Milford Sound, Mount Cook i Christchurch, czyli ostatnia opowieść o Nowej Zelandii…

Wanaka to chyba jedno z naszych ulubionych miejsc w Nowej Zelandii. Kolor jeziora rozciągającego się nad miasteczkiem jest tak magiczny, że można by siedzieć i się w nie wpatrywać przez cały czas. My jednak czasu nie mamy i musimy ruszać w kierunku Milford Sound do którego mamy jakieś 300km. Po drodze podziwiamy jak zwykle cudny, górzysty krajobraz, przeplatany co chwilę przez różne jeziorka. A zatem droga zlatuje nam bardzo szybko i przyjemnie. Nad jednym z jezior zatrzymujemy się jeszcze na sesję fotograficzną z pięknym zachodem słońca. Potem zaczynamy rozglądać się za jakimś miesjcem na nocleg, jednak znalezienie czegokolwiek nie jest to zbyt łatwe, więc docieramy jakieś 50km przed MS, gdzie na jednym z prakingów pośród pięknych, ośnieżonych szczytów zatrzymujemy się na noc. Dzięki temu, iż trafiliśmy na pełnie księżyca, widok dookoła staje się jeszcze bardziej efektowny.

W nocy trafił się przymrozek, a z rana jak tylko ruszamy (na Milford Sound) można zauważyć, że droga jest dość mocno oblodzona. Dlatego też bardzo spokojnie przemieszczamy się do przodu, obserwując to co wyrastra po obu stronach drogi po każdym zakręcie czy tunelu. Gdy przybywamy na miejsce musimy przyznać, że Milford jest identyczny jak na wszystkich widokówkach jakie mogliśmy do tej pory zobaczyć. Co prawda pogoda nam trochę nie dopisuje bo niebo jest dość mocno zachmurzone ale na to wpływu nie mamy. Decydujemy się wykupić rejs co okazuje się dobrym pomysłem, gdyż możliwośc oglądanie z bliska ogromnych bloków skalnych jakie tworzą owe fiordy daje podwójny efekt. Po całej wyprawie wracamy na nasze miejsce noclegowe a że powoli robi się ciemno postanwiamy spędzić tu kolejną noc.

O poranku ruszamy dalej a naszym kolejnym celem staje się Queenstown, gdzie zostajemy na resztę dnia. Spacer po mieście przypomina trochę przechadzkę Krupuwkami, ale musimy przyznać, że maisteczko ma swój wyjątkowy klimat. Na noc docieramy do naszego ulubionego miejsca jakim jak już wszyscy wiedzą jest Wanaka. Nazajutrz po śniadaniu nad brzegiem jeziora, czas pożegnać się z Wanaką i ruszać na Mount Cooka, gdzie docieramy w godzinach popołudniowych. Nie jest jeszcze zbyt późno więc postanawiamy ruszyć na pierwszy z dwóch treków jakie sobie tu zaplanowaliśmy. Co prawda w trakcie drogi okazuje się, że podejście z jakim przyszło nam się zmagać jest dość mocno strome ale po Himalajach chyba już mało co może nas zaskoczyć, więc w dość szybkim tempie dociermay na szczyt. Tam chmury zabierają nam połowę widoków i tylko przez moment dane jest nam się cieszyć tym czego oczekiwaliśmy. W drodze powrotnej pogoda płata nam figla, gdyż niebo robi się czyste a zatem w dużej części widok z góry zostaje zrekompensowany. Próbujemy jeszcze uchwycić zachód słońca ale tu znów chyba pogoda jest przeciwko nam, więc czas na kolację i spać bo jutro kolejny trek.

Z rana po śniadaniu ruyszamy na drugi trek. Jednak ta trasa okazuje się dużo, dużo łatwiejsza. Świadczyć o tym mogą tłumy Chińczyków, które musimy wyprzedzać już od samego początku ścieżki. Widoki jednak są super i naprawdę warto było się tu wybrać. Z racji tego że dość sprawnie i szybko przebiegła dzisiejsza wyprawa, już dziś ruszamy dalej w kierunku Christchurch.

Do miasta docieramy dopiero następnego dnia. Widok jaki ukazuje się naszym oczom jest jednak na tyle przerażający, że jeszcze na długo pozostanie w naszej pamięci. Centrum miasta o powierzchni 2km na 2km jest odgrodzone, zamknięte i przygotowywane do rozbiórki. Na budynkach widnieją tylko wielkie sprejowe napisy (godzina, data, kraj) ekip ratunkowych które przeszukiwały dane miejsce. A w środku przez szybę można dostrzeć jak wszystko zamarło, zostało zostawione w raz z chwilą trzęsienia. Ludzie uciekli i nigdy nie wrócili… Widok przerażający, aż łzy cisną się do oczu. A wokół cisza i spokój, tylko gdzie niegdzie jakieś kwiaty, listy pożegnalne…

Następnego dnia zdajemy naszego Lazy Boya do wypożyczalni. Spisał się znakomicie aż szkoda go oddawać… Ale taka kolej rzeczy, po wszystkim ruszamy na lotnisko gdzie czeka nas niemiła niespodzianka. Z powodu wybuchu wulkanu w Chile nasz lot jest odwołany. Na lootnisku spędzamy dwie noce, naszczęście tylko dwie. Po tym czasie samoloty w końcu zaczynają latać a my wracamy do Australii – tym razem zaczynamy od Sydney…

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Milford Sound, Mount Cook i Christchurch, czyli ostatnia opowieść o Nowej Zelandii…”

  1. piękne miejsce na ziemi, choc przerażający widok zniszczeń…
    powodzenia i szczęścia w dalszej podróży no i wysokich lotów 🙂
    buziaki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: