Ostatnie dni w Azji czyli Indonezja cz. III

Kolejny prom, kolejna przeprawa no ale przecież to Indonezja i do tego trzeba się przyzwyczaić, tym bardziej że jeszcze kilka takich przepraw nas czeka. Ale teraz nam się trochę spieszy, na Bali czekają znajomi (większość z nich pracuje razem z Wojtkiem) co więcej zapraszają nas na wieczór na imprezę a więc do dzieła. O ile wpływu na szybkość promu nie ma to już po drugiej stronie na Bali trzeba szybko złapać jakiegoś stopa. Musimy dostać się do Denpasar a tam już niedaleko do Kuty gdzie właśnie na nas czekają. Gdy tylko wychodzimy z portu udaje się złapać tira. Uff co za ulga i jedzie jeszcze tam gdzie chcemy teraz na pewno zdążmy… a jednak nie !!! To jeden z gorszych stopów. Przejechanie ponad 150km zajmuje im UWAGA 8h… koło 3 lądujemy jakieś 30km od celu… środek nocy jakieś skrzyżowanie a co grosza na imprezę już nie zdążymy… O dziwo udaje nam się złapać stopa a małżeństwo które nas zabiera nawet zbacza z drogi by nas podrzucić… niestety w mieście o 4 rano korek jak w szczycie w centrum Wrocławia… na miejscu jesteśmy koło 5 a do tego dopada nas ulewa… ze znajomymi spotkamy się jutro a teraz idziemy na plaże. I tam wielki zawód rajskie plaże na Bali to wysypisko śmieci. Takiego syfu to nawet nie było w Indiach i Bangladeszu. Jesteśmy zwiedzeni a do tego znowu ulewa, a nawet oberwanie chmury. Włamujemy się do budki ratowniczej która też przecieka ale lepsze to niż stanie pod gołym niebem, przynajmniej plecaki nie przemokną. Poznajemy tutaj też starego Niemca, który urodził się w Legnicy a teraz mieszka w Australii, w Queensland i jest profesorem historii na jednym z uniwersytetów. Daje nam adres i zaprasza do siebie jeśli tylko będziemy w jego okolicach. Ulewa ustaje a Kuta zamienia się w Wenecję, gdzie ulice przykryte są wodą. My spotykamy się ze znajomymi w składzie: Magda, Krystian, Renata, Agnieszka, Bartek, Adam. Razem spędzamy dwa dni w ciągu których wylegujemy się w hotelowych basenach, odwiedzamy świątynię położoną na wyspie. W tym uroczym miejscu o pięknym skalistym wybrzeżu oglądamy też zachód słońca. W ostatni dzień organizujemy sobie dobrą imprezkę. Z tego miejsca chcielibyśmy im bardzo podziękować za pomoc, za nocleg i za świetne towarzystwo i zabawę. Wielkie dzięki i do zobaczenia w Polsce, a może jeszcze gdzieś na trasie ;p Po 2 dniach wspólnego imprezowania wracamy do Denpasar (oczywiście stopem) gdzie mieszkamy u jednego z couchsurferów. Tutaj spotykamy się też z Majo i Hanne. Po zostawieniu nadmiaru bagażu ruszamy w stronę Komodo a że dziewczyny jadą przez pewien czas w tym samym kierunku to podróżujemy razem – w piątkę. Oczywiście jedziemy stopem. Kolejnym promem przedostajemy się na Lombok. Na wyspę docieramy w nocy a że udaje nam się znaleźć tani nocleg gdzieś na poddaszu to robimy małą polsko-fińskom imprezę, gdyż właśnie tutaj nasze drogi będą się rozchodzić. Dziewczyny zostają tu dłużej, my jednak musimy jechać dalej a zatem rano żegnamy się i kolejnymi stopami ruszamy w drogę. Najpierw docieramy do portu gdzie promem dostajemy się na Sumbawę. Na miejscu pierwszy szok, a co chwilę z naszych ust da się słyszeć : tu chyba nikt nie mieszka, to jakieś odludzie… Fakt!!! Żadnego samochodu, widać tylko kilka domów przy których ktoś się krząta. Mało optymistyczna wiadomość w kontekście podróży stopem tym bardziej że mamy setki kilometrów do przejechania. Zaczynamy maszerować, nie jest łatwo ale widoki i cisza w około sprawiają że uśmiech nie znika nam z twarzy. Ale szczęście nas nie opuszcza, po prawie pół godzinie jedzie jakieś auto, oczywiście łapiemy je na stopa, później kolejne dwa i pierwsze 200km za nami. Jednak zrobiło się ciemno a my utknęli na jednym z przystanków. Jesteśmy mało widoczni, żeby nie powiedzieć że w ogóle nas nie widać, a zmęczenie daje znać o sobie. A zatem każdy znajduje sobie swój własny kąt na przystanku autobusowym (czyt. Jakaś bambusowa ławka i kawałek dachu, który jednak chroni przed nocnym deszczem) po czym zasypia. Następnego dnia ruszamy dalej, pokonując kolejne kilometry. Jedziemy przeróżnymi autami. Jest tłusty czwartek a nam nawet udaje się skosztować pączków (albo czegoś na wzór początków) choć lądujemy na totalnym odludziu. Podróż ułatwia nam fakt że jest tu tylko jedna droga więc jeśli ktoś już jedzie to musi jechać właśnie nią. Przerażająca jest tylko jakość tej drogi. W asfalcie jamy takie że ze dwa borsuki by się zmieściły a zatem prędkość naszej podróży jest zdecydowanie usypiająca. Udaje się jednak dotrzeć na koniec wyspy skąd czeka nas prom na wyspę Flores a później już na Komodo. Jednak teraz jest noc więc wynajmujemy jakiś tani pokój i czekamy do rana. I wtedy spotyka nas gorzka prawda, strajk w porcie. Promy nie pływają choć jest szansa że wieczorem coś popłynie. Jednak szef portu nie jest nam w stanie udzielić precyzyjnych informacji co więcej mówi że jeśli nawet prom popłynie nie wiadomo kiedy wróci. My mamy zdecydowanie ograniczony czas bo 9 marca lecimy już do Australii a jeszcze wiele drogi powrotnej nas czeka. Już wiemy że jedyna droga zobaczenia Komodo to wynajęcie prywatnej łodzi. Jednak cena jak nam oferują spędza nam sen z powiek. 3mln rupii to najniższa propozycja jak udaje się nam uzyskać. Jednak to wszystko co mamy a więc zmuszeni jesteśmy się poddać. Komodo zostanie niespełnionym marzeniem po które trzeba będzie przyjechać innym razem podczas następnej podróży. Trochę zasmuceni wracamy z powrotem. Jednak rozsądek wziął górę czasem tak bywa. Trzeba z czegoś zrezygnować żeby podróżować dalej. Udaje nam się za to złapać stopa którym podróżujemy nie tylko przez całą Sumbawę ale i Lombok, gdzie zatrzymujemy się w Mataram. Zabiera nas trójką niesamowitych kolesi, którzy traktują nas jak rodzinę a raz w nocy dzięki przytomności umysłu kierowcy, unikamy napaści ze strony tubylców (30 chłopa atakuje nas kamieniami i próbują dostać się na pakę gdzie leżymy lecz kierowcy udaje się uciec). W Mataram dziękujemy za pomoc i udajemy się na Gili czyli jedną z piękniejszych wysepek Indonezji. Tutaj wynajmujemy sobie małą chatkę i postanawiam przez 3 dni odpocząć od przyjemnej lecz morderczej podróży stopem jaką mieliśmy podczas miesięcznej podróży przez ten kraj. Relaks na Gili nam służy a największą atrakcją okazuje się snorkeling, gdzie mamy możliwość nie tylko oglądania namiastki rafy koralowej ale także pływania z metrowymi żółwiami, (szczególną frajdę sprawia nam zabawa z jednym nieco mniejszym żółwiem ;p). 3 dni mijają szybko a my ruszamy do Denpasar skąd mamy lot do Australii. W mieście spędzamy jeszcze 2 dni podczas których załatwiamy wszystkie pilne sprawy. 9 marca lecimy do Darwin w Australii i mimo że jeszcze na lotnisku w Denpasar zostajemy wyprowadzeni z równowagi ze względu na jakieś absurdalne opłaty to sama myśl o krainie kangurów sprawia że gdy tylko wchodzimy do samolotu jesteśmy chyba najszczęśliwszymi osobami na całym pokładzie;)

Advertisements

Jedna odpowiedź to “Ostatnie dni w Azji czyli Indonezja cz. III”

  1. najbardziej zazdroszcze kąpieli z żółwiem morskim:p

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: