droga ku Kambodzy…

Bangkok powoli stawał się zbyt monotonnym miejscem a że bilety lotnicze do Indonezji wystawione są na 12 lutego postanowiliśmy wyruszyć w miesięczną wyprawę przez Kambodżę, Wietnam i Laos…

W naszej przytulnej chacie w Bangkoku zostawiliśmy sporo rzeczy a w plecaki spakowaliśmy tylko to co uznaliśmy za niezbędne podczas tego krótkie wyjazdu. A zatem ruszamy w drogę, a zacząć trzeba od wydostania się z miasta na jakąś wylotówkę w czym niezwykle pomocne są tanie miejskie autobusy. Stamtąd już uskuteczniamy autostop i kolejnymi autami mkniemy w kierunku granicy z Kambodżą. W pewnym momencie spod jednego sklepu zabiera nas mnich. Okazuje się być bardzo gościnną osobą a że jest już około godziny 16.00 (granica otwarta jest tylko do 17.00) a nam do celu zostało jeszcze jakieś 150km postanawiamy skorzystać z gościnności i udajemy się do jego posiadłości gdzie mamy spędzić najbliższą noc. Do dyspozycji dostajemy niezwykle klimatyczny domek a czas do kolacji spędzamy na małym raftingu w pobliskiej rzece spływając na traktorowych dętkach. Następnie szybki prysznic i mnich zaprasza nas na kolację do swojej rezydencji. Bogato zastawiony stół na którym oprócz kurczaka i innych tajskich przysmaków można znaleźć jeszcze nepalskie rarytasy (to wszystko ze względu na częste podróże mnicha do swojego mastera który właśnie urzęduje w Tybecie) jakie mieliśmy okazję jeść kilka miesięcy temu. Po kolacji obserwujemy jak w rytualny sposób parzy się herbatę, i mamy nawet okazję kosztować trunku który sprzedawany jest tylko i wyłącznie mnichom. Po wszystkim wdajemy się w dyskusję z naszym dobrodziejem, który okazuje się być zafascynowany archeologią a w domu posiada niezłą kolekcję własnych znalezisk. Po pewnym czasie z wielkiego sejfu wyciąga kolejne szkatuły z drogocennymi monetami, naszyjnikami czy pierścieniami. Jak się okazuje jesteśmy pierwszymi osobami spoza Tajlandii, które mają możliwość ujrzenia tego na własne oczy. W zależności o tego co oglądamy są to przedmioty nawet sprzed paru tysięcy lat których wartość rynkowa zaczyna się od 800tys dolarów. Kiedy przeglądamy książki historyczne leżące na stole, mnichu wyciąga kolejne kolekcje pokazując rzeczy dokładnie takiej jak na obrazkach. Są to zbiory których nie można ujrzeć w żadnym muzeum bo są unikatowe a wszystkie posiada właśnie on. Na koniec na strychu oglądamy znaleziska z epoki kamienia łupanego, po czym zafascynowani tym co nas spotkało idziemy spać do naszej chatki. Na pamiątkę mnichu wręcza nam monety z feniksem, których pochodzenie datuje się na ok. tysięczny rok. Następnego dnia pracownik mnicha wywozi nas na wylotówkę gdzie już po chwili łapiemy pierwszego stopa. Dwie urocze siostry z córeczkami specjalnie zawracają by nas zabrać. Okazuje się że jadą tylko 50km dalej ale ostateczni jadą z nami 150km i tak jesteśmy już na granicy. Ten stop był naprawdę wyjątkowy, a my przez całą drogę dręczeni byliśmy przez małe dziewczynki co akurat sprawiało nam wiele radości… Na granicy stek formalności, załatwianie wizy i już po chwili znaleźliśmy się w kolejnym już 7 nowym kraju w Azji…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: