Kambodża…

Kambodża zaskakuje nas od samego początku. Gdy tylko przekraczamy granicę czeka na nas darmowy autobus do centrum turystycznego znajdującego się jakieś 30km dalej. Oczywiście korzystamy z tej okazji bo to świetny sposób przedostania się na wylotówkę. Na miejscu wywołujemy nie lada szok, gdy zamiast kupić bilety na autobus (bo po to nas tu przywieziono) idziemy łapać stopa tuż za bramę. Wszyscy mówią że to nie możliwe, dlatego tym większe jest ich zdziwienie kiedy już po chwili zabiera nas rodzinka podróżująca pick-upem. My wraz z czworgiem dzieci na pace mkniemy wśród kambodżańskich krajobrazów do pierwszej większej miejscowości. Tutaj kolejny stop i po niedługim czasie jesteśmy już w Siem Reap, gdzie czeka na nas couchsurfer. Tym razem trafiamy do nauczyciela angielskiego a naszym domem staje się szkoła. Pobyt w Siem Reap to przede wszystkim wizyta w Angkorze. Jednak pierwszego dnia jest już zbyt późno by się tam udać a zatem ruszamy z Rure – bo tak ma na imię nasz nauczyciel, do miasta gdzie spędzamy trochę czasu kosztując po raz pierwszy w życiu pieczonego węża. Angor znajduje się jakieś 6km od centrum miasta a że my mieszkamy trochę na peryferiach to nasza droga wydłuż się o jakieś kolejne 10km. Świątynie najlepiej zwiedzać na rowerach a że jest weekend i szkoła ma wolne to właśnie stąd pożyczamy nasze jednoślady. Pierwszym miły akcentem w Angkorze są bilety, gdyż każdy kto je kupuje jest fotografowany po czym otrzymuje bilet z własnym zdjęciem, co jest miłą pamiątką. Angor Wat to pierwsza a zarazem największa świątynia z całego kompleksu. Jej zwiedzanie zajmuje sporo czasu jednak sam widok jest niesamowity. Tutaj też uświadczamy zabaw z małpami które są po prostu wszędzie. Kolejną świątynią jak odwiedzamy jest Bayone, w której niesamowite wrażenie robią ryty wykłute w kamiennych ścianach. Cały kompleks Angor obejmuje kilkanaście świątyń my jednak postanawiamy zwiedzić tylko te najważniejsze i najbardziej atrakcyjne. Do nich z pewnością zaliczyć trzeba Ta Prom , która charakteryzuje się tym iż budowle pokrywają liczne drzewa które wrosły się w ściany. Widok jest naprawdę piorunujące jedyne co nam przeszkadza w spokojnym zwiedzaniu tego miejsca to gromada Chińczyków, których nie dość że jest mnóstwo to jeszcze ciągle krzyczą. No ale nic na to nie możemy poradzić. W Angkorze spędzamy cały dzień a w drogę powrotną wybieramy się już po zachodzie słońca, który niestety popsuły nam chmury, choć przez cały dzień grzało niesamowicie. Podróż do domu która miała być szybką przejażdżką zamienia się w długi proces holowania kiedy to w Tomka rowerze urywa się łańcuch. Niestety dzieje się to aż na ponad 15km od domu. Mario korzysta ze swojego paska w spodniach robi hol i w ten sposób trzymając go za jeden koniec a drugi dając Tomkowi ciągnie go w kierunku domu. Po drodze przystajemy jeszcze na chwilę widząc chłopców grających w siatkówkę. Oczywiście silna trzyosobowa reprezentacja z AWF-u nie daje szans grającym po drugiej stronie siatki 7 Khmerom i w szybkim tempie inkasuje komplet punktów, po czym rusza w dalszą drogę. Nasze holowanie ze względu na krótki pasek jest trochę utrudnione toteż do domu docieramy w zupełnych ciemnościach nie widząc nawet drogi którą jedziemy. Kompleks świątyń Angkor to wyjątkowe miejsce a budowle które tam się znajdują są naprawdę warte zobaczenia. Było to z pewnością kolejne magiczne miejsce w jakim mieliśmy okazje być podczas naszej podróży. Z Siem Reap kolejnego dnia ruszamy w dalszą drogę tym razem łapiąc stopa do Phnom Penh gdzie docieramy o zmroku. Ze względu na brak couchsurferów zmuszeni jesteśmy spać w guest housie na szczęście ceny są bardzo niskie więc nie jest to najgorsze wyjście. W stolicy spędzamy 2 noce załatwiając między innymi wizy do Wietnamu. Same miasto to bardzo żywe miejsce. Pełno tu ludzi którzy ciągle się bawią, na wielkich placach ulicznych grając w piłkę czy badmintona, a wieczorami przy akompaniamencie muzycznym i pod okiem instruktora korzystają z darmowego aerobiku, w którym uczestniczą setki ludzi. W Phnom Penh rozgrywamy też kolejny mecz tym razem na boso na placu przed pałacem królewskim. Gramy w futbol piłką zrobioną z czegoś przypominającego wiklinę i oczywiście rozbijamy miejscowych aż 7:2. Tutaj również mamy okazję skosztować wędzonego węża, żabę, jakieś larwy, wielkiego chrząszcza, konika polnego czy wielkiego pieczonego pająka. Nie było to najsmaczniejsze a zarazem musimy przyznać że były to nasze jedyne dwa raz w życiu kiedy to zjedliśmy – pierwszy i ostatni!!! Korzystając z wolnego czasu zwiedzamy też miasto a podczas wieczornego powrotu do domu sprawdzamy czy da się jechać w 4 osoby na skuterze co kończy się niezłą glebą. Mili okazują się tutaj tuk-tukarze, którzy wieczorami zbierają się w grupy by trochę podrinkować, a gdy tylko nas widzą wołają i częstują piwem. Jedynym wielkim minusem jest tutaj to że wszyscy piją piwo z lodem…L no ale to akurat ułomność całej południowo-wschodzinej Azji, a przynajmniej tej w której my mieliśmy okazję być…

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Kambodża…”

  1. mmmmmmmm Kambodża…. jak w Tomb Raiderze 😀

    powodzenia chłopaki!!! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: