyszeć. Jednak prawdziwe oblicze Aborygenów przychodzi nam poznać w Alice Springs do którego przez ostatnie 200km podróżujemy w towarzystwie Francuzki, którą zabraliśmy na stopa z jednej z przydrożnych stacji. W samym mieście nie ma za wiele do robienia więc po krótkim spacerze ruszamy dalej. Teraz czas na Uluru do którego przez 100km postanawiamy podróżować po niewyasfaltowanej drodze i na nasze szczęście że jest to tylko 100km bo nasze auto mogłoby się w pewnym momencie obrazić. Za wszelką cenę chcemy ubrudzić Abo na czerwono z zewnątrz lecz on płata nam psikusa i zamiast z zewnątrz zasypuje nas 5cm warstwą czerwonego piachu tyle że wewnątrz. Na Uluru docieramy przed zachodem słońca jednak chmury zabierają nam to co ponoć najlepsze. A zatem zostajemy na wschód i musimy przyznać że była to dobra decyzja bo jest on wręcz magiczny. Odwiedzamy też inne skały w parku wśród których jest Kata Tjuta. Stąd udajemy się do King Canion w którym jednak ze względu na brak czasu decydujemy się tylko na krótki trekking ale i tak było warto.

Teraz ostatnia prosta do Adelaidy a po drodze jeszcze m.in. Coober Pedy z kopalniami opali. Przed wyjazdem zrobiliśmy sobie na desce chroniącej przed słońcem licznik zabitych kangurów jakie zobaczymy podczas całej wyprawy. Na koniec podliczyliśmy wszystkie kreski i wyszło nam 856 sztuk. W Adelaidze bierzemy się za ostatnie przygotowania do dalszej drogi i sprzedaż auta która wyszła nam dość średnio. Pierwszego listopada lecimy do Perth. Tam spędzamy jeden dzień głównie spacerując po mieście i zażywamy ostatniej oceanicznej kąpieli w Australii. Następnie lecimy do Singapuru gdzie toczymy dalszą walkę o wizy. Jednak na wstępie przegrywamy w ambasadzie USA gdzie dowiadujemy się że o wizy musimy postarać się w Polsce. A zatem jedyną drogą przez Pacyfik do Ameryki Południowej zostaje statek którego poszukujemy przez 3 dni. I nawet udaje nam się mimo, że niektórzy na nasze pytanie o możliwość załapania się na jego pokład odpowiadają że to nie Afryka. Godziny przesiedziane w porcie prawie przynoszą zamierzony efekt jednak na ostatecznej przeszkodzie stają przepisy (ograniczona ilość załogi – było tylko jedno wolne miejsce) i kapitan, mimo że jego zastępca był skłonny nas zabrać. Co śmieszniejsze dowiadujemy się że statki i tak pływają przez Afrykę. Teraz pozostaje nam kupić bilety samolotowe ale niestety przez RPA. Nasze założenie objechania ziemi dookoła niestety legło w gruzach. Będzie dookoła ale trochę inaczej. Przegraliśmy z biurokracją, może gdzieś popełniliśmy błędy ale tak to jest w gonitwie za marzeniami. Następnym razem na pewno się uda a my tymczasem lecimy do Buenos Aires gdzie rozpoczniemy nasze ostatnie 120 dni gonitwy za marzeniami.

Advertisements

Jedna odpowiedź to “To co najpiękniejsze w Australii – ostatnia opowieść.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: