Malezja po raz drugi…

Malezja przywitała nas monsunowym deszczem, który na nasze nieszczęście nie chciał przestać padać. Drogę do Tajlandii postanowiliśmy pokonać wschodnim wybrzeżem, chcąc przekonać się na własnej skórze jak męczący potrafi być monsun. Innym powodem wyboru wschodniego wybrzeża było to, iż wszystkie przewodniki i miejscowi ludzie wskazują je jako zdecydowanie ładniejsze od zachodniego. Aby uskutecznić stopa postanowiliśmy wydostać się za miasto kupując bilet na lokalny autobus do pierwszej miejscowości. Podróż ze względu na korki trochę się przedłużyła a biorąc pod uwagę to, iż do Malezji wjechaliśmy dopiero po godz. 17.00 do wybranego miasteczka dotarliśmy tuż o zmroku. Nie tracąc czasu zrobiliśmy zakupy w markecie i po zjedzeniu obiadu w postaci chleba z dżemo-orzechowym masłem ruszyliśmy łapać stopa. Sprawa wyglądała trochę trudno, gdyż droga w tym miejscu miała 3 pas najbardziej ruchliwy był ten najdalej, a w dodatku ze względu na słabe oświetlenie byliśmy nienajlepiej widoczni. Po ponad godzinie czasu i braku efektów ogarnęła nas mała rezygnacja jednak postanowiliśmy że jeszcze przez 15minut do godz. 22.00 będziemy próbować. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę bo po około 5 minutach zatrzymał nam się mały busik a panowie w środku zaproponowali że zabiorą nas do miejscowości oddalonej o około 100km do której właśnie podróżują. Zadowoleni z kolejnego stopa w Malezji zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę. Podróż trwała 2h a po dotarciu do Mersingu bo tak się właśnie ta miejscowość nazywała, była już północ. Wysiedliśmy niedaleko plaży i wtedy doszło do dziwnej sytuacji, gdyż panowie którzy zabrali nas na stopa w języku migowym prosili o zapłatę. Jednak zdziwienie jakie ich dopadło kiedy pokazaliśmy im puste portfele było tak mocne że czym prędzej zapakowali się do swojego minibusika i odjechali a my powędrowaliśmy w stronę plaży. Już z daleka widoczna, oświetlona latarnią, wielka czerwona tablica przed wejściem na plaże wskazywała że zaraz możemy mieć mały problem. I tak też się stało bo jeden z zakazów zamieszczony tam wskazywał że rozbijanie namiotów na plaży jest zabronione pod groźbą kary pieniężnej a nawet pozbawienia wolności. Nie chcąc ryzykować udaliśmy się na pobliski plac zabaw. Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na jego obchód w poszukiwaniu jakiejś tablicy informacyjnej. Gdy już udało się ją odnaleźć okazało się że wśród zakazów dotyczących placu zabaw jest na przykład zakaz całowania się (na szczęście akurat dzisiejszej nocy nie mieliśmy takich planów) a nie ma nic wspomnianego o namiotach. A zatem skoro nie jest zabronione to jest dozwolone. Wykorzystując mały daszek pod którym było troszkę placu i sprawdzając czy nie ma tam jakiś węży postanowiliśmy że to miejsce jest idealne dla nas. Po rozbiciu obozowiska ugotowaliśmy sobie zakupione wcześniej parówki po czym położyliśmy się spać. Kolejny dzień rozpoczęliśmy od przygotowania śniadania w postaci makaronu i sosu z parówek, wypisywania miejscowości na kartonach, które mieliśmy zamiar wykorzystać podczas łapania stopa. Mario musiał także pozbyć się z plecaka nieproszonych gości jakimi było sporo mrówek, które powchodziły gdzie się tylko dało. Na szczęście misja zakończyła się powodzeniem. Mała wizyta na plaży, która za dnia wcale nie wyglądała imponująca jedynie co to roiło się od muszelek różnego rodzaju co oczywiście spodobało się Mariowi. Po tym wszystkim ruszyliśmy w dalszą drogę. Po wyjściu na wylotówkę rozpoczęliśmy naszą stopową przygodę. Słonko grzało okrutnie a zatem po około 15minutach Mario wybrał się na stację po coś do picia. Kiedy kończył zakupy za oknem pojawił się zdyszany Tomek mówiąc że ktoś widząc wypisaną nazwę miejscowości na naszym kartonie zatrzymał się i postanowił nas zabrać. A zatem czym prędzej ruszyliśmy w kierunku auta a że odległość była dość spora w połowie dystansu spotkaliśmy już Wojtka jadącego naszym nowym stopem. Dzięki temu udało się pokonać blisko 200km a za oknem pod osłonom czasem deszczowej aury podziwialiśmy lasy palmowe i małpy który siedziały na poboczu. Po dotarciu do miasta jak zwykle dopadł nasz deszcz a my ruszyliśmy w kierunku stacji autobusowej by ponownie wydostać się na wylotówkę, do pierwszej mniejszej miejscowości. Tutaj udajemy się na stacje benzynową, maszerując oczywiście w deszczu. Stacja jednak okazuje się być usytuowana troszkę z boku toteż, złapanie stopa (szczególnie że jest już ciemno) powoli staje się mało prawdopodobne. Z pomocą przychodzi nam młody chłopak, który zabiera nas na następną stację, która jest położona zdecydowanie lepiej i już typowo przy drodze w kierunku miejscowości do której potrzebujemy się dostać. Niby krótki stop a okazuję się być trafem w dziesiątkę. Przy stacji młoda dziewczyna sprzedaje pyszna pieczone mięska na patyku (te o których wspominaliśmy już wcześniej) a zatem kupujemy po 10 dla każdego i wraz z chlebem kupionym na stacji, jemy je siedząc na stopniach przy wyjeździe ze stacji licząc na to że ktoś nas zabierze. Mimo że jest już bardzo późno ta sztuka udaje się i po rozmowie z jedną z pan, Wojtkowi udaje się przekonać by zabrała nas w miejsce gdzie jedzie, gdyż jest nam to po drodze. Tak też się dzieje. Podróżujemy na zmianę przejeżdżając przez obszary gdzie deszcz pada bardzo mocno, przez te gdzie go brak. Przejeżdżamy również przez obszary zajęte przez Petronas, co pod osłoną nocy, oświetlone tysiącem lamp, wydaje się wyglądać jak wielkie miasto, a to tylko rafineria ciągnąca się przez kilka kilometrów po obu tronach drogi. Tym stopem docieramy do Dungun, gdzie wysiadamy na jednej ze stacji przy drodze, której musimy się trzymać. Po raz kolejny chyba mamy troszkę pecha bo ta stacja również jest zamknięta jedynie jakiś pan obsługuje auta zjeżdżające z trasy. Jednak brak światła w sklepie powoduje że wielu kierowców, którzy mieli zamiar zjechać po wjechaniu na stację szybko odjeżdżają, a że deszcze leje niemiłosiernie, a to odbywa się na deszcze łapanie stopa staję się niemożliwe. Tutaj spędzamy prawie całą noc śpiąc tak, aby cały czas chociaż jedna osoba czuwała. Śpimy oczywiście na karimatach rozłożonych pod ścianą sklepu, który tu się znajduje. Między czwartą a piątą nad ranem, do Maria podchodzi kierowca autobusu który właśnie zajechał na stację. Pyta dokąd chcemy jechać, a gdy Mario odpowiada mu, że do Terengganu ten każe zabierać rzeczy i wsiadać. Mario upewnia się jeszcze czy owy kierowca nie będzie chciał nic w zamian i gdy okazuje się że po prostu chce nas wziąć na stopa korzystamy z okazji i już po chwili jedziemy chyba najbardziej luksusowym autobusem w życiu, rozkoszując się na mięciutkich fotelach. Na miejscu wysiadamy na stacji autobusowej, gdzie oczekujemy poranka jedząc w miejscowej jadalni i drzemiąc po troszku na jadalnych stolikach. Stąd również wydostajemy się autobusem do Jertih, a całą drogę praktycznie przesypiamy jedynie Maria budzi kanar sprawdzający bilety. Tutaj troszkę kombinacji z krótkimi stopami, oczekiwania pod dachem, gdy zrywa się wielka ulewa i przebieganie przez most w miejsce gdzie możemy łapać dłuższego stopa to tylko mocny początek poranka. Oczywiście już po chwili jedziemy dalej, łapiąc kolejne stopy do następnych miejscowości. Jedziemy między innymi z młodym chłopakiem, oraz z kobietą która zabiera brata ze szpitala. Później jeszcze krótki stop, w którym kierowca podobnie jak wcześniej dwóch panów nie rozumie idei stopa i jest nie co zdziwiony widokiem pustego portfela no ale cóż tak bywa. Kolejne stopy dowożą nas do miejscowości skąd łapiemy autobus prosto na granicę. Jest w tym czasie trochę wesoło szczególnie kiedy wraz z plecakami pakujemy się do tico, szczególnie że oprócz nas podróżuje nim jeszcze dwoje osób. No ale czego nie robi się by dotrzeć do celu. Gdy docieramy na przejście graniczne jesteśmy pełni radości z faktu że zaraz po raz kolejny zmienimy kraj, co wiąże się z wieloma nowymi przeżyciami (wiemy to z doświadczenia ;p). Dostając pieczątki przy wyjściu z Malezji, żegnamy się z celnikiem, mówiąc że może kiedyś jeszcze się zobaczymy. Jak się okazuje chwila ta nie trwa za długo bo gdy na odprawie celnej przy wejściu do Tajlandii dowiadujemy się że potrzebujemy wizę i musimy wrócić się do Kota Bharu już chwilę później ten sam celnik wbija nam anulację daty wyjazdu z Malezji. Ze względu na to że robi się ciemno nie mamy za dużo czasu aby dotrzeć do Kota Bharu, a chcemy to uczynić jeszcze tego dnia. Mimo że dziś szczęście przeplata się z pechem udaje nam się dość szybko złapać stopa, a żeby było miło jest to po raz kolejny tico, i po raz kolejny oprócz nas jedzie jeszcze kierowca i pasażer. My znosimy podróż pozytywnie, gorzej z autem, które nie dość że ze względu na przeładowanie co chwilę chaczy podwoziem o asfalt to jeszcze gdy wysiadamy widzimy że w jednym z kół brak jest powietrze – czyżby kapeć??? No to chłopaki chyba nie będą nas mile wspominać. Tu spotykamy starszego pana który proponuje nam swój guest house po całkiem wyjątkowej cenie, a że nikt nie jest wstanie odmówić okazji wzięcia prysznica o którym marzymy już od dłuższej chwili, oczywiście decydujemy się skorzystać z tej okazji. Spędzamy tu 2 noce, w międzyczasie załatwiając wizę do Tajlandii jedząc pyszne śniadania obiady i kolacje w pobliskiej knajpce. Mając dzień wolny wybieramy się również nad morze, oczywiście jak zwykle robiąc to inaczej niż wszyscy. Najpierw miejskim autobusem jedziemy jak najdalej się da, oczywiście na gapę chociaż wszyscy sprawiają wrażenie jakby chcieli sprzedać nam bilet ale nikt nie ma odwagi. Następnie łapiemy stopa, którego kierowca nie wie co to jest plaża i morze, ale mimo to udaje się nam dotrzeć do celu. Co prawda na plaży nie spędzamy za dużo czasu, a ognisko które palimy szybko musimy zagasić bo jakaś pani na nas krzyczy to widok samego morze pośród palm daje nam namiastkę obrazów, które do tej pory mogliśmy oglądać tylko w internecie czy na kartkach pocztowych. Powrót do Kota Bharu, nie jest prosty bo już jest ciemno, jednak udaje nam się złapać stopa a młody chłopak który właśnie jedzie na zajęcia (student) kosztem spóźnienia podwozi nas pod sam dom. Po dwóch nocach spędzonych w Kota Bharu, z tajlandzką wizą w paszportach ruszamy na granicę. Tym razem pokonanie granicy okazuję się tylko formalnością i już po chwili jesteśmy w Tajlandii…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: