Australio wracamy – czyli Sydney i praca przy pomarańczach…

Swoją drugą przygodę z Australią zaczynamy od wizyty w Sydney. Początkowo planowaliśmy zostać tutaj 6 dni, jednak z powodu wybuchu wulkanu w Chwile i oczekiwaniu 2 dni na wylot z NZ nasz pobyt musimy skrócić do 4, gdyż za tyle mamy samolot do Adelaidy. W Sydney zatrzymaliśmy się u znajomych rodziców Maria, którym z góry dziękujemy za gościne, gdyż znów mogliśmy się poczuć jak w domu. Cztery dni jakie tutaj spędziliśmy wystarczyły nam zupełnie na zobaczenie tego co mieliśmy zaplanowane. Obowiązkowo zaczynamy od wizyty w Opera House Sydney, która wygląda naprawdę fajnie i doskonale wkomponywuje się w architekturę miasta. Podczas tour po wnętrzach opery udaje nam się trafić na próby orkiestry w głównej sali koncertowej, dlatego też z pełną odpowiedzialnością możemy stwierdzić, że dzwięki jakie tam można usłyszeć dają do myślenia nawet tym, którym przysłowiowy słoń nadepnął na ucho. Tego dnia udaje nam się również trafić na magiczny zachód słońca, który na tle mostu i opery sprawił, że nasze aparaty aż zagrzały się od zdjęć, które swoją drogą wyszły naprawdę znakomicie (co zobaczyć można poniżej w galerii).

W ciągu kolejnych dni odwiedzamy inne ciekawe miejsca jakie oferuje nam Sydney. Nie brakuje także wizyty na Tower Eye Sydney, skąd możemy podziwiać panoramę miasta. I tutaj musimy przyznać, że z góry widywaliśmy już lepiej wygladające miasta, a trochę takich wieży już odwiedziliśmy. Jednego z wieczorów spotykamy się również z koleżanką Wojtka z czasów szkolnych – Mają, którą serdecznie pozdrawiamy. Nie brakuje oczywiście piwka, na które wspólnie wybieramy się do jednej z knajpek w marinie. Jest to miejsce niezwykle oświetlone toteż czas spędzony tutaj upływa bardzo przyjemnie.

Po 4 dniach musimy pożegnać jedno z fajniejszych miast (a raczej najfajniejsze) w jakim do tej pory było dane nam być i lecieć do Adelaidy, gdzie rozpocznie się walka o być albo nie być naszej podróży (drugiej opcji nie bierzemy pod uwagę). Walka ta wiąże się ze znaleziemniem pracy. Pierwsze dwa tygodnie nie przynoszą żadnych dobrych wieść więc sytuacja zaczyna robić się mało ciekawa. My jednak nie tracimy nadzieji i szukamy dalej. Podczas wizyty w jednym z miasteczek na obszarze sadów pomarańczowych udaje się znaleźć ogłoszenie odnośnie pracy przy zbieraniu – oczywiście pomarańczy. Już po kilku godzinach okazuje się że możemy przyjechać do pracy więc po zabraniu rzeczy udajemy się do Waikerie (170km od Adelaidy), gdzie pierwszy tydzień mieszkamy w „hotelu” na statku. Do pracy mamy 5km i jak się nie uda złapać stopa to musimy chodzić pieszo. Praca ze względu na mokre i chłodne noce zaczyna sie późno lub czasem się nie dobywa toteż i pierwsza wypłata nie rozpieszcza. Dość dużo płacimy za nasz camping toteż żeby było to opłacalne wracamy do Adelaidy, gdzie na szybkości kupujemy vana, którego ze względu na spalanie – 20 L na setke przekornie nazywamy Abo a to od Aborygenów, którzy niuchają benzynę. Dla nas najważniejsze jednak że mamy gdzie mieszkać a kilometrów i tak dużo nie robimy. W okolicy są darmowe BBQ na których naszym przysmakiem stają się kiełbaski z wooliego, przyrządzane na 101 różnych sposobów. Niedaleko jest też darmowy prysznic, co prawda stworzony przy autostradzie jednak dzięki ciepłej wodzie oblegany przez backpakersów, co też oczywiście nie podoba sie kierowcą trucków, którzy muszą czekać w kolejce. Co piątek odbywa się ognisko tuż nad rzeką na które zjeżdzają się backpakersi pracujący w okolicy. Początkowo występujemy tam w roli gości ale szybko przejmuję pałeczkę gospodarza a ilość drewna jaką przywozimy naszym vanem przed każdym z ognisk jest tak duża, że większości ciężko w to uwierzyć. Poznajemy tu wspaniałych ludzi którzy stają się dla nas bardzo bliskimi osobami. Julek, Damian – znany jako Rudy, Jason i Sara, Teddy i Flo, Sandra i Terry czy miejscowa Lulu, dzięki której co piątek wszyscy jeździmi na salę i gramy po kilka godzin w różne sporty ( o tych ludziach nigdy nie zapomnimy). Jest też Chińczyk z którego mamy dobry ubaw i Niemka, której chyba nikt nie lubi, z wyjątkiem Chińczyka – on ją nawet podrywa. Podczas piątkowych imprez gramy w ring of fire podczas którego przelewają się litry wina, a atmosfera jest naprawdę wesoła.

Jedni wyjeżdzają inni przyjeżdzają tylko my ciągle tkwimy w tym samym miejscu odliczając dni do końca pomarańczowej mordęgi. Praca staje się szczególnie uciążliwa gdy temperatura z każdym dniem zaczyna przekraczać 30 stopni… Czasami jest też niebezpiecznie ale to z powodu węży które kręcą się koło naszego domu. Szczególnie zapadł nam w pamięci dzień, kiedy to 50m od miejsca gdzie spaliśmy przez drogę przepełzał brown snake – jakby nie było 3 w rankingu najbardziej jadowitych węży świata. Na koniec pobytu wraz z Teddim i Flo urządzamy sobie kino pod domem Joe (nasz pracodawaca) gdzie co wieczór oglądamy nowy film. Jednego z wieczór gdy spuszczamy psa (który szczekając przeszkadza w oglądaniu) okazuje się że nam uciekł a że jest już po północy, poszukiwania z głośnym wołaniem – Max bo tak się wabi, budzą całą wieś. Za każdym razem gdy ktoś wyjeżdza organizujemy mu imprezę pożegnalną, a sami ostatni tydzień spędzamy na obiadach u Włoszek, gdzie zjeżdza sie zawsze spora ekipa a obiad każdego dnia przygotowuje ktoś inny. Częstym miejscem spotkań jest też miejscowa biblioteka gdzie wszyscy przyjeżdzają na internet. Czas płynie szybko a nam 3 miesiące pracy zlatują w dość wesołej atmosferze. Na polach zaczynamy bić kolejne zbierackie rekordy (jak zaczynaliśmy to zbeiraliśmy 6 binów pod koniec z reguły 12-15) a wielkim osiągnięciem staje sie uzbeiranie 6 traili ( jedna trila to 3,5 normalnego bina) po czym znów staje się o nas głośno. Przychodzi jednak czas kiedy i my musimy wyjechać. Z jednej strony cieszymy się ogromnie bo zbierania mamy już dość a z drugiej szkoda nam ludzi których musimy zostawić a z którymi bardzo się zżyliśmy. Mamy tylko nadzieję że uda nam się jeszcze ich spotkać gdzieś w Europie. Teraz wracamy do Adelaidy naprawić gaz w aucie bo bez niego przy naszym spalaniu cieżko myśleć o ruszeniu w dalszą trasę. W międzyczasie przedłużylismy również możliwość pobytu w Australii o kolejne 3 miesiące. Udało się zarobić trochę pieniędzy i choć to może nie są wielkie kokosy to pozwalają z optymizmem patrzeć na dalszą podróż. Jest to nawet nasz mały sukces patrząc na to jak trudno o pracę dla Polaków w Australii a z jakiego powodu to już wszyscy wiedzą…

Reklamy

komentarze 3 to “Australio wracamy – czyli Sydney i praca przy pomarańczach…”

  1. antypody zdobyte, grosiki na dalszą podróż zarobione, gigasmrody spalone
    wrażenia niezapomniane a my liczymy dni do powrotu
    całuski!!1

  2. Dominika W. Says:

    Super! czekamy na literki od Was i foty już z kolejnego kontynentu 😀

  3. Ta wyprawa, to wiecej niż wszystkie lata na awfie, co.
    Ciagle slędzę wasze przygody zza biurka, zamiast kończyć doktorat. Na uczelni wszystko ok. Pozdrawiamy Was i czekamy na dalsze wieści. Buziaki 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: