Indonezja cz. II – Jawa z niezwykłą historią Wulkanu Bromo…

Przeprawa promowa… środek nocy a my właśnie płyniemy w kierunku Jawy. Mijają kolejne godziny, Tomek śpi gdzieś przy ścianie Mario z Wojtkiem rozmawiają z jakimiś chłopakami, którzy właśnie się do nich przysiedli. Nasza historia oczywiście wprawia ich w osłupienie a z każdą chwilą rozmowie przysłuchuje się co raz więcej osób. Wymieniamy się też monetami a jeden ze starszych mężczyzn w zamian za złotówkę oddaje Mariowi banknot sprzed 30 latu na którym wyrysowane jest serduszko i nr telefonu dawnej miłości… Na lądzie okazuje się że do stolicy – Jakarty mamy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów toteż łapiemy jakiegoś busa w którym przesypiamy całą drogę… budzimy się już w mieście a za oknem świta. Pierwsze kroki kierujemy do centrum, tam jemy śniadanie i korzystamy z neta. Gdy okazuje się że nikt z couchsurferów nam nie odpisał postanawiamy zwiedzić to co najważniejsze i ruszyć w dalszą drogę. Jako środek transportu wybieramy pociąg którym za grosze pokonujemy setki kilometrów. Zanim jednak to się stanie zwiedzamy trochę Jakartę odwiedzając m.in. jej najbardziej charakterystyczny punkt jakim jest Nasional Monument, z którego rozpościera się niesamowity widok na całą panoramę miasta. Oczywiście wjeżdżamy na samą górę gdzie na własne oczy przekonujemy się, że jest to jak najbardziej prawda. Na szczycie dochodzi jeszcze do zabawnej sytuacji kiedy pewien chłopak prosi Maria by jego dziewczyna mogła sobie zrobić z nim zdjęcie. To nie pierwsza taka sytuacja a że dziewczyna niczego sobie Mario z uśmiechem na twarzy przystaje na prośbę. Gdy opuszczamy miasto okazuje się że pociąg stanie się na dłużej naszym środkiem transportu. Ceny biletów są na tyle niskie, że szkoda tracić czasu na autostop (który tutaj choć łatwy to ze względu na fatalny stan dróg strasznie powolny). Naszym głównym celem podczas wizyty na Jawie staje się wulkan Bromo, jednak za nim do niego dojedziemy odwiedzamy jeszcze inne miejsca. Zajeżdżamy m.in. do Yogyakarty gdzie spędzamy dwa dni. Tutaj oprócz zwiedzania miasta wybieramy się do Borobuduru gdzie znajduje się ciekawa świątynia (jej niezwykłość wynika z faktu iż na szczycie znajdują się kamienne elementy w kształcie wielkich dzwonów z którymi związana jest pewna legenda). Jednak zbieramy się dość późno a jeszcze podróż autobusem i na miejsce przybywamy 45min po zamknięciu świątyń. Jednak łatwo się nie poddajemy a gdy tylko znajdujemy dogodne miejsce forsujemy pierwsze ogrodzenie. Później kolejne, jeszcze jedno i jesteśmy już przed schodami prowadzącymi na szczyt. Oczywiście w ukryciu przed strażnikami pokonujemy ostatnią przeszkodę a więc metalową bramą, a pomocna przy tym okazuje się jedna z drabin którą zostawili robotnicy prowadzący renowację. Na szczycie oglądamy co ciekawe a później zachowując pełną ostrożność i uważając na strażników nie zauważeni opuszczamy cały obiekt, oczywiście w ten sam sposób, forsując kolejne ogrodzenia. Po wszystkim wracamy stopem do domu bo jest na tyle późno że już nic stąd nie jeździ. Naszym kolejnym celem staje się Bromo wulkan który od 5 miesięcy jest aktywny. Zanim jednak do niego docieramy przytrafia nam się kilka przygód kolejowych. Pokonujemy m.in. 250km nie płacą za bilety bo do pociągu wsiadamy tuż za konduktorem (pociąg już jedzie ;p ) następnie spędzamy popołudnie w pokoju kolejarzy gdzie bierzemy prysznic a Mario ogrywa ich w play-station ( Brazylia – Argentyna 2:0 ). Granie to ich podstawowe zajęcia a są w to na tyle zaangażowani, że nawet nie znają dobrze rozkładu jazdy pociągów przez co wprowadzają nas w błąd. Nam jednak mimo wielu komplikacji udaje się dotrzeć do miejscowości gdzie do Bromo mamy już przysłowiowy rzut beretem. Jednak tutaj zastaje nas noc toteż jeden z chłopców zaprasza nas do siebie do domu, a tam już cała rodzina z ojcem na czele częstują nas czym chata bogata w za mian robiąc dziesiątki zdjęć. Odradzają nam również podróż na Bromo, ze względów bezpieczeństwa my jednak nie rezygnujemy i już następnego dnia jedziemy na wulkan. Krajobraz z każdym kilometrem zmienia się diametralnie, a wszędzie co raz więcej popiołu. Dachy, podwórka, auta, drogi, pola wszystko pokryte popiołem a w oddali widać wielką ciemną chmurę. W końcu docieramy do wioski a widok jaki nam się ukazuje jest niesamowity. Iście marsjański, wszystko przykryte popiołem a w oddali wulkan który co chwilę wyrzuca chmury dymu, czasem kamieni a w dodatku wydając przy tym ogromny huk. Wszyscy proponują nam pokoje my jednak dostrzegamy mała świątynię niedaleko krateru i od razu wpadamy na pomysł rozbicia tam namiotu. Rozmawiamy jeszcze z Niemcem i Amerykanką którym zdradzamy nasz chytry plan, oni życzą nam szczęścia i każą być ostrożnym. Do świątyni mamy jakieś 2km a więc ruszamy. Po drodze okazuje się że kasy biletowe do parku narodowego (bo wulkan leży na obszarze PN) są zamknięte ze względu na erupcję, a jeden ze strażników mówi nam, że świątynia do której chcemy dotrzeć jest zamknięta ze względów bezpieczeństwa a strefa bezpieczeństwa wynosi 2km od wulkanu. Obiecujemy być grzeczni i ruszamy w drogę. Połamane drzewa, wielki szary step, masy popiołu tak w skrócie można opisać to co ukazuje się naszym oczom z każdym krokiem. Po pewnym czasie docieramy pod świątynię która znajduję się już w strefie zagrożenia (wstęp na ten teren ściśle zabroniony) jakieś 700m od krateru. Tutaj spotykamy starszego pana któremu opowiadamy o naszym planie a ten obiecuje trzymać za nas kciuki i mówi, że gdyby był młodszy poszedłby razem z nami. My do świątyni dostajemy się przez mur bo wszystkie bramy są pozamykane. Tutaj znajdujemy dogodne miejsce skąd przez 2h obserwujemy wulkan. Nasz chytry plan przewiduje wejście na szczyt krateru i zajrzenie do środka. Na samej górze są nawet schody, którymi na krater dostają się turyści jednak teraz są trochę zasypane i zniszczone przez spadające kamienie a wycieczki przybywają tu tylko w czasie gdy wulkan jest nieaktywny. My po 2h obserwacji dochodzimy do wniosku że wyrzucane kamienie lecą tylko w jedną stronę toteż wejście po schodach powinno być bezpieczne. Ubieramy się grubo i rozpoczynamy marsz na szczyt. Jedyna nie wiadoma to następująca po wybuchu fala która wylatuje z krateru. Boimy się czy nie jest to gorące powietrze bo przed poparzeniem nas ostrzegano jednak na razie maszerujemy dalej. Po drodze natrafiamy na dary (głównie owoce i mięso ) składane przez miejscowych w ofierze wulkanowi. Już trochę idziemy w tym czasie wulkan wystrzelił z 4 razy ale żadne z kamieni nie wyleciały z krateru toteż droga wydaje się bezpieczna. Gdy docieramy pod schody do szczytu pozostaje jakieś 50m. Wtedy stajemy i spoglądamy w górę by jeszcze raz upewnić się czy wiemy co chcemy zrobić. Czy to zawahanie, chyba nie. Po chwili Mario krzyczy „być w piekle i nie przywitać się z diabłem” po czym zaczynam wbiegać po schodach. Po chwili jesteśmy już w połowie drogi choć nie jest to łatwa wspinaczka, a popiół spod nóg co chwilę usuwa się na dół, a my z nim. Następuje też wybuch po którym lecą kamienie, przystajemy i obserwujemy ich tor lotu na szczęście kierunek jest inny niż ten którym y podąrzamy. Pierwszy na szczyt dociera Mario i gdy tylko nachyla się nad kraterem następuje kolejny wybuch po którym fala (która była wielką niewiadomą) zrzuca go z topu… na szczęście powietrze które fala niesie nie jest gorące a Mario ląduje szczęśliwie na zboczu. Po chwili robimy już pamiątkowe zdjęcia i kręcimy filmy. Nagle następuje kolejny wybuch a z krateru wylatuje kilka wielkich kamieni na szczęście znów w innym kierunku. Jednak my już nie chcemy być tam ani chwili dłużej. Wojtek prosi jeszcze o zdjęcie po którym mamy uciekać. Mario robi zdjęcia w tym momencie następuje potężny wybuch. Nagle z krateru wyłaniają się lecące z ogromną prędkością kamienie, huk jest ogromny a gdzieś w tle słychać tylko głos Maria który stojąc twarzą do wnętrza wulkanu krzyczy aby uciekać z tym że on nie używa słowa uciekać… To są ułamki sekund każdy obraca się na pięcie a bieg zastąpiony zostaje rzutem w dół zbocza. Wojtek pada za wielką skarpą kawałek niżej pada Mario a jeszcze w innym miejscu Tomek. Kamień wielkości malucha podbija się na skarpie za którą leży Wojtek minimalnie mijając jego skulone nogi a następnie przelatuje jakiś metr nad leżącym Mariem. Tomek prawie obrywa nie co mniejszymi kamieniami o ile cos wielkości 50-calowego telewizora można nazwać mniejszymi kamieniami. Po chwili zrywamy się do ucieczki, w amoku zapominamy o reszcie kamieni świstających nad głowami. Jednak udaje się opanować emocje i przystajemy jeszcze na chwilę by obserwować ich lot. Po chwili zbiegamy na dół gdzie jesteśmy bezpieczni… Stłuczone kolana, rozdarte spodnie, cali w popiele z rozbitym telefonem to i tak nie wielka cena jaką przyszło nam zapłacić za ciekawość. Teraz siedzimy oparci o mur, każdy milczy, tylko co jakąś chwilę ktoś wystrzeli jakieś słowo, to ktoś krzyknie – „ten wulkan chciał nas zabić”, „powinno na już nie być”. Każdy widział śmierć, chyba żeśmy mocno przegięli a cienka granica między życiem a śmiercią została przekroczona. Mówimy sobie, że już nigdy takiej głupoty nie zrobimy ale z drugiej strony każdy z nas się cieszy że był tam, że zajrzał do wnętrza aktywnego wulkanu. Zrobiliśmy coś niesamowitego, coś co pozostanie w naszej pamięci do końca życia a widok potężnego kamienia przelatującego nad głową już na zawsze będzie tkwił gdzieś głęboko. Wracamy do naszej świątyni gdzie każdy w ciszy wpatruje się w wulkan, który właśnie jakby się uspokoił. Później zwiedzamy jeszcze trochę okolicy a gdy wracamy znów do świątyni zaczyna się kolejna zabawa z wulkanem. Tym razem wulkan zaczyna wyrzucać lawę. Na początku nie jest jej zbyt dużo ale kiedy się ściemnia „pokaz” zaczyna nabierać na sile. My siedzimy i próbujemy robić zdjęcia. Każdy kolejny wybuch jest ze zdwojoną siłą, a co raz większej fontannie lawy zaczyna towarzyszyć co raz głośniejszy huk. My siedzimy twardo w świątyni w końcu jesteśmy jakieś 700m od krateru jednak powoli sytuacja zaczyna robić się niebezpieczna. Po godzinie czasu kawałki lawy zaczynają spadać już jakieś 300m od naszej świątyni, jest już koło 22.00 dookoła strasznie ciemno. Sytuacja robi się naprawdę niebezpieczna, a spędzić tutaj noc to byłaby chyba kolejna głupota. Igrania ze śmiercią na dziś już wystarczy a więc pakujemy manatki i ruszamy w drogę do wioski. 2km marszu w zupełnych ciemnościach są warte spokoju ducha jaki w końcu zaznajemy docierając do celu. Tym bardziej że każdy kolejny wybuch jest groźniejszy i większy. Do wioski prowadzi strome podejście a na szczycie widać tłumy ludzi. Okazuję się że to największa erupcja odkąd wulkan się obudził a dzisiejsze zjawisko obserwuje cała zaniepokojona wioska. Na szczycie ludzie pytają czy to my jesteśmy trójką chłopców z Polski, którzy wyruszyli z wioski rano i słuch po nich zaginął. My uspokajamy, tak to my i jesteśmy cali i zdrowi. U góry jeszcze długo obserwujemy fontannę lawy a szczególnie wytrwały jest Tomek, który przez 1,5h czeka na idealne ujęcie, jego ręce zamarzają a ten zmuszony jest zrezygnować, choć udaje mu się uchwycić kilka dobrych momentów. Noc spędzamy w namiocie pod jakimś daszkiem, choć jeszcze długo nie potrafimy zasnąć po dawce emocji jaka nas dziś spotkała. Następnego dnia wulkan jest totalnie spokojny. Nie wyrzuca kamieni nie mówiąc już o lawie nawet go nie słychać. My jeszcze przez chwilę się mu przyglądamy po czym ruszamy w dalszą drogę. Po dotarciu do pobliskiego miasta łapiemy stopa i ruszamy w stronę Bali. Zanim jednak tam dojedziemy musimy dotrzeć na prom który zabierze nas z Jawy. Po kilku stopach jesteśmy już w porcie gdzie wsiadamy na statek, którym czeka nas kolejna długa przeprawa…

To chyba właśnie wspomnienia z Jawy najdłużej zapadną nam w pamięci… A w zasadzie wizyta na aktywnym wulkanie Bromo. Jeszcze długo po tym wydarzeniu zastanawialiśmy się czy aby czasem nie naruszyliśmy wierzeń ludzi. Bo przecież świątynia do której po nikąd się włamaliśmy była wybudowana ku czci wulkanu. Gdy tylko się obudził zaczęto składać mu dary a my tak po prostu wtargnęliśmy na szczyt. Mimo ostrzeżeń poprzez kolejne wybuchy chcieliśmy być twardzi dopiero wybuch który o mało nie pozbawił nas życia wypłoszył nas ze szczytu. Mimo to nie opuściliśmy świątyni i dopiero kolejne co raz większe wybuchy połączone z fontanną lawy sprawiły że na dobre opuściliśmy to miejsce. Jedno jest pewne już nigdy się tego nie dowiemy, a my przeżyliśmy jeden z bardziej niezwykłych momentów życia. I mimo iż może było to głupie to mało kto na świecie może powiedzieć, że zajrzał do wnętrza aktywnego wulkanu…

Reklamy

komentarzy 7 to “Indonezja cz. II – Jawa z niezwykłą historią Wulkanu Bromo…”

  1. no, chłopaki

    no, chłopaki…potraficie podnieść ciśnienie

  2. Gdyby nie to, że już z Wami rozmawiałem później, to bym Was zabił … A Aluśka by Was sklonowała … i zabiła po raz drugi.

  3. nierozsądne i niesamowite 🙂 abyście zawsze mieli tyle farta! buziaki:)

  4. Wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, i przychodzi taki jeden (trzech), który nie wie, że się nie da, i on właśnie to robi. [Albert (Mylove) Einstein]

  5. gośka Says:

    Są dla Was rzeczy niemożliwe? 🙂

  6. fajnie się Was czyta, pozdrawiam

  7. Dominika W. Says:

    porąbani jesteście! ale pozytywnie 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: