Pożegnanie z Australią… lecz tylko na chwilę…

Czas naszego pobytu w Australii właśnie dobiegł końca, a raczej skończyła się nasza pierwsza przygoda z tym krajem bo za miesiąc znów tu wrócimy. Ale za nim to się stanie opowiemy o tym co jeszcze spotkało nas w tym kangurowym świecie. Jak już wcześniej wspominaliśmy często na weekendy jeździliśmy do Middleton gdzie z reguły czas spędzaliśmy na plaży, czy też na wycieczkach rowerowych. Jednak raz wybraliśmy się do Victor Harbor gdzie znajduje się piękna Granitowa wyspa na którą kiedyś jeździł konny tramwaj a na której można zobaczyć pingwiny i foki. My mieliśmy okazję podziwiać tam piękny zachód słońca i nawet widzieliśmy jednego pingwina. Jest to o tyle trudne porą zimową że pingwiny maszerują już o zmroku a naszego okaza dopadliśmy dopiero schowanego w norze;) Innym razem wybraliśmy się do Goolwa gdzie wraz z Czesiem szaleliśmy autem po plaży i podziwialiśmy ujście jeden z największych australijskich rzek. Czas leciał a my dalej poszukiwaliśmy jakiejś pracy. Co raz częściej zaglądaliśmy do Roberta i Ani i tam spędzaliśmy sporo czasu – to oglądając trochę polskiej telewizji czy grając na wielkim ekranie w jedną z tysiąca gier. Zajęliśmy się również ogródkiem gdzie przycięliśmy kilka sporych palm. Ania z Robertem często robili nam niespodzianki a pierwsza z nich dotyczyła wyjazdu do Gorge Wildlife Park. Tam mogliśmy podziwiać wiele gatunków zwierząt żyjących w Australii. Diabeł tasmański, pies dingo, papugi, to zwierzęta które ciężko spotkać gdzie indziej jednak największą frajdę sprawiło nam trzymanie miśka koali na rękach czy zabawa z kangurami. Ten pierwszy mięciutki w dotyku, ci drudzy napaleni na nasze herbatniki. Próby wyciągnięcia małego kangura z worka czy zrobienia zdjęcia wnętrza torby to tylko jedne z wesołych przygód. Kangury choć bardzo miłe to czasem naprawdę olbrzymie i stawiające opór. Jeden nawet wyskoczył na przysłowiowe „solo” z Mariem i mimo że był z kolegami to musiał się poddać. Ale ta wizyta jeszcze na długo zapadnie nam w pamięci. Innym razem Robert z Anią postanawiają zabrać nas do Melbourne gdzie wyruszamy na 3 dni w środku tygodnia. Podróż nocą a od rana zwiedzanie. Najpierw wizyta na Eureka Tower najwyższym budynku w Australii gdzie dodatkowo w specjalnej kładce na wysokości 285m metrów zostajemy wypuszczeni nad ziemię. Tam stoimy w szklanym pudle gdzie szyby są jakby mleczne. Dopiero po dźwięku tłuczonego szkła mleczne zabarwienie znika a naszym oczom ukazuje się przezrocze co ze szklaną podłogą na wysokości 285m nad ziemią robi naprawdę duże wrażenie. Następnie wybieramy się trochę pozwiedzać miasto gdzie odwiedzamy m.in. Katedrę św. Pawła czy Royal Exhibition Building. Na koniec dnia spotyka nas miła niespodzianka a mianowicie wizyta w Crown Casino. To jedno z największych kasyn w Australii a zabawa tutaj to naprawdę dużo frajda. Jak już zostało wspomniane zabawa a nie poważna gra toteż tej nocy milionerami nie zostajemy. Do domu, do Adelaidy wracamy Great Ocean Road która ukazuje nam piękno australijskiego wybrzeża. Widoki są naprawdę niesamowite a wisienkę na torcie stanowi wizyta na 12 apostołach, w miejscu które często nazywane jest również cmentarzyskiem statków. Choć pogada trochę nie sprzyja (wieje strasznie mocny wiatr a i słonko nie może się przebić zza chmur) to z pełną odpowiedzialnością możemy powiedzieć że to najpiękniejsze miejsce jakie do tej pory widzieliśmy w Australii. Dużo czasu spędzamy na poszukiwaniu jakiejś pracy co jednak nie jest w cale takie łatwe. Bez wiz nikt nas nie chce a wiza z pozwoleniem na pracę Polakom nie przysługuje. W wolnych chwilach gramy w tenisa, czasem w środy jeździmy na treningi polskiej, miejscowej drużyny amatorów w piłce nożnej. I tak nam prawie zleciały kolejne tygodnie. W końcu udało się coś złapać. Jeździmy przez kilka dni do Hahndorfu gdzie na zlecenie pewnej pani ścinamy wielkie drzewo. (Piękne miasto w zasadzie zamieszakne w większości przez Niemców i taki też styl reprezentujące) Praca dość nie typowa bo drzewo ma grubo ponad 10m wysokości a my do dyspozycji mam tylko piłki ręczne ze względu na brak zezwolenia na jego ścięcie. Jednak robota przynosi nam dużo frajdy i choć czasem jest dość niebezpiecznie a na drzewo, na duże wysokości trzeba się wspinać sposobem na misia koalę, to w szybkim tempie kolejne gałęzie i konary lądują na ziemi. Nie było chętnych na podjęcie tej pracy szczególnie że kilka konarów sterczy nad dachem jednak my nie dość że się tego podejmujemy to jeszcze po skończonej pracy możemy się pochwalić że dom i jego dach stoi dalej w stanie nienaruszonym. Niestety przytrafia nam się raz felerny dzień w którym to podczas powrotu z pracy w naszym aucie psuje się sprzęgło… Od tej pory czołg jest niesprawny a my przecież musimy go sprzedać. Sytuacja wręcz dramatyczna i przez chwilę do głów przychodzi nam nawet myśl oddania go na złom. Jednak ta podróż udowadnia że okazywana innym ludziom dobroć odpłacana jest podwójnym szczęściem toteż czołg zostaje ostatecznie sprzedany i to za nie wiele mniejszą sumę niż ta za jaką został kupiony. A patrząc na to że udaje się go sprzedać niesprawnego (spalone sprzęgło) to sukces tym większy. Ostatnie dni spędzamy na przesiadywaniu w domu bo więcej pracy nie ma. Czasem Wojtek tylko z Robertem jeździ do pracy i trochę dorabia. Trochę intensywniej jest w ostatni weekend. Najpierw zostajemy zaproszeni na pyszna kolację gdzie w menu króluje krokodyl i kangur. Później rozrywka w największym kasynie w Adelaidzie a na koniec impreza do białego rana w jednym z miejscowych klubów o pięknej nazwie Dog&Duck. W niedziele natomiast trafiamy na mecz Polonii w której udaje się zadebiutować Mariowi. I choć gra tylko kilka minut i nie jest zbytnio zadowolony ze swojej gry to udaje mu się zdobyć bramkę którą dedykuje wszystkim chłopakom ze swojej kochanej Sparty Parszowice!!! Oczywiście miłym akcentem tego weekendu jest zwycięstwo Barcelony w finale ligi mistrzów i choć to tylko była formalność to mimo wszystko finał mógł się bardzo podobać. My natomiast już jutro wyruszamy do Sydney by 1 czerwca udać się do krainy która zawsze była naszym największym marzeniem – do Nowej Zelandii. Dopiero teraz tak naprawdę czujemy że udało się spełnić to o czym każdy z nas marzył od zawsze. To przekonuje nas tylko i wyłącznie w twierdzeniu że czasem warto, naprawdę warto zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę i zrobić w życiu wszystko aby te największe marzenia stały się rzeczywistością. Jednak z Australią nie żegnamy się na zawsze. Ba… nie żegnamy się nawet na zbyt długo, gdyż po 25 dniach w Nowej Zelandii znów zawitamy do krainy kangurów lecz tym razem będzie to już nasza ostatnia wizyta w tym cudownym kraju…

Reklamy

komentarzy 7 to “Pożegnanie z Australią… lecz tylko na chwilę…”

  1. sister Says:

    barcie ale ja już tak bardzo tęsknie… hmm 😛

  2. Deskorolka Says:

    mimo różnych trudności widać, że jesteście mistrzami w organizowaniu czasu wolnego! hej! 🙂 w ogółe to kangur z herbatnikiem aaaaaaaaaaaaa! tule monitor !!! 😀 😉

  3. WRACAĆ JUŻ BE TE MELANŻE SCHODZĄ NA PSY BEZ WAS!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  4. kiedy jakiś nowy wpis chłopaki? wszyscy pewnie ciekawi co się u Was dzieje:))
    pozdrowienia!

  5. Witam!
    Ja ma tylko małą uwagę, o wiele czytelniej byłoby podzielić post na akapity, oddzielić części od siebie, bo mimo naprawdę ciekawych rzeczy, ciężko się czytało.
    Pozdrawiam!

  6. Deskorolka Says:

    Ejejej! pisać tu co się dzieje, ale już! 🙂

  7. zdjęcie 784 -miało coś pokazywać ? konkretnie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: