Z Jiri do Lukli…

Jak to jest kiedy dowiadujesz się, że na trekking który chcesz zrobić potrzebne jest 29dni a tobie za 23 kończy się wiza…hmmm odpowiedz jest prosta  trzeba to zrobić w 16;) ale zacznijmy od początku…
Podróż do Jiri lokalnym autobusem oznaczała pobudkę o 4 rano, ale czego nie robi się dla takich gór. W autobusie tradycyjnie rozpętała się walka o miejsca, szczególnie uciążliwe dla Maria który choć miał bilet z miejscówką, to musiał cała drogę przekonywać pewnego Nepalczyka, że jego tok myślenia jest delikatnie mówiąc niewłaściwy. Długa podróż minęła dość spokojnie, a piękne widoki za oknem urozmaicały czasem zabawne, a czasem niesmaczne incydenty  szkoda że w Nepalu nie znają aviomarinu bo wtedy autobus byłby czystszy. Wojtek natomiast bawiąc się chwilę w nianię (trzymał niemowlę na kolanach) po pewnym czasie musiał zrozumieć, że jego spodnie nadają się już tylko do prania (podobno to było tylko małe siku). Do Jiri dotarliśmy około godz. 14.00 i nie tracąc czasu od razu ruszyliśmy na szlak, po drodze spotykając pewnego Nepalczyka (wędrującego na święto psa) który nieco umilił nam drogę a przy okazji sprawdził się jako przewodnik. Pierwszą noc spędziliśmy w Schivalayi, rozbijając namiot tuż nad rzeką. Poranna pobudka okazała się być początkiem trudności jakie czekały nas tego dnia. Już pierwsze podejście kosztowało nas sporo sił a dalsza falowana droga sprawiła, że wędrówkę musieliśmy zakończyć nieco za Kinją, rozbijając namiot na tarasie, przed domem pewnej komunistycznej rodziny ( o czym świadczyły sierpy i młoty wymalowane w kilku miejscach). Wieczór spędziliśmy gotując na naszej gazówce hektolitry miętowej herbaty. Kolejny dzień nie był wcale łatwiejszy, a plecaki z każdym krokiem stawały się cięższe. Szlaki prowadzące przez Himalaje to w większości szlaki handlowe, dlatego droga wiedzie przez wszystkie chaty rozrzucone na zboczach, toteż wychodzi z tego całkiem ładna amplituda wysokości. Tego dnia za cel obraliśmy sobie dotarcie na Lamjura La na wysokości 3600m n.p.m., i to nam się udało. Wieczorna decyzja o spaniu w chacie a nie pod namiotem okazała się jak najbardziej trafna, ze względu na nocny przymrozek. Mimo to noc w cale nie była tak spokojna, gdyż oprócz tego że mimo wszystko nieco zmarzliśmy to jeszcze przez pół nocy ktoś dobijał się do drzwi, a po śpiworach latały myszy. Szczególnie odczuł to Mario który przez pół nocy nie mógł spać a nawet był przygotowany na wypadek gdyby ktoś wtargnął nagle do środka ;p) Zejście z Lamjura La, piękna droga do Junbesi i pierwsze pięknie ośnieżone szczyty to już kolejny dzień wędrówki. Na View of Everest w Phurtengu (mimo że chmury zabrały nam widoki) zafundowaliśmy sobie 150gram żółtego sera, a do obiadu, który jak co dzień gotowaliśmy na naszej gazówce, pewna pani dała nam pęk liści przypominających w smaku chrzan, które w większości skonsumowaliśmy jeszcze zanim nasz makaron zdążył się zagotować Na noc zatrzymaliśmy się tuż za przełęczą Taksindu La (3071m n.p.m.) gdzie ponownie spaliśmy pod namiotem. Tutaj o poranku dokonaliśmy ciekawej wymiany, kiedy to 2kg ryżu (który ciężko było ugotować a który według naszego planu miał się już nam nie przydać) wymieniliśmy w miejscowym sklepiku na 3 paczki ciastek. Tego dnia czekało nas długie zejście do rzeki a następnie przez Jubhing wędrówka do samej Bupsy, gdzie po 4 dniach w końcu złapaliśmy zasięg w telefonach. Wcześniej podczas obiadu próbowaliśmy dobić targu z pewnym dziwnym, starym Nepalczykiem chcąc wyciągnąć od niego główkę kapusty do obiadu, jednak jak się okazało nasz niemowa był zbyt trudnym kompanem do negocjacji i jak co dzień jedynym warzywkiem w naszej zupce był nasz kochany czosnek. Wieczorem skorzystaliśmy w końcu z gorącego prysznica ( nie wyobrażać sobie cudów to tylko tak ładnie brzmi, a naprawdę oznacza prysznic tylko z jednym kurkiem, ciepłej a raczej wrzącej wody a więc najpierw lodowata a później wrzątek, w pewnej małej komórce gdzieś w piwnicy). Jak by tego było mało będąc jedynymi klientami w restauracji na pieczone ziemniaki z elementami warzywnymi ( kawałki liści tych chyba chrzanowych) czekaliśmy tylko jedyne 1h40min, no bo przecież tu nikomu się nigdzie nie spieszy. Ostatni dzień wędrówki do Lukli jak zwykle rozpoczęliśmy od mijania kilku stad mułów, które jak co dzień spotykaliśmy na szlaku. Takie sytuacje bywają dość niebezpieczne, szczególnie kiedy obładowane muły idą całą drogą taranując wszystko co przed nimi. Słyszeliśmy nawet o przypadkach śmiertelnych zrzuceń ze szlaku a więc pełna powaga. Droga do Lukli była dość radosna bo według założonego planu oznaczała ostatni dzień wędrówki z plecakami po Himalajach, co jak się później okazało nie było wcale prawdą… Na szlaku spotkaliśmy też bardzo interesującego mężczyznę który przez góry ze względu na niesprawne nogi wędrował na czworaka, podpierając się na dłoniach i kolanach… to dopiero nazywa się mieć hart ducha i wielką wole walki aby realizować swoje marzenia!!! W samej Lukli pozwoliliśmy sobie na telefony do rodzinki co niezwykle podniosło nas na duchu i dodało uśmiechu na twarzy. Jeszcze przed wyjściem zarezerwowaliśmy sobie bilety samolotowe do Kathmandu, chcąc w ten sposób oszczędzić sobie trochę czasu i zdrowia na drogę powrotną. W hotelu zostawiliśmy całe bagaże i wyposażeni tylko w podstawowe ciuchy, kurtki przewiązane przez pas, aparaty, kamerę, skarpety i koszulki na zmianę ruszyliśmy pędem przez Gokyo na Everest Base Camp. Według opinii których tu wiele słyszeliśmy, na trekking na Base Camp potrzebne jest 14dni zakładając że idzie się łatwiejszą drogą (czyli nie przez Gokyo) jednak wiedząc, iż Tomek którego wcześniej poznaliśmy zrobił to w 11dni liczyliśmy na podobny wynik nawet mimo to, że nasza droga wiodła przez wspomniane Gokyo.

Advertisements

komentarze 2 to “Z Jiri do Lukli…”

  1. Niesamowite góry!!! …już nie wspominając o wcześniejszych słoniach, krokodylach czy nosorożcach!!! 😀

  2. O kurcze, wreszcie do mnie dociera inność tego świata. Widoki juz wspaniałe, a najlepsze w opisie i zdjęciach jeszcze przed nami… Za sponsorowanie Pandy w Himalajach powinniście zażądać opdowiedniej prowizji od Krzyśka.

    Czekam na dalszy ciąg i buziaki z zasypanych sniegiem Helsinek.
    Andrzej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: